Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
MENU:

NBA

piątek, 23 czerwca 2017

Pierwszy raz w życiu śledziłem draft na żywo. I od razu tak! Z Michałem Górnym i Przemkiem Kujawińskim pokusiliśmy o transmisję na żywo z tego wydarzenia. Mieliśmy trochę problemów technicznych, ale ostatecznie je pokonaliśmy. Jimmy Butler został Leśnym Wilkiem. Lauri Markkanen trafił do NBA szybciej, niż to zakładałem rok temu. Dziś już nic więcej nie dodam, bo po nocy z draftem i podróży do Pragi, pisanie o czymkolwiek jest na ostatnim miejscu zajęć, które chciałbym teraz robić. Spanie jest jedynką tej isty. Pozdrowienia z koszykarskiej Pragi!

  1. 76ers: Markelle Fultz (G) - Washington

  2. Lakers: Lonzo Ball (G) - UCLA

  3. Celtics: Jayson Tatum (F) - Duke

  4. Suns: Josh Jackson (F) - Kansas

  5. Kings: DeAaron Fox (G) - Kentucky

  6. Magic: Jonathan Isaac (F) - Florida State

  7. Bulls: Lauri Markkanen (F) - Arizona

  8. Knicks: Frank Ntilikina (G) - France

  9. Mavericks: Dennis Smith Jr. (G) - NC State

  10. Trail Blazers: Zach Collins (F/C) - Gonzaga

  11. Hornets: Malik Monk (G) - Kentucky

  12. Pistons: Luke Kennard (G) - Duke

  13. Jazz: Donovan Mitchell (G) - Louisville

  14. Heat: Bam Adebayo (C) - Kentucky

  15. Kings: Justin Jackson (F) - UNC

  16. Bulls: Justin Patton (C) - Creighton

  17. Bucks: DJ Wilson (F/C) - Michigan

  18. Pacers: TJ Leaf (F/C) - UCLA

  19. Hawks: John Collins (F) - Wake Forest

  20. Kings: Harry Giles (F/C) - Duke

  21. Thunder: Terrance Ferguson (F) - Australia

  22. Nets: Jarrett Allen (C) - Texas

  23. Raptors: OG Anunoby (F) - Indiana

  24. Nuggets: Tyler Lydon (F) - Syracuse

  25. 76ers: Andzejs Pasecniks (C) - Latvia

  26. Trail Blazers: Caleb Swanigan (PF) - Purdue

  27. Lakers: Kyle Kuzma (F) - Utah

  28. Jazz: Tony Bradley (C) - North Carolina

  29. Spurs: Derrick White (G) - Colorado

  30. Lakers: Josh Hart (G) - Villanova

  31. Pelicans: Frank Jackson (PG) - Duke 

  32.  Suns: Davon Reed (SG) - Miami

  33. Magic: Wesley Iwundu (SF) - Kansas State

  34. Kings: Frank Mason III (PG) - Kansas

  35. Grizzlies: Ivan Rabb (PF) - California

  36.  76ers: Jonah Bolden (PF) - Australia 

  37. Celtics: Semi Ojeleye (SF) - SMU

  38. Warriors: Jordan Bell (C) - Oregon

  39. Clippers: Jawun Evans (PG) - OSU

  40. Hornets: Dwayne Bacon (SF) - FSU

  41. Hawks: Tyler Dorsey (SG) - Oregon

  42. Lakers: Thomas Bryant (C) - Indiana

  43. Rockets: Isaiah Hartenstein (C) - Lithuania

  44. Knicks: Damyean Dotson (SG) - Oregon

  45. Rockets: Dillon Brooks (SF) - Oregon

  46. Bucks: Sterling Brown (SG) - SMU

  47. Pacers: Ike Anigbogu (C) - UCLA

  48. Clippers: Sindarius Thornwell (SG) - South Carolina

  49. Nuggets: Vlatko Cancar (SF) - Slovenia

  50. 76ers: Mathias Lessort (PF) - France

  51. Nuggets: Monte' Morris (PG) - Iowa State

  52. Pacers: Edmond Sumner (PG) - Xavier

  53. Celtics: Kadeem Allen (SG) - Arizona

  54. Suns:  Alec Peters (PF) - Valparaiso

  55. Jazz: Nigel Williams-Goss (PG) - Gonzaga

  56. Celtics:  Jabari Bird (SG) - California

  57. Nets: Aleksandar Vezenkov (PF) - Spain

  58. Knicks: Ognjen Jaramaz (PG) - Serbia

  59. Spurs: Jaron Blossomgame (SF) - Clemson

  60. Hawks: Alpha Kaba (PF) - France




23:22, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 czerwca 2017

Zaczyna się dziać!

Los Angeles Lakers i Brooklyn Nets dogadali się w sprawie wymiany, na mocy której D'Angelo Russell i Timofey Mozgov przeniosą się na Brooklyn. W przeciwnym kierunku powędrują Brook Lopez oraz 27 wybór tegorocznego draftu. 

Atlanta Hawks i Charlotte Hornets porozumieli się w sprawie transferu. Na jego mocy Dwight Howard oraz 31 wybór tego draftu przeniosą się do Karoliny Północnej. Do Georgii pojadą z kolei Miles Plumlee, Marco Belinelli oraz 41 wybór nadchodzącego draftu.

06:45, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
niedziela, 18 czerwca 2017

Boston Celtics i Filadelfia 76ers dogadali się w sprawie wymiany swoich tegorocznych wyborów w drafcie. Celtics oddadzą do 76ers swoją "jedynkę". W zamian dostaną ich trzeci wybór w tym drafcie oraz wybór w I rundzie naboru 2018 roku od L.A. Lakers, o ile ten znajdzie się na miejscach od 2 do 5. Jeśli nie, 76ers oddadzą Bostonowi pick (od Sacramento Kings) w I rundzie draftu 2019 roku.

Czy to dobry ruch, czy nie, okaże się na przestrzeni lat, gdy wybierani zawodnicy zaczną (lub nie) grać na miarę swoich potencjałów. Ta wymiana była dla mnie bodźcem do napisania paru słów o Celtics a w szczególności Danny'm Ainge'u. Już od jakiegoś czasu, nosiłem się z zamiarem zrobienia tego. I od samego początku pragnę wyrazić swoją nadzieję, że nie zrozumiemy się źle. Ainge to świetny menadżer. W ciągu 13 lat pracy w Bostonie na swoim stanowisku, może pochwalić się wieloma udanymi transferami (sztandarowe lato 2007), nosem do wyborów w drafcie (np. Rajon Rondo z 21 numerem w 2006 roku, Tony Allen z 25 numerem w 2004 roku). To wszystko prawda. Ja chciałem tylko odnieść się do pewnej tendencji, którą zauważyłem wśród ludzi obserwujących NBA. Utarło się, szczególnie po 2007 roku, nie kwestionować ruchów kadrowych i decyzji Ainge'a. Bo on wie lepiej, widzi więcej i tak dalej. Ci, którzy próbują to robić, narażają się zagorzałym fanom Bostonu i menadżerskiego talentu Ainge'a. Moim zdaniem latem 2007 roku miał więcej szczęścia, niż chłodnej analitycznej kalkulacji. Zresztą sam twierdził wtedy, że celuje w tytuł od 2009 roku. Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co stworzył. Przez kolejnych pięć lat był, według mnie, zbyt pasywny w swoich działaniach. I w zasadzie głównie tych ram czasowych dotyczy to, co poniżej. Lat 2008-2013 i ostatniej drużyny, której szczerze kibicowałem.   

Ainge ma opinię genialnego menadżera, który żeby wzmocnić drużynę byłby w stanie wytransferować własną matkę. Ja podzielam tę opinię tylko w części. Tak, Danny lubi ryzyko i nie boi się odważnych decyzji. Ale czy jest menadżerem-wizjonerem, który zazwyczaj wygrywa? W mojej ocenie nie do końca. Uważam, że po przegranym Finale 2010 przespał kolejne dwa lata. Zmiany, jakich dokonywał były co najwyżej kosmetyczne. Do starzejących się Pierce'a, Garnetta i Allena nie dołączył nikogo naprawdę wartościowego, kogoś kto mógłby realnie wesprzeć Celtics w wygrywaniu, a nie być tylko zadaniowcem z ławki.


Oddał Kendricka Perkinsa i Nate'a Robinsona do Oklahomy w zamian za m.in. Jeffa Greena. Po pierwsze zepsuł chemię w zespole, po drugie zabrał ważne ogniwo jednej z najlepszych defensyw tamtych lat. Perk zagrał z OKC w 2012 roku w Finałach jako starter. Jego brak pod koszem Bostonu sprawił, że ich żelazna obrona straciła swój filar i charakter. Sam LeBron James mówił o tym, że po jego odejściu atakowanie obręczy C's było łatwiejsze. Po trzecie zamiast Greena mógł (podobno) dostać Jamesa Hardena - wybrał inaczej.

Pozwolił odejść Tony'emu Allenowi bo bał się o jego kolana. Tymczasem kolana, dziś obrońcy Grizzlies, przez ładnych parę sezonów miały się nad wyraz dobrze, a ich właściciel pozostawał jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) defensorem z pozycji obwodowych.

Handlował Ray'em Allenem w zasadzie od kiedy tylko go pozyskał. Dumny, urażony Ray tylko czekał, aż będzie wolnym agentem. W 2012 roku pokazał Ainge'owi środkowy palec w sposób najbardziej bolesny z możliwych. Nie dość, że zgodził się na pieniądze dwa razy mniejsze, niż mu proponowano w Bostonie, to jeszcze związał się z Miami Heat - ich największym wrogiem ostatnich lat. Nazwisko Allena, na przestrzeni lat w Bostonie, było łączone z wieloma klubami.

Miał do dyspozycji skład, dla którego to jedno mistrzostwo z roku 2008, będzie z jednej strony wielkim sukcesem, ale z drugiej, już na zawsze, sporym niedosytem bo możliwości, potencjał i aspiracje na przynajmniej jeszcze jeden tytuł na pewno były. Oczywiście zdrowie, a raczej jego brak to coś, nad czym ani Ainge ani nikt inny nie ma kontroli, ale to jest osobny temat.

Ainge przez lata pływał na fali wydarzeń z wakacji 2007, kiedy w dość zgrabny sposób z drużyny która wygrała 24 mecze, zmontował w Bostonie skład który sięgnął po tytuł, a niejako przy okazji wygrał 66 meczów w rundzie zasadniczej. Od tamtej pory miał więcej szczęścia, niż dobrych decyzji. Nie mówiąc już o tych genialnych czy wizjonerskich.

Zrobił świetny ruch, gdy oddał na Brooklyn Garnetta i Pierce'a a przyjął m.in. trzy wybory w pierwszych rundach draftu. Świetny z perspektywy czasu. Na ile był to desperacki ruch, by dostać cokolwiek za emerytowane gwiazdy, a na ile chłodna kalkulacja? Wtedy nie mówiło się, że Ainge jest wygranym wymiany. Kto mógł się spodziewać, że kostki Derona Williamsa posypią się tak szybko? Kto mógł się spodziewać, że pasja pana Mikhaiła Prokhorova do budowania mistrzowskiej ekipy, wypali się tak szybko? Nawet dziś osoby blisko związane zarówno z Bostonem, jak i Brooklynem, podkreślają, że powszechnie panowała opinia, że owe wybory, to będzie coś w okolicach trzeciej dziesiątki draftu. Ainge dobrze wyszedł też na wymianie z udziałem Rajona Rondo. Dostał m.in. Jae Crowdera. Udało mu się też z Isaiah Thomasem.

Teraz kondycja Bostonu wygląda świetnie. Druga najlepsza drużyna Wschodu, wybiera w top3 tegorocznego draftu. Najprawdopodobniej to samo zrobi również za rok, jako że C's kolejny raz dostaną wybór od Nets. Ainge ma całą masę picków w najbliższych latach, więc przyszłość rysuje się dla Bostonu w jasnych barwach. Być może zgromadzone wybory posłużą mu do pozyskania Butlera, George'a czy kogoś innego z topowych graczy ligi. Może któraś z młodych gwiazd okaże się wielkim talentem. Może. Mówi się, że Ainge swoim ostatnim ruchem przechytrzył wszystkich, bowiem nie był do końca przekonany co do Markelle'a Fultza, typowanego na jedynkę draftu. Tym sposobem ma dużą szansę wybrać tego zawodnika, którego najbardziej chce, a przy okazji zapewnił sobie wybór w przyszłym naborze lub w roku 2019. To wszystko rozbudza wyobraźnię i pozwala sądzić, że Danny Ainge być może handluje z samym diabłem.    

Wrócę do lat 2008-2013. Tak wyglądały wybory Bostonu w poszczególnych draftach:

2008 - Z 30 numerem do Celtics trafił J. R. Giddens, który w NBA był zupełnie nikim. Po latach miał swój epizod w Asseco Gdynia.

Ainge mógł sięgnąć po takich graczy jak: Nikola Peković (31), DeAndre Jordan (35) czy Ömer Aşık (36). 

2011 - MarShon Brooks 25 numer, oddany do Nets za JaJuana Johnsona.

C's mogli sięgnąć po Jimmy'ego Butlera, który z 30 numerem trafił do Bulls. W II rundzie, z 55 numerem Boston zdecydował się na E'Twauna Moore'a. Pięć pozycji niżej znalazł się ostatecznie Isaiah Thomas.

2012 - Z 21 numerem do Bostonu trafił Jared Sullinger, a z 22 Fab Melo. Do wzięcia byli: Jae Crowder (34), Draymond Green (35) czy Kris Middleton (39).

2013 - Z 13 numerem tamtego draftu do Celtics trafił Kelly Olynyk. Za nim znaleźli się tacy zawodnicy jak Giannis Antetokounmpo (15), Dennis Schröder (17) czy Rudy Gobert (27).

Oczywiście, nie tylko Ainge pomijał wymienione przeze mnie "perły" poszczególnych draftów. Ale nie każdy GM w NBA nosi miano geniusza, wizjonera, który wie i widzi więcej, niż pozostali. Historia pokazuje, że wyników drużyn nie musi obrazować sinusoida. Nie musi być tak, że przez kilka sezonów się wygrywa, potem "nurkuje" przez kolejne lata, żeby znów triumfalnie powstać. Popatrzcie na Spurs. To jest możliwe. Nawet jeśli nie walka o tytuł, to stały, wysoki poziom od dwóch dekad. Dlaczego R. C. Buford, menadżer San Antonio, nie jest nazywany geniuszem w swoim fachu? Ale to już jest chyba pytanie na osobną rozmowę.

Nie mam nic do Danny'ego Ainge'a. Mam za to coś do odbierania mi prawa do kwestionowania, zastanawiania się na jego ruchami kadrowymi. Przecież robimy to w odniesieniu do większości menadżerów ligi.  

https://c.o0bg.com/rf/image_960w/Boston/2011-2020/2014/12/20/BostonGlobe.com/Sports/Images/Lee_ainge2_spts.jpg

23:30, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 czerwca 2017

Gdy w czerwcu 2008 roku Boston Celtics sięgnęli po mistrzowski tytuł, mój tata był w szpitalu i czekał na poważną operację, która nigdy wcześniej się nie udała tam, gdzie leżał. Siłą rzeczy, play-offy 2008 były dla mnie czymś innym, niż zwykle. W nocy mecze, w dzień szpital. Noc zlewała mi się dniem, dzień z nocą. Ciężka głowa, ciężkie oczy, ogólnie ciężko. Równolegle do zdrowotnych problemów taty, toczył się w moim życiu osobny wątek, który mocno przetestował moją psychikę, mój charakter, moje inne rzeczy. Chyba nie mam chęci pisać o tym na koszykarskim blogu. Powiem tylko, że był to wątek sercowo-uczuciowy. Jak nie żałuję niczego, co zrobiłem w życiu, tak z tamtego okresu, gdybym mógł, paru rzeczy bym teraz nie zrobił, a niektóre, być może, zrobiłbym inaczej. Choć ogólnie wierzę, że wyszedłem z tego wszystkiego twardszy i bogatszy o nowe doświadczenia. Nocne transmisje NBA były moją prywatną ucieczką do krainy, która przynajmniej na parę godzin, dawała mi wewnętrzny spokój. 

Tamci Celtics byli ostatnią drużyną, której szczerze kibicowałem. Gdy latem 2007 roku Kevin Garnett i Ray Allen przechodzili z Minnesoty i Seattle do Bostonu, ja miałem wakacyjną pracę w Niemczech. Internet łapałem przy jakiejś szkole. Pracowałem po 10h dziennie a potem zmęczony brałem lapa i szedłem sprawdzać newsy z NBA i świata. Czasem wstawałem przed pracą i szedłem na mój mały szkolny plac prawdy. Skakałem z radości, jak dowiedziałem się, że Danny Ainge pociągnął za spust tych dwóch wymian. Od lat byłem fanem Garnetta i Allena więc wiadomość, że obaj zagrają w Bostonie, razem Paulem Pierce'em, którego też uwielbiałem, oznaczała jedno...miałem nową drużynę, której mogłem kibicować. Trzy tygodnie później miałem wypadek samochodowy, podobno otarłem się o śmierć. Po co o tym piszę w kontekście Celtics? Wszystko to mi się razem łączy. Gdy sięgam pamięcią wspominając tamtą ekipę - jak się tworzyła, jak grała, na myśl przychodzi mi tamto lato w Niemczech i ta nie do końca udana wyprawa do Hiszpanii, żeby odwiedzić tatę. Gdy myślę o tamtych wakacjach, o wypadku, o pracy dla Włocha w Niemczech, o czasie spędzonym w Hiszpanii z tatą już po wypadku, na myśl przychodzą mi też Celtics. Pewnie po części też z tego powodu, ta drużna była dla mnie taka wyjątkowa.     

 

 Poniżej oryginalny tekst, który napisałem dziewięć lat temu.

 

17 czerwca 2008 roku Celtowie z Bostonu sięgnęli po siedemnasty mistrzowski tytuł w historii klubu. Poniżej z tejże właśnie okazji siedemnaście spostrzeżeń, uwag, cytatów na temat finałów, minionego sezonu, Celtów, ich „Wielkiej Trójki” i paru innych ciekawych rzeczy. Zapraszam.

1. Wynik 131:92 w decydującym szóstym meczu. 39 punktów przewagi to nowy rekord NBA jeśli chodzi o mecze w których decydowały się losy mistrzowskiego tytułu.

2. Celtowie potrzebowali aż 26 meczów w postseason (7 z Atlantą, 7 z Cleveland i po 6 z Detroit oraz Los Angeles) by znaleźć się tam gdzie teraz są. To nowy rekord ligi. 

3. Po sezonie 2006/2007 gdzie wygrali zaledwie 24 mecze byli w stanie wygrać aż 66 spotkań w sezonie kolejnym i sięgnąć po tytuł. Była to największa metamorfoza w historii NBA.

4. Do tej pory nie zdarzyło się żeby trzej najlepsi strzelcy mistrzowskiego zespołu mieli po 30 lub więcej lat.

5.  Do tej pory nie zdarzyło się żeby dwóch spośród trzech najlepszych strzelców mistrzowskiej ekipy sezon wcześniej grało w innych klubach.

6. To dla Paula Pierce’a . Po 10 latach głównie frustracji i rozczarowań wreszcie ma to o czym marzy każdy sportowiec. Cierpliwość i wytrwałość popłacają. Miał okazje odejść do lepszych klubów, zaufał Danny’emu Ainge’owi i trenerowi Riversowi.  "Przez te 10 lat sporo tu przeżyłem. Doc, Danny i właściciel klubu cały czas byli ze mną, wspierali mnie, to wspaniałe uczucie odpłacić się im wreszcie za to. […] Czuję, że jestem na szczycie świata, sny się spełniły" – powiedział po dzisiejszym meczu Pierce.

7. To dla Kevina Garnetta. Po 12 latach w Minneapolis gdzie największym sukcesem był finał konferencji zachodniej w roku 2004 (przegrany z Lakers 4:2) do K.G. przylgnęła etykieta zawodnika, który usztywnia się w meczach o wysoką stawkę.

8. To dla Raya Allena. Super strzelec podobnie jak K.G. miał opinię gracza który traci swój „magic touch” zawsze wtedy kiedy jest naprawdę potrzebny. W tegorocznych play-offs teoria ta zdawała się znajdować potwierdzenie. Ray Ray pudłował niemiłosiernie ale to za sprawą jego ważnych rzutów z Cavs, Pistons a przede wszystkim w finale Celtics są tam gdzie są.

9. Phil Jackson w pierwszych dziewięciu finałach na ławce trenerskiej zdobył komplet dziewięciu tytułów. Za ostanie dwa finały legitymuje się bilansem 3:8.  

10. To dla Doca Riversa. Na początku sezonu zmarł mu ojciec. W dniu meczu numer 5 (15 czerwca) w Stanach Zjednoczonych obchodzono Dzień Ojca. Rivers bardzo chciał wygrać ten mecz dedykując sukces pamięci ojca – nie udało się. Wygrał wczoraj  17 czerwca – dzień przed rocznicą urodzin Grady Riversa. Wiele mówiło się także o mankamentach jego warsztatu trenerskiego, zbyt partnerskich stosunkach z zawodnikami ba niektórzy „znawcy” nawet prześmiewczo pytali kim jest Rivers? Teraz z pewnością zapamiętają to nazwisko.

11. To dla ławki rezerwowych Celtics. Podobno nie istnieje.

12. To dla Rajona Rondo. Nie jest łatwo być rozgrywającym w NBA mając 22 lata, znikome doświadczenie i ogromne oczekiwania doświadczonych kolegów, którzy grają tylko i wyłącznie o tytuł. Nie jest łatwo skupić się na grze gdy słyszy się swoje nazwisko podczas wskazywania najsłabszych punktów zespołu bądź w kontekście spekulacji transferowych. Rondo stanął na wysokości zadania i to w jakim stylu! "Rondo dał radę. Był świetnym graczem, przeciwstawił się presji i tym, którzy mówili, że potrzebujemy rozgrywającego. On udowodnił, że stać go na grę na naszym poziomie." – komplementował młodego kolegę Kevin Garnett.

13. Za beczkę Gatorade, którą Paul Pierce wylał na głowę Riversa.

14.. "To przesłanie dla małych dzieci - poświęcenie może zaprowadzić Cię na szczyt." Powiedział Mark Jackson komentator ESPN niegdyś świetny rozgrywający kilku klubów NBA.

15. „Wszystko jest możliwe! Wszystko jest możliwe!” – krzyczał tuż po zakończeniu meczu uradowany K.G.


16. "I got my own. I got my own," (wreszcie mam swój upragniony pierścień) powtarzał Garnett przytulony na środku parkietu do Billa Russella . "I hope we made you proud." (mam nadzieję, że jesteś z nas dumny) - dodał  "You sure did," (oczywiście, że jestem) odpowiedział wyraźnie wzruszony Russell.

17. "Mieliście w szkole łobuza, któremu chcieliście dokopać, ale nie mieliście wystarczająco dużo siły by to zrobić, byliście za mali? On was ścigał, gnoił was, bił, a wy nie mogliście nic zrobić, chociaż chcieliście. Po 13 latach wreszcie udało mi się skopać mu tyłek na parkingu przed szkołą, przy wszystkich. Tak to czuję." K.G. o mistrzostwie.



23:56, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017

14 czerwca 1998 roku, czyli dokładnie 19 lat temu, Michael Jordan sięgnął z Bulls po swój szósty i ostatni mistrzowski tytuł. Finały 1998 roku były, według telewizyjnych ratingów, najbardziej oglądanymi Finałami w historii NBA a Game 6 tychże Finałów był najbardziej oglądanym, pojedynczym, meczem w historii NBA.
Sezon 1997-98 był ostatnim sezonem, w którym Michael Jordan i Scottie Pippen walczyli razem w barwach Bulls, pod wodzą Phila Jacksona. W szatni Byków nazywano te rozgrywki "ostatnim tańcem". Niby istniała szansa, mała ale zawsze, że M.J., Pippen, Rodman i Jax wrócą na kolejne rozgrywki, ale w zasadzie nikt w to nie wierzył. Pippen był obrażony na zarząd Bulls, który przez lata nie potrafił, przede wszystkim finansowo, docenić jego statusu gwiazdy ścisłej elity NBA. Jackson powoli zaczynał czuć się wypalony psychicznie i potrzebował albo silnego bodźca motywacyjnego albo dłuższej przerwy w coachingu. Jordan nie chciał grać dla innego trenera, niż Jax i też nie chciał rozstawać się z Pippenem. Rodman czekał na rozwój wydarzeń.
Bulls wygrali w tamtym sezonie 62 mecze, ale nie dało im to przewagi parkietu na całe play-offy. Mieli ją Utah Jazz, dzięki wygraniu obu bezpośrednich starć, przy takim samym bilansie ogólnym.
Zapis video z ostatniej kwarty tego legendarnego meczu nr 6 pokazuje w skondensowany sposób to, co czyniło Jordana najlepszym graczem NBA przez wiele lat a ostatecznie uczyniło go najlepszym w historii tej gry.
Ostatnie trzy akcje meczu zdają się wyreżyserowane. Dopiero po latach, po milionowym odtworzeniu, dociera do nas jak niesamowity był to wyczyn Jordana.
35-letnie ciało, błagające o odpoczynek, stojące na miękkich nogach. Tylko tak silny charakter mógł zmusić je do ostatecznego wysiłku. Skąd my to znamy?
45 punktów Jordana z 87 całej drużyny. Angażowanie kolegów w atak? Nie, nie, to nie ta bajka. Jordan oddał 35 ze wszystkich 67 rzutów, które Bulls oddali w tym starciu. Zanotował jedną asystę (1 zbiórkę i 4 przechwyty). Jestem więcej niż pewny, że koledzy nie mieli i nie mają mu za złe, że za często nie podawał im wtedy piłki.


Dopiero po latach potrafiłem docenić jak świetną drużyną byli tamci Jazz, jak świetnym trenerem był Jerry Sloan, jak świetni byli Malone i Stockton oraz ich grupa wspierająca. Wtedy, jako mały gnojek, po prostu ich nie lubiliśmy z kumplami. Byli zbyt obciachowi. No wiecie - za krótkie spodenki, za biali, za grzeczni, za mało gansta. Dziś nie mam wątpliwości, że gdyby nie Bulls, Jazz mieliby dwa tytuły na koncie.

Gdyby Jazz wygrali ten szósty mecz, najprawdopodobniej też wygraliby game 7. Mam poważne wątpliwości, czy Jordan byłby wtedy w stanie zregenerować swoje ciało w 48 godzin i doprowadzić je do stanu używalności. A pisząc używalności, mam na myśli formę na 40+ minut w meczu (w tym zagrał 44) i jakieś 35-40 punktów. Podejrzewam, że nawet i jego charakter miałby poważne problemy z dźwignięciem tych spracowanych nóg. Choć "Flu Game" pokazał, że w przypadku Jordana ludzkie standardy nie mają zastosowania.

M.J., eksploatowany przez całe play-offy jak transkontynentalna lokomotywa XIX-wiecznej Ameryki, grał mecz 6 jak profesor. Zero zbędnych ruchów, żadnych niepotrzebnych wydatków energetycznych. Czytał obronę i brał z niej tyle, ile mógł. To była wersja Jordana jako koszykarza ostatecznego. Przy okazji, trzeba to przypomnieć i mocno podkreślić - Bulls nie wystarczało wtedy 20-25 punktów od swojego lidera, tak, jak choćby dwa lata wcześniej w serii ze Seattle. Oni potrzebowali z jego rąk grubo ponad 30 punktów, a w obliczu kontuzji pleców Pippena, które po Finałach zoperował, i nierówno grającej ławki, nawet więcej. Warto też pamiętać, że wyczyny Jordana w ataku, zawsze mocno w cień odsuwały jego grę w obronie. A ta była tytaniczna, wzorowa i mimo wszystko, trochę niedoceniana. No i oczywiście kosztowała go mnóstwo energii. 

Nalejcie sobie czegoś do szklanki, usiądźcie wygodnie, ustawcie video na pełny ekran. Cofamy się w czasie o 19 lat... 

http://www.mymj.nl/michaeljordan/wp-content/uploads/2010/02/jordan-vs-jazz.jpg



23:03, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 czerwca 2017

Golden State Warriors mistrzami NBA! Kevin Durant MVP Finałów.

Zapraszam do dzielenie się przemyśleniami z tego meczu, z całej serii, z minionego sezonu. Ja zrobię oddzielny wpis dziś wieczorem.

05:54, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017

Dziś to już jadę na oparach. Ale obiecałem sobie, że zrobię relację z każdego meczu Finałów, i słowa dotrzymam. Zacząłem pisać na promie, wracałem z sędziowskiego szkolenia. Prawdopodobnie najlepszego, w jakim do tej pory brałem udział. Nasz związek zaprosił Oļegsa Latiševsa z Łotwy, moim zdaniem, jednego z najlepszych obecnie sędziów FIBA. Było bardzo ciekawie. Ale to nie jest ten temat.

Cavs wygrali. To jest dziwne, że dziwnie czujemy się z tym, że nadal panujący mistrzowie NBA, wygrali mecz w Finałach. Przecież jeszcze niecałe dwa tygodnie temu zamykali serię z Bostonem i wyglądali taaaak. Mecz nr 4 sam w sobie był dziwny. Gdybym musiał opisać go jednym zdaniem, to powiedziałbym - Cavs trafiali rzuty. Ot i cała tajemnica tego starcia. Nadal popełniali szkolne błędy w obronie i w zasadzie nic nadzwyczajnego w sferze taktyki tam się nie wydarzyło. Po dwóch minutach z kawałkiem było 14:5 dla Cavs i na tamten moment było to ich najwyższe prowadzenie w całej serii. Potem 19:6, potem 27:11. Irving i koledzy pchali piłkę do przodu, ale miałem wrażenie jakby gdzieś tam z tyłu głowy każdego z nich coś mówiło "zwolnij, to nie nasza gra. Zwolnij. Warriors dadzą nam się wystrzelać, a potem nas dojadą. Musimy zwolnić." Zwalniali na kilka sekund, ale ogólnie nie zwalniali, a rzuty nie przestawały wpadać. Po pierwszych 12 minutach wynik brzmiał 49:33! Zarówno 49 punktów w jednej kwarcie jednej ekipy, jaki i 82 punkty łącznie, to nowe rekordy Finałów. Ciężko to sobie wyobrazić - Warriors rzucili 33 punkty a i tak przegrywali różnicą 16! Wyglądało to jakby Cavs chcieli tymi wszystkimi dodatkowymi punktami obdzielić poprzednie mecze. Jakby się dało.

Historią tego meczu było sędziowanie. Niechlubną historią. Było 12:6 na korzyść Cavs w faulach po pierwszej kwarcie. Gospodarze stanęli na linii aż 22 razy w pierwszej ćwiartce. Goście tylko 11. Draymond Green zdzielił Shumperta w twarz. Za co otrzymał zaledwie zwykły faul. W normalnych okolicznościach powinien był dostać dacha lub niesporta. Bez dwóch zdań. Czy zrobił to celowo? Oczywiście. Gdy, grając w kosza, przypadkiem, kogoś trafisz, to zaraz sprawdzasz czy nic mu nie jest i dajesz znać, że nie chciałeś. Tak to działa na każdym poziomie rozgrywek. Aha, i jeśli wielcy fani Dubs i Greena będą próbowali go bronić, albo mieć coś do mnie, że ja mam coś do niego - Jest taka grupka osób komentujących na moim blogu, która odzywa się tylko, gdy niepozytywnie piszę o Greenie. Poczytajcie sobie, co pisałem o nim przy okazji meczów jeden, dwa i trzy. Czemu byliście cicho, gdy go chwaliłem? Tak tylko się głośno zastanawiam. Nie oczekuję odpowiedzi.

Wracając do tamtej sytuacji. Po faulu Greena, sędzia John Goble poprawił dachem. Wtedy wydawało się, że dla Greena. Jak się później okazało, dach był dla Kerra. Zrobił się z tego smród później, kiedy Green już oficjalnie został ukarany faulem technicznym. Wszyscy w hali byli przekonani, że będzie musiał opuścić parkiet. Zaczęło śmierdzieć. Sędziowie wystosowali później oficjalną notkę, w której próbowali wyjaśnić sytuację. Winę zrzucili na problemy z komunikacją. Nie napisali czym tłumaczą brak gwizdka przy okazji ogromnego błędu połowy Kyrie Irvinga. Mark Davis i John Goble to jedni z najgorszych sędziów w NBA. Mike Callahan ciągnął te zawody. Próbował bezpiecznie zacumować. Davis i Goble chcieli rzeźbić. 

O tym drugim opowiadałem Wam trochę w październiku z Hiszpanii. Był to jego pierwszy mecz w Finałach. Podejrzewam, że w tym roku ostatni. Sędziowanie było słabe, ale jeszcze słabsze było mówienie wielu kibiców, że to sędziowie pchnęli Cavs do wygranej. Tak. Szczególnie ten rzut J.R. Smitha z 10 metrów był mocno pchany przez sędziów.

Cheerleaderki Cavs zaliczyły bardzo ofensywny występ podczas którejś z przerw. Widziałem rudego Dwyane'a Wade'a. To znaczy to był Dwyane Wade pofarbowany na rudo, ubrany w dresy, których nie umiem jeszcze opisać. Kevin Durant jest w takiej formie, że wpadają mu nawet wariackie rzuty (35 punktów). Klay (13) i Steph (14) tym razem mniej agresywni. Green poza głupotami, zaliczył bardzo solidny mecz - 16 punktów, 14 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty, 1 blok. 

Cavs trafili 24 razy zza łuku. To nowy rekord NBA. LeBron James (31 punktów, 10 zbiórek, 11 asyst) zaliczył dziewiąte triple-double w Finałach. To też nowy rekord. Osiem tego typu meczów ma Magic Johnson. Nikt inny nie ma więcej, niż dwa. W końcu drogę do kosza znalazł Kevin Love. 23 punkty (6/8 zza łuku). Tristan Thompson przypomniał sobie z czego je chleb. To nie było nic spektakularnego, ale myślę, że 10 zbiorek, 5 asyst, 5 punktów, Cavs biorą od niego w ciemno w tych Finałach. J.R. Smith za ostatnie dwa mecze jest 10/20 zza łuku i zdobywa średnio 15.5 punktu. To też brałbym w ciemno.

No i na koniec Kyrie Irving. 40 punktów (15/27 z gry, w tym 7/12 zza łuku), 7 zbiórek, 4 asysty, przechwyt. Jego taniec z piłką, jego lewa ręka, jego umiejętność dostawania się pod obręcz. Klasa.

Seria przenosie do Oakland na mecz nr 5. Ciężko mi uwierzyć w drugi z rzędu tak ofensywny mecz Cleveland. Łatwiej jest mi wyobrazić sobie, że poprawiają swoją obronę i ograniczają straty. Być może będzie to ostatnia noc z NBA tego sezonu. To też jestem w stanie sobie wyobrazić.

Warriors przegrali cztery mecze z rzędu (razem z tamtym sezonem), po których teoretycznie, mogli zostać mistrzami NBA. To nowy rekord ligi.

Nie do końca jestem zadowolony z tego tekstu. Powstawał na raty, na lądzie i morzu. Ale nie chciałem go nie mieć w ogóle, albo po meczu piątym, może ostatnim, wracać do czwartego. 

Zdjęcie poniżej zrobiono mi w sobotę. Uciąłem sobie drzemkę w ciągu dnia. Zbierałem siły na nocny wyjazd do Kisakallio. Kot ten sam. Sąsiada. Ponad nami legendarne trzy koce, które w czasie oglądania NBA stają się moim kokonem bezpieczeństwa i ciepła.

Cavs 137, Warriors 116.
W rywalizacji 1:3
Mecz nr 5 w poniedziałek w Oakland.

02:06, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
niedziela, 11 czerwca 2017

Dokładnie 20 lat temu, 11 czerwca 1997 roku miał miejsce mecz zapamiętany przez historię jako "Flu Game". Po czterech meczach Finałów 1997 roku, w rywalizacji Chicago Bulls - Utah Jazz było 2:2. Piąte starcie grano na piekielnie trudnym dla gości parkiecie w hali Delta Center w Salt Lake City.

Michael Jordan kilkanaście godzin wcześniej dostał grypy żołądkowej, połączonej z zatruciem pokarmowym. Choć złośliwi twierdzą, że najzwyczajniej w świecie "zapił". Nie wiem, nie było mnie tam. W każdym razie, bez względu na przyczyny, był odwodniony, głodny, miał 38 stopni gorączki oraz duże kłopoty z podniesieniem się z hotelowego łóżka. Ludzie, którzy widzieli go tamtego dnia byli pewni, że nie zagra. Zagrał. A reszta to historia.

38 punktów, 7 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty, 1 blok. Jazz wygrali pierwszą kwartę 29:16, ich najwyższe prowadzenie w tym meczu wynosiło 16 punktów. Phil Jackson nie miał komfortu dania Jordanowi odpoczynku. M.J. spędził na parkiecie aż 44 minuty! Oglądałem ten mecz na żywo w telewizji. Przy okazji licznych przebitek kamer na Jordana, zdawało się, że ten trzyma się na nogach bardziej dzięki sile woli, niż mięśni.

Na 45 sekund przed końcem meczu, przy stanie 85:85, Jordan zebrał piłkę po swoim własnym niecelnym rzucie z linii. 20 sekund później, z podania Scottie Pippena, trafił arcyważną trójkę. Bulls wygrali 90:88 i w serii objęli prowadzenie 3:2. Po końcowym gwizdku skrajnie wyczerpany M.J. słania się na nogach i pada w ramiona Scottie'ego.  Sprawę mistrzostwa Bull rozstrzygnęli w kolejny starciu, po powrocie rywalizacji do Chicago. 

Ten występ, to było coś więcej, niż wygrany mecz, zdobyte punkty, prowadzenie 3:2 w Finałach. To była manifestacja charakteru Jordana. Tego legendarnego charakteru, dzięki któremu zbudował swoją karierę, swoją postać i został dla koszykówki, dla sportu ogółem, dla popkultury tym, kim został.

21:15, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 czerwca 2017

Bardzo ciekawy materiał nagrany podczas tegorocznego Weekendu Gwiazd w Nowym Orleanie, a opublikowany wczoraj przez stację ESPN. LeBron James, Draymond Green, raper 2 Chainz oraz goście (m.in. Charles Oakley) poruszają całe spektrum tematów. Dotykają NBA, Igrzysk Olimpijskich, futbolu amerykańskiego i wielu, wielu innych interesujących tematów. Klimat utrzymany w konwencji luźnej rozmowy podczas wizyty u fryzjera, co samo w sobie jest bardzo atrakcyjne. W poniedziałek, przy okazji relacji z meczu nr 2 Finałów, pisałem o relacjach między ludźmi z NBA.

"Zawodnicy i trenerzy w obrębie NBA lubią się i szanują bardziej, niż wielu się wydaje. Widziałem to po meczach w Toronto, w Londynie, przy okazji obserwowania kadry USA w Hiszpanii, we Francji na EuroBaskecie i przy parku innych okazjach. Walka na parkiecie. Poza nim szacunek i przyjaźń, w wielu przypadkach autentyczna przyjaźń." 

Ten materiał tylko to potwierdza.

13:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 czerwca 2017

W alternatywnej rzeczywistości Kyle Korver trafia z lewego rogu rzut, który wcześniej w karierze trafiał miliony razy. W innej wersji tejże rzeczywistości LeBron nie podaje a sam punktuje, ewentualnie w następnym posiadaniu, broni skutecznie przed sztyletem Duranta zza łuku. Mielibyśmy 1:2 i potencjalnie wielkie emocje przed piątkową nocą, w której momentum mogłoby przenieść się do Ohio przed powrotem do Oakland na piąty mecz. W tej alternatywnej rzeczywistości są też Spurs, mistrzowie z 2013 roku, z niecelnym rzutem Ray'a Allena z prawego narożnika i moim tekstem o tym, że są mistrzami. Są tam też Utah Jazz mistrzowie NBA 1998 roku, razem z niecelnym rzutem Michaela Jordana nad Bryonem Russellem. Obok nich masz Sacramento Kings, mistrzów NBA z 2002 roku, w pakiecie z niecelnym rzutem Roberta Horry'ego. Patrz, tam idzie Twoja była. Jesteście cały czas razem. Razem z tymi wszystkim słowami, które padły a paść nie powinny były, oraz tymi, które nie padły, a mogły. A szkoda. Kręcą się tam wszystkie te should've would've could've, które co raz przelatują Ci przez głowę.

Rzeczywistość jest taka, że na ten moment nie potrzebujemy nawet piątego meczu, by poznać nowego mistrza ligi. Gdyby ktoś Ci przed starciem trzecim powiedział: LeBron - 39 punktów (15/27 z gry), 11 zbiórek, 9 asyst, przechwyt i blok. Kyrie - 38 punktów (16/29 z gry), 6 zbiórek, 3 asysty. I dorzucił do tego: Love - 13 zbiórek, 6 przechwytów. Smith - 16 punktów (5/10 zza łuku). To co byś pomyślał? Że to nie mogła nie być wygrana Cavs? Pewnie przeciwko każdej innej z pozostałych 28 ekip NBA tak właśnie by było. Ale Warriors to inna historia.

I pewnie gdyby Cavs mogli zagrać jeszcze raz te trzy ostatnie minuty meczu, to zagraliby je inaczej. Ale przecież to samo mogą powiedzieć Warriors o ostatnich minutach, ostatniego meczu Finałów sprzed roku.

Jeśli kibicujesz Cavs, to zapewne jesteś rozbity jak oni. Jeśli kibicujesz Warriors, to jesteś w siódmym niebie i już (od roku) chłodzisz szampana. Jeśli jesteś po prostu koneserem dobrego basketu, to pewnie zgodzisz się, że to był dobry mecz. Bo to był dobry mecz. Spokojnie czymś takim można promować ligę. Póki co, ani razu nie miałem kłopotu żeby wstawać na mecze, ani żeby nie usypiać w ich trakcie. Nie wiem czy to świadczy dobrze o tych Finałach, czy raczej o tym, że dla mnie ta pora roku, to nadal czas wyjątkowy. 

Pierwsza kwarta była zdrową wymianą celnych ciosów. Widać było, że Cavs chcą od razu uruchomić J.R. Smitha. Oraz, że popróbują trapowania kozłującego Curry'ego. Pierwsza taktyka była w miarę OK. Druga się nie sprawdziła. Warriors 7 ze swoich 16 trójek trafili w pierwszych 12 minutach, m.in. dlatego, że Steph znajdował niepilnowanego przez moment kolegę, co z kolei uruchamiało znakomity ruch piłki. Można by rzec, że pierwsza kwarta była idealnym papierkiem lakmusowym całej tej serii. Cavs trafili 60% swoich rzutów z gry (!), zdobyli 32 punkty...a i tak przegrywali siedmioma. Warriors są dla Cavs za dobrzy, za bardzo poukładani, mają za szeroki skład, dają minimalny margines błędu a jednocześnie sami sobie mogą bezkarnie pozwolić na błędy, bo te potrafią niwelować równie perfekcyjnie zarówno w obronie jak i w ataku. Cavs wygrali kwarty II i III 62:50. 12 punktów w dzisiejszej koszykówce, to cztery posiadania. To znaczy, kiedyś też 3x4 równało się 12, ale kiedyś trójka nie bywała nawet drugą opcją w kontrze.

Kyle Korver zadunkował w drugiej kwarcie. Po raz 24 w 14-letniej karierze. Chciałem przez moment wyłączyć wszystko i iść spać. Żartuję. Próbuję być zabawny.  

Kolejny raz kłopoty z faulami miał Draymond Green, ale gdy był na parkiecie, grał świetnie. 8 punktów, 8 zbiórek, 7 asyst, blok i przechwyt. Warrios z nim na placu gry byli +14. Kilku, z jego znakomitych podań, nie powstydziliby się najlepsi rozgrywający z CP3 na czele. A ci nie najlepsi mogliby mieć spory kłopot z odtworzeniem czegoś takiego w warunkach meczowych. 

Klay miał 16 punktów już po 7 minutach gry. Skończył mecz z 30 (11/18) i tylko jedną stratą. Znów był świetny. Znów był cichy. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałem w Finałach tak nienachalne, subtelne, wręcz aksamitne 30 punktów. Klay od jakichś dwóch sezonów puka do drzwi z napisem "moi ulubieni zawodnicy w obecnej NBA". Zdaje mi się, że jakiś czas temu już mu otworzyłem.   

Aż 19 z 20 pierwszych trafień z gry Warriors było asystowanych! Wykrzyknik. To jest kwintesencja zespołowości. Za cały mecz wyglądało to tak - 40 celnych rzutów z gry, 29 asyst. Nadal znakomicie. U Cavs - tyle samo celnych rzutów z gry, ale aż 12 mniej asyst. Możesz nie kibicować Warriors, możesz potępiać Kevina Duranta za przejście do ekipy, która go pokonała w play-offach, która wygrała 73 mecze i była o posiadanie, lub dwa od tytułu, ale jeśli rozmawiamy o czystej, prawilnej koszykówce, tu i teraz, bez żadnych dodatkowych historii, to po porostu musisz doceniać styl Warriors. Pastor James Naismith, jeśli patrzy na to gdzieś tam z góry, to pewnie szczerze się uśmiecha. Tak to miało wyglądać. Oczywiście tylko co do zasady.

Cavs po wygraniu III kwarty 33:22 postanowili kontynuować dobrą passę. Ich Wielka Trójka z Jeffersonem i Korverem zaczęła ostatnią ćwiartkę. Warriors zaczęli rezerwami. Czy to zemściło się na nich w ogólnym rozrachunku? Draymond Green powiedział po meczu, że zauważył po trzeciej kwarcie, że LeBron szedł do swojej ławki mocno zmęczony. Steve Kerr zalecił swoim graczom cierpliwość. Był przekonany, że gwiazdy Cleveland w końcu opadną z sił, i że będzie to moment do ataku. Miał rację. Czy wyglądałoby to inaczej, gdyby coach Lue też zaczął ostatnią kwartę rezerwami? Być może, ale mogło być też tak, że zmiennicy Cavs zostaliby zjedzeni i po paru minutach, zamiast bronić prowadzenia, trzeba by było odrabiać dwucyfrową stratę. Tego nie dowiemy się nigdy. 

Na 3.09 min. przed końcem meczu J.R. Smith trafił za trzy punkty po podaniu Jamesa. Było 113:107 dla Cavs. W odpowiedzi swoją trójkę spudłował Durant. Po przestrzelonym rzucie Smitha, ofensywną zbiórkę zaliczył James. Na zegarze było już tylko 2.31 min do końca. Zdawało się, że Cavs mają wszystko pod kontrolą. Nie najgorzej wyglądało to też, gdy 40 sekund później Irving wyrwał piłkę Durantowi po swoim niecelnym rzucie a wynik brzmiał 113:109. Kto by się wtedy spodziewał, że trafienie Smitha to były ostatnie punkty Cavs, że Warriors zrobią 11:0 run (7 punktów K.D.) i wyrwą serca graczom i fanom Cavs?

Raz jeszcze otworzyliśmy debatę czy LeBron umie grać końcówki ważnych meczów. Rozmawiamy o sferze psychicznej. Czy podanie do Korvera, powinno być, w takiej a nie innej sytuacji, jego pierwszą opcją? James po meczu bronił swojej decyzji. Powiedział, że gdyby przyszło mu zagrać tamtą akcję jeszcze raz, to postąpiłby tak samo. Przypomniał mi się szósty mecz Finałów 2013 roku. Jeśli nie pamiętacie, to przypomnę Wam - LBJ w końcówce IV kwarty, wyglądał decyzyjnie bardzo, bardzo źle. Dziś to już jest historia, bo Ray Allen zrobił to, co zrobił. Ale gdyby nie trafił, to James miałby jeden tytuł mniej a na barkach (zapewne) ciężar tamtej porażki. Jasne, to jest rozmawianie o niczym, o alternatywnej rzeczywistości, ale...ale... przygotowuję tekst na ten temat. Znając życie, to znaczy jak znam sam siebie, najpewniej wyląduje obok pudła Jordana nad Russellem.

 

Czy 11 zbiórek środkowego to dużo? To zależy od meczu. A 11 zbiórek w trzech meczach? Bo tak to wygląda u Tristana Thompsona. Do tego 8 punktów, 2 bloki i 2 przechwyty. Oczywiście łącznie.

Jeśli mówimy o jedenastkach, to Deron Williams jest 0/11 z gry w tej serii. W ciągu 37 minut na parkiecie. Pamiętacie jak zimą LeBron mówił, że potrzebuje pier..nego rozgrywającego? Cóż, D-Will gra jak jakiś pier..ony rozgrywający. Taka ciekawostka dla kibiców za bardzo siedzących w statystykach. Z Williamsem na parkiecie Cavs byli +4, z Irvingiem -9. Zadzwoń do Lue. Powiedz, że odkryłem mu nową rotację na Golden State.

Warriors są głębocy jak Rów Mariański. Tak głębocy, że 26 punktów, 13 zbiórek (!), 6 asyst, 2 przechwyty, tylko 1 strata Stepha, nie były ani nagłówkami tekstów po tym meczu, ani nawet kolejną historią tego starcia. A Steph gra po cichu wyśmienite play-offy i wyśmienite Finały.

Kolejny raz, na tym etapie rozgrywek, rozmawiamy o typach na Finały. Jak się czuje swoim Cavs in six? Bardzo dobrze. Dzięki, że pytasz. Dzięki za maile i komentarze. Na dziś wygląda to tak: Pomyliłem się, póki co, tylko raz w całych tegorocznych play-offach. W serii Clippers-Jazz. Może ze zdrowym Griffinem, miałbym czyste konto. Może nadal nie. Typowanie w play-offach, przewidywanie scenariuszy na każdy kolejny sezon, granie w Drive to the Finals, nie jest punktem mojego honoru. Nie gniewam się na sport za to, że nie jest przewidywalny. Ba, ja uwielbiam sport za to, że taki jest. Przy czym bądźmy szczerzy - o jakiej nieprzewidywalności ja tu mówię? Przecież Dubs byli silnym faworytem tej serii, więc tam nie dzieje się nic niezgodnego z przewidywaniami. Na mojej kartce ten matchu-up wyglądał dobrze. Na kartce Kevina Love'a też tak wyglądał. Mam to szczęście, że od wielu lat (z małymi wyjątkami) kibicuję tylko i wyłącznie dobrej koszykówce. Mam też swoją bardzo subiektywną listę zawodników, którym życzę tytułu w pierwszej kolejności. That's all. Więc jeśli próbujesz mi pojechać, to...hmm jesteś w stanie to zrobić, ale nie na polu typowania play-offów w NBA. Nie bądźmy śmieszni. Jeśli poziom tego bloga, moje zdolności do analizy, łączenia faktów, odbiegają od Twoich oczekiwań i standardów, to...tam na górze po prawej stronie masz krzyżyk. Ja Cię serdecznie zapraszam, ale na siłę nie zatrzymuję.

Dziś w nocy game 4. Postaram się przygotować coś dobrego do jedzenia. Przychodzi do mnie kolega. Może dwóch, może trzech. Jeśli to będzie ostatni mecz sezonu 2016-17, to godnie go przyjmiemy.    

Cavs 113, Warriors 118.
W rywalizacji 0:3
Mecz nr 4 w piątek w Cleveland.

14:54, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 220