Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
MENU:
czwartek, 17 sierpnia 2017

Stoisz pod prysznicem. Przyjemny chłód wody orzeźwia Twoje zmęczone ciało. Zmywasz z siebie kurz, pot, woń nagrzanej słońcem skóry. Łudzisz się, że ten chłód, to orzeźwienie, możesz gdzieś zmagazynować i korzystać z niego w razie potrzeby. Ale gdy tylko zamkniesz za sobą drzwi klimatyzowanego pomieszczenia, cały ten rezerwuar zimna trafia szlag. A może ciepło da się magazynować? Już za niedługo może mi się przydać. To słońce w trybie 30+, to taka moja mała męczarnia mironczarnia. Nie narzekam na pogodę, ja tyko ją odczuwam i opisuję. W gruncie rzeczy, bycie mokrym od potu nie jest mi obce. Zazwyczaj przytrafia mi się jakieś pięć razy w tygodniu. Z hotelu do hali mam 36 minut spacerem. Trochę więcej, jak zachodzę gdzieś na kebab albo loda. Zabieram ze sobą dodatkową koszulkę, przebieram się na miejscu. Wracam w tej z meczu. Idą mi dwie koszulki na dzień. Taki mam patent. Po zmroku temperatura spada do 27 stopni. Mój wyjazdowy komputer jest już u schyłku swojej kariery. To jest jego ostatni międzynarodowy turniej.  

Chiny-Syria 81:79

Szkoda Syrii, ale na tym etapie rozgrywek szkoda chyba każdej odpadającej drużyny. Mecz zapowiadał się na klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem. I niewiele brakowało, aby tamten biblijny scenariusz się sprawdził. Syryjczycy (Dawid) mieli Chińczyków (Goliat) na widelcu. W czwartą kwartę weszli z 12 punktami zaliczki. Gdyby ktoś zdradził im wtedy, jak potoczy się ostatnich 10 minut tego starcia, to myślę, że w 9 przypadkach na 10, Chiny nie uciekłyby spod noża. Na ich szczęście, to był właśnie ten jeden na ileś raz. Syryjczycy szukali kontr i przy każdej możliwej okazji podkręcali tempo. Gdy tylko któryś z wysokich zbierał piłkę, już w okolicach połowy boiska było przynajmniej dwóch pędzących zawodników czekających na podania. Obwód Syrii co chwilę kąsał obronę Chin. Szybkie granie ma jednak to do siebie, że bywa niedokładne. Michael Madanly schodził z parkietu z 35 punktami (16/26 z gry), 7 asystami, 4 przechwytami, ale też z aż 10 stratami. Tarek Al Jaby dorzucił 16 punktów, 3 asysty i 3 zbiórki. Na dwie sekundy przed końcem meczu, William Alhaddad stanął na linii rzutów wolnych. Pierwszy spudłował. Drugi, po kródkiej konsultacji ze swoimi wysokimi, celowo nie trafił. Syryjczycy zdołali zebrać piłkę, ale nie starczyło im czasu na oddanie dobrego rzutu. Powtórzę raz jeszcze - gdyby ktoś powiedział Syrii, że o losach meczu będzie decydować pojedyncze posiadanie, to jestem więcej, niż pewny, że podopieczni Nenada Krdzica bardziej szanowaliby piłkę, gdy grali jeszcze z bezpiecznym buforem 8-10 punktów. Patrząc na załamanych Syryjczyków, przypomniał mi się EuroBasket z 1997 roku z naszym udziałem. Ten słynny mecz Polska-Grecja w ćwierćfinale. Wracamy do niego co jakiś czas przy różnych okazjach i zastanawiamy się co by było gdyby. Może wizja awansu na wyciągnięcie dłoni sparaliżowała, zdekoncentrowała Syryjczyków tak, jak 20 lat temu nas?

Chińczykom trzeba oddać, że koncertowo zagrali ostatnią kwartę. Wygrali ją 25:11. Chiny w koszykówce to dla mnie odpowiednik Niemców w piłce nożnej. Nie zawsze ładnie, nie zawsze pełni gwiazd, ale zawsze do końca, piekielnie skuteczni, cały czas w oparciu o żelazną taktykę, bez niepotrzebnych szaleństw. Chińczycy mogli się zagubić w ślepej uliczce bez wyjścia już w II czy III kwarcie. Gdy Syria miała swój run, Gen Li dbał jednak o to, żeby rywal za bardzo nie odjechał. W końcowym rozrachunku okazało się, że każdy z jego 19 punktów (7/12 z gry w tym 4/7 zza łuku) był na wagę zwycięstwa. Środkowy Dejun Han stoczył pod koszem prawdziwą bitwę z Ivanem Tudorovicem (naturalizowanym Macedończykiem, urodzonym w Czarnogórze). Jedno ze starć przypłacił rozbitym łukiem brwiowym, ale i tak zdołał zagrać 23 minuty i zdobyć dla Chin 14 punktów (5/6) i 6 zbiórek. Jak na Pandę Wielką, Han (215 cm) wyjątkowo dobrze się rusza. Poza tym jest bardzo silny. Australia będzie mieć z nim dziś duży kłopot.  

Ciekawostka: Syria wzięła kiedyś udział w EuroBaskecie, który rozgrywany był...w Egipcie. Był to rok 1949. Związek Radziecki, jako mistrz z 1947 roku, odmówił organizacji mistrzostw. FIBA nie chciała drugi raz z rzędu obarczać Czechosłowacji, finalisty i gospodarza turnieju 1947 roku, organizacyjnymi obowiązkami. Dlatego poproszono Egipt, trzecią ekipę wcześniejszych mistrzostw. Wiele europejskich drużyn odmówiło udziału w imprezie tłumacząc się trudnościami z dostaniem się do Kairu. W turnieju wzięło udział tylko siedem drużyn. Wygrał Egipt, przed Francją i Grecją. Dalej uplasowały się ekipy Turcji, Holandii, Syrii oraz... Libanu. 

 

Jordania-Irak 84:70

Jak to dobrze, że po raz ostatni, przy okazji turnieju w Bejrucie, a najpewniej ever, będę musiał poświęcić kilka linijek i trochę mojego cennego czasu Kevinowi Galloway'owi. Zbyt duża pewność siebie, gdy nie poparta umiejętnościami, staje się karykaturalna. Nie wiem na jakich zasadach...oj, chciałem użyć jego inicjałów, żeby było szybciej, ale nie, nie mogę... Nie wiem na jakich zasadach odbywa się jego gra w kadrze Iraku, nie wiem też czy jest tam jakiś pion odpowiedzialny za ewaluację jego występów, ale dla mnie nie ma wątpliwości - Irak z Galloway'em w składzie nie tylko nie jest lepszy. Irak z nim w składzie jest zwyczajnie gorszy na obu końcach parkietu. Było parę momentów tego meczu, kiedy miałem chęć podejść do niego i krzyknąć "weź Ty się k...a człowieku uspokój." Dziwię się, że koledzy pozwalają mu na takie zachowanie. Irak wymyślił sobie wstawki trapowania i krycia na całym parkiecie. Ale do tego, jak wiadomo, trzeba dobrej organizacji w obronie i dyscypliny. W szeregach Iraku tego akurat nie było. Zazwyczaj wyglądało to tak: Galloway próbował przeszkadzać zawodnikowi wprowadzającemu piłkę, jednocześnie wskazywał najbliższemu koledze kogo ma kryć. Problem w tym, że tenże kolega nominalnie był odpowiedzialny za kogoś innego. Tak się nieszczęśliwie składało, że ten "ktoś inny", cichaczem, biegł pod atakowany kosz, by kilka sekund później dostać podanie na łatwe dwa punkty. To było przekomiczne. Łatwe punkty Jordanii doprowadzały do szału Galloway'a, to z kolei, gdzieś podświadomie kazało mu reżyserować obroną swojej drużyny jeszcze bardziej. Tak nakręcała się ta spirala zła. Pytanie gdzie był trener, zostawię bez odpowiedzi... bo nie wiem. Gallo, pozwolę sobie tak go nazwać, spudłował 12 ze swoich 18 rzutów z gry. Tragikomiczny obraz jego występu nieładnie zamazują statystyki - 13 punktów, 8 zbiórek, 6 asyst, 6 przechwytów. Cień na jego, i tak już zacienioną, postać rzuca fakt, że po końcowym gwizdku natychmiast zniknął w szatni. Aż sam się sobie dziwię, że poświęciłem tyle czasu takiemu wieśniakowi. Gdyby jego agent zadzwonił do Waszego klubu z zapytaniem o pracę dla swojego klienta, to nie, nie polecam. Chyba, że za 1500 zł brutto, jeśli już masz trenera, który potrafi chwycić za mordę.

Gra Jordanii to był basket o kilka klas wyższy... ale tylko na tle takiego rywala. Wprawdzie aż 23 z 26 celnych rzutów z gry Jordanii, to były rzuty asystowane, ale trzeba dodać, że podopieczni Osamy Mohammada Fathi'ego Daghlasa popełnili aż 28 strat. Były momenty, że wyglądało to ohydnie. Pięciu Jordańczyków zagrało za 10 i więcej punktów. Dziś, no powiedz im Scottie, "Jordan, not Michael",dzięki, zagra o półfinał z Nową Zelandią.  

 

Środa.

Korea Południowa-Filipiny 118:86

Komplementowałem do tej pory filipiński basket XXI wieku z wymiennością pozycji oraz ich słynnym drive and kick. A wiecie, co w teorii jest najlepsze na penetracje? Stara, dobra strefa. To było takie proste a jednocześnie genialne w swojej prostocie. Koreańczycy postawili strefę 2-3, którą czasem zmieniali na 3-2. Filipińczycy praktycznie odcięci od penetracji, stracili swój spacing. Wyglądali jak kurczak, który już bez głowy uciekł swojemu oprawcy. Nagle okazało się, że boisko zrobiło się takie małe, że o dobry, otwarty rzut, jest cholernie ciężko. Istnieje kolosalna różnica między staniem strefą a bronieniem strefą. Korea ewidentnie nie stała. To było niesamowite, jak byli zdyscyplinowani, jak współpracowali ze sobą, jak reagowali na to, co dzieje się w danym momencie na boisku. Wyglądało to tak, jakby Korea już grała ten mecz wiele razy wcześniej. Gilas nie byli w stanie niczym ich zaskoczyć. Pierwszą kwartę przegrali ośmioma punktami. Terrence Romeo i koledzy przystępowali do tej konfrontacji mając w głowach to, że przegrali wcześniejsze trzy z czterech meczów z Koreą. I to było widać od początku. Mniej wygłupów, mniej teatralnych zachować. W oczach skupienie, koncentracja, respekt przed rywalem. A kto wie, może i nawet trochę strachu. O tym, jak trudny był to mecz dla Filipin, jak dobrze dysponowani byli Koreańczycy, świadczy druga kwarta. Gilas rzucili w niej 31 punktów, z których aż 22 z rąk Romeo. To było coś. Sześć trójek na bodaj osiem prób. Ciekawe ile bym wygrał wtedy, gdybym założył się z kimś, że Romeo już więcej nie zapunktuje w tym meczu? Ale ci goście z Korei byli niewzruszeni. Też rzucili 31 punktów w tej części gry, też mieli swoje momenty w ataku. Jeden Romeo był dla nich jak wypluć pestkę z kompotu z wiśni.

Po zmianie stron rozpoczęła się egzekucja. Piracka strefa Korei dała Filipinom zdobyć już tylko 36 punktów do ostatniego gwizdka. Sami nawrzucali aż 61. To był basket przez duże B, koszykówka przez duże K i defensywa przez ogromne D. Na 21 prób z dystansu, Koreańczycy trafili 16. Ponad 66% ich rzutów z gry znajdowało drogę do kosza. 34 asysty, tylko 12 strat. Coach Jae Hur, były znakomity obrońca azjatyckiej koszykówki, dał pograć jedenastu swoim zawodnikom. Każdy z nich zdobył w tym meczu punkty. Świetnie współpracowali ze sobą wysocy Sek Eun Oh (22 punkty, 5 zbiórek) oraz Jong Kyu Kim (15 punktów, 4 asysty, 2 bloki, 2 zbiórki). Mieli potężne wsparcie od obwodu, któremu przewodził Sun Hyung Kim, zdobywca 21 punktów (9/11 z gry), 4 asyst i 3 przechwytów. 

Smutek Filipińczyków już nie był teatralny, amerykański. Choć nie obyło się bez tanich, chorych gier z ich strony w samej końcówce. Na 3:55 min. przed końcem meczu, Gilas dostali przeciwko sobie w jednej akcji faul, faul niesportowy, oraz faul techniczny. Koreańczycy dostali pięć rzutów wolnych i piłkę.

Koreańska strefa zagra w półfinale z irańską strefą. A o tej drugiej poniżej.

 

Iran-Liban 80:70

Nie wiem czy strefa, to było coś, co Iran chciał grać od początku, czy raczej była to reakcja na to, jakie efekty dało to Korei z Filipinami. W każdym razie Iran też zagrał strefą w obronie, czym najwyraźniej rozbił ofensywny game plan Libanu. Tak to wyglądało. Dziesięć punktów nie oddaje tego, jak Iran zdominował ten mecz. Gospodarze trafili tylko 38% swoich rzutów, goście 50%. Hamed Hadaddi zagrał potężne zawody. 23 punkty, 20 zbiórek, 3 bloki, 2 asysty i 1 przechwyt. Siedziała koło mnie dziennikarka z Iranu, z którą obserwowałem już wcześniejsze starcie Iranu. Po jednej z akcji Hameda, chciałem powiedzieć do niej "Big Fundamental" z uznaniem o jego technice użytkowej, ale się powstrzymałem. W tych okolicznościach, taki dobór słów, mógł być różnie odebrany. Hadaddi już nie jest tak mobilny, jak kiedyś, ale tak samo jak Duncan czy Garnett, dzięki świetnej technice, nadal jest w stanie robić na parkiecie rzeczy, o których młodzi, wyskakani, atletyczni środkowi mogą tylko pomarzyć. Mimo, że poza parkietem lekko utyka, a lekarze Iranu muszą zużywać sporo różnych wcieranych medykamentów, żeby doprowadzać go do stanu pozwalającego na grę. Jego czucie piłki jest obłędnie dobre. Gdyby wybrał fach chirurga albo malarza obrazów, to myślę, że z takimi dłońmi też miał szansę na sukces. 

Na dwie minuty z kawałkiem przed końcem III kwarty, Hadaddi skończył akcję wsadem. Był przy tym faulowany. Tablica pokazywała wynik 71:57. Środkowy Iranu krzyknął do swojej ławki "That's what I'm talking about" tak głośno, że cała hala Nouhad Nawfal Stadium mogła to usłyszeć. Przypomniał mi się Pau Gasol, który dwa lata temu we Francji uciszył publiczność w Lille.

Are you not entertained? 

   

Hadaddi'ego mocno wsparł Mohammad Jamshidi, który zdobył 24 punkty (9/13, 6/7 za 3), 5 zbiórek, 4 asysty i 3 przechwyty.

Liban pewnie do dziś zastanawia się, co tam się wczoraj stało. Strefa Iranu będzie im się śnić jeszcze długo. Zabity ruch piłki, odcięte atuty. Libańczycy walili głowami w mur. Coach Butautas, który myśli, że jestem z Iranu, nie był w stanie odpowiednio zareagować w czasie meczu. To nie był wieczór Fadi'ego El Khatiba. Wprawdzie zdobył 18 punktów, ale potrzebował do tego 19 rzutów. Spudłował w kilku bardzo łatwych próbach. Koledzy nie mieli pomysłu jak wykorzystać jego atuty przeciwko strefie Iranu. W wielu akcjach zawodnicy Libanu wręcz wpadali na siebie blisko końcowej linii boiska. 24 punkty, 5 zbiórek, 4 asysty i 4 przechwyty zapisał na swoim koncie 23-letni Wael Arakji.

Teraz jeszcze więcej osób myśli, że jestem z Iranu. Była taka akcja, w której Irańczyk, już nie pamiętam kto dokładnie, rzucał po penetracji. Piłka nie dotknęła obręczy, po czym ten sam zawodnik ją złapał. Publiczność wybuchła. Libańscy dziennikarze też. W NBA jest to błąd kroków. U nas, w przepisach FIBA, coś takiego, to zwykła ofensywna zbiórka. Mimo, że piłka dotyka tylko powietrza. Oczywiście pod warunkiem, że gracz nie podaje sam do siebie, ale takie rzeczy łatwo jest odczytać. Wyjaśniłem przepis siedzącym koło mnie. Nie wiem czy uwierzyli. Wyglądali, jakby nie uwierzyli.

Po meczu udało mi się spotkać z Fadi'm. Obiecałem, że nie będę pytał o ten mecz. Nawet nie chciałem.

Zapytałem o jego wspólne treningi z Michaelem Jordanem po Mistrzostwach Świata w Indianie w 2002 roku. Smutny do tego momentu El Khatib, uśmiechnął się.

"To była najlepsza rzecz, jak mogła mi się przydarzyć w moim koszykarskim życiu. Przez całe dwa miesiące miałem okazję trenować i grać z najlepszym koszykarzem wszech czasów i jego znanymi kolegami. Miałem wtedy 22-23 lata. Rady, jakich Jordan mi wtedy udzielał, miały bardzo duży wpływ na to, jak wyglądała i jak potoczył się moja kariera. To było niesamowite przeżycie. Byłem dumny, że miałem okazję reprezentować tam nie tylko siebie, ale także mój kraj."

O tym, czy miał okazję grać z Jordanem jeden na jednego. Jak to było kryć go?

"Nie graliśmy jeden na jednego i też nie miałem okazji bronić przeciwko Jordanowi. On zawsze ustalał składy i zawsze wybierał mnie do swojej drużyny (śmiech)." 

15:26, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 sierpnia 2017

Kiedy pożartujemy już sobie z tych wszystkich Tajwanów, Iranów i innych Syrii. Kiedy odłożymy na bok geopolitykę, pozycję tych państw na arenie międzynarodowej oraz wszystko to, co o nich wiemy, albo wydaje nam się, że wiemy, to okaże, że w sferze czysto sportowej, naprawdę nie ma z czego się śmiać. W tych krajach gra się w koszykówkę a ich czołowi zawodnicy, to nie żart. Ten turniej tutaj w Bejrucie, to nie jarmark ani wakacje w Hurghadzie. Tu się gra w poważną koszykówkę. Musisz o tym wiedzieć. Obiekty oglądane z perspektywy Europy, mogą wydawać się nieco inne, niż w rzeczywistości są.

W niedziele zamknęliśmy fazę grupową turnieju. Chiny zmierzyły się z Irakiem w walce o drugie i trzecie miejsce grupy B. Później Filipiny starły się z Katarem. Dla Gilas był to mecz na miarę wygrania grupy, dla Katarczyków mecz o być albo nie być w tych mistrzostwach. Potem, niepokonane do tamtego momentu, ekipy Jordanii i Iranu zagrały o pierwsze miejsce w grupie A. W meczu kończącym dzień Syria zmierzyła się z Indiami. Stawką tego meczu było prawo gry o ćwierćfinał. Już wtedy wiedzieliśmy, że na zwycięzcę czekać będą Chiny.

Turniej w Bejrucie rozgrywany jest według, moim zdaniem bardzo ciekawego systemu. Otóż, tylko zwycięscy poszczególnych grup gwarantują sobie bezpośredni awans do ćwierćfinałów. Ekipy z pozycji 2 i 3 grają jeden dodatkowy mecz o wejście do tegoż ćwierćfinału. Z początku wydawało mi się to zbytnim komplikowaniem sytuacji, ale potem zrozumiałem, że dzięki temu mamy dodatkowe mecze i w zasadzie do samego końca nie ma spotkań o nic.

Drużyna z drugiego miejsca grupy A, gra z trzecią drużyną grupy B. Drużyna z trzeciego miejsca grupy A, gra z drugą drużyną grupy B. Analogicznie mają się sprawy w przypadku grup C i D.

Chińczycy pokonali Irakijczyków 61:60 w thrillerze, który trzymał w napięciu do ostatniego posiadania. To był dziwny mecz. Każda kwarta była jakby oderwana od pozostałych. Pierwszą siedmioma punktami wygrał Irak, drugą dziewięcioma Chiny, trzecią dziesięcioma Irak i wreszcie ostatnią, dziewięcioma Chiny. Kevin Galloway, którego znacie z poprzedniej relacji, znów forsował swój irytujący hero ball. Wstrzymywał ruch piłki, ustawiał na parkiecie kolegów, miał do nich bezsensowne pretensje. Przypomniały mi się mroczne czasy w NBA w latach, dajmy na to, 2000-2008, kiedy główną taktyką w ataku większości drużyn były izolacje i gra 1 na 1. Na szczęście dla koszykówki tak już się tego sportu nie uprawia. Można więc powiedzieć, że 29-letni Galloway jest koszykarską skamieliną. Mecz skończył z dorobkiem 8 punktów, 8 zbiórek, 10 asyst i 1 przechwytu. Spudłował aż 12 ze swoich 15 rzutów a założę się, że gdyby znów nie polował na triple-double, jego strzelanie byłoby jeszcze gorsze. Najdziwniejsze jest to, że gdzieś podświadomie życzę mu dobrze, bo to w gruncie rzeczy ambitny chłopak. Cierpi jedynie na, dość powszechną u Amerykanów grających overseas, chorobę zwaną "wiem wszystko o koszykówce, więc dajcie mi piłkę i z drogi". To, w połączeniu z wrodzoną u nich pewnością siebie, daje toksyczną mieszankę. Irak z Galloway'em na czele, zagra dziś z Jordanią o prawo gry w ćwierćfinale. Ale dość o nim. Omar Alazawi zdobył dla Iraku 22 punkty (8/13 w tym 6/8 zza łuku). Być może w dzisiejszym meczu ktoś zadba o więcej piłek w jego stronę. Dla Chin najlepsze zawody zagrał Ailun Guo (19 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty).

 

Filipiny pokonały Katar 80:74. Wynik w żaden sposób nie oddaje tego, że Gilas przewyższali rywala o kilka klas. Odnieść można było wrażenie, że podopieczni Vincenta Reyesa bardziej niż z rywalem, zmagają się z utrzymaniem odpowiedniego poziomu koncentracji. W pierwszej relacji z Bejrutu, pisałem o specyficznym sposobie bycia Filipińczyków. W meczu z Katarem mieliśmy tego próbkę. Terrence Romeo zaspał w II kwarcie w kilku akcjach w obronie. Parę razy zgubił się na zasłonach. Coach miał do niego bardzo słuszne pretensje. Ale Romeo, jako gwiazda (najlepszy strzelec filipińskiej PBA w minionym sezonie) wziął to za bardzo do siebie. Obserwowałem całą sytuację z bardzo bliska. Nakrył głowę ręcznikiem, zbunkrował się na końcu ławki, przy okazji ławka dostała z liścia gdy na niej siadał (Enes Kanter i jego krzesło pozdrawiają). Koledzy zaczęli go pocieszać, przybijać piątki. Romeo miał świeczki w oczach, chyba był bliski płaczu. To było takie teatralne, takie amerykańskie, że aż śmieszne. Romeo, swoje brewerie, przypłacił miejscem na liście najlepszych strzelców turnieju. W meczu z Katarem zdobył tylko 10 punktów i jego średnia z ponad 21 punktów na mecz spadła do 17.7, co zepchnęło go z top 3 na szóste miejsce. Jeśli chodzi o samą grę, to Filipiny przywiozły do Bejrutu świetny, nowoczesny basket. Wysokie pick and rolle, penetracje z odegraniami na obwód, wymienność pozycji, imponujący ruch piłki. 23 asysty na 28 celnych rzutów z gry mówią bardzo wiele. Ale nie wszystko. To trzeba zobaczyć. 15 z tych 28 trafień to były trójki. Każdy z dziesięciu Filipińczyków, który zagrał w tym meczu, zdobył punkty. Pięciu z nich zanotował dwucyfrowe zdobycze. Nie do zatrzymania tego wieczoru był urodzony w Kanadzie Matthew Wright (25 punktów, 9/15 z gry w tym 7/12 zza łuku). W ekipie Kataru dobre zawody zagrali Mansour El Hadary (23 punkty, 6 asyst, 3 przechwyty i 3 zbiórki) oraz Abdulrahman Saad (18 punktów, 11 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty). Pisząc o meczach z udziałem Gilas, nie można nie wspomnieć o ich kibicach. Tym razem ponad 2000 Filipińczyków pojawiło się w hali wspierać swoją kadrę. Było jak zawsze - głośno, żywiołowo, na selfie sticku.    

W trzecim meczu niedzielnego wieczoru Hamed Haddadi i jego Iran starli się z Jordanią w spotkaniu o ciężarze pozycji lidera grupy A. Wygrał Iran 83:71. Przewaga podopiecznych coacha Mehrana Hatami'ego zarysowała się już na samym początku meczu. Hadaddi znów rozdzielał piłki jak profesor. Skończył mecz z 17 punktami, 7 zbiórkami, 9 asystami, 1 blokiem oraz jednym zdjęciem ze mną. Na ten moment jest liderem klasyfikacji asyst ze średnią 8.7 na mecz. Czterech jego kolegów zdobyło 10 i więcej punktów. Strzelcom liderował Behnam Yakhchali, który do 20 punktów dorzucił 10 zbiórek i 3 asysty. 25 z 29 celnych rzutów z gry Iranu to były rzuty asystowane. To był kawał dobrej koszykówki. Jordańczycy zagrali całkiem niezły mecz. Czterech ich zawodników punktowało dwucyfrowo. Najlepszy był Mahmoud Abdeen (22 punkty, 9 asyst, 4 zbiórki).

Historia z tym zdjęciem związana jest taka, że po meczu nie było konferencji, więc zawodnicy nie musieli z nikim rozmawiać. Zapytałem czy Hadaddi wyszedłby na chwile z szatni. Poszli spytać. Hamed pyta skąd. Co, z Polski? Rozmawiać nie ma chęci, bo jest cały obolały i ma nogi obłożone lodem, ale może wyjść zrobić zdjęcie, podać dłoń. Wziąłem, co dawali. Poprosił, żeby zdjęcie zrobić tak, żeby nie było widać jego nóg.

Starciem kończącym gorący, niedzielny dzień w Bejrucie była konfrontacja Syrii i Indii. Mecz wcześniej byłem świadkiem antykoszykówki w wykonaniu Indii. W niedzielę przecierałem oczy ze zdumienia. Nie tylko ja. Nenad Krdzic, trener Syrii, łapał się za głowę po każdej trójce Hindusów. W tym meczu musiał to zrobić aż 12 razy. Piszę aż, bo Indie w poprzednim meczu tylko sześć razy ukąsiły zza łuku. Tam nie zaszły żadne zmiany. Jedyną było to, że Indie trafiały rzuty, które normalnie by im nie wpadały. Nie było tak, że w ledwie 48 godzin nauczyli się kozłować, biegać, stawiać zasłony, znajdować dobre pozycje do rzutów, a co najważniejsze, dobrze rzucać. To nadal były te Indie, które mają przed sobą jeszcze długą drogę do przebycia. Oglądając ich mecze fajnie jest pomyśleć, że ma się przed oczami najlepszych dwunastu koszykarzy z kraju o potencjale ludzkim na poziomie 1.3 miliarda. Oczywiście odjąć kobiety, dzieci i starców. Ciężko to sobie wyobrazić, ale Indie prowadziły w tym spotkaniu już 19 punktami (16 do przerwy)! Po zmianie stron Syryjczycy wzięli się w garść. Drugą połowę wygrali 52:27 i w nagrodę dziś powalczą z Chinami o ćwierćfinał. 

 

Poniedziałek.

Skończyły się żarty. Przegrani pakują się i wyjeżdżają z Bejrutu. W pierwszym z dwóch meczów tego dnia Koreańczycy zagrali z Japonią. Stawką było prawo gry w ćwierćfinale z Filipinami. Wygrała Korea 81:68. Wynik nie oddaje jednak poziomu obu ekip. Był bardzo zbliżony. Kosz za kosz graliśmy przez trzy kwarty. Potem Japończycy przestali trafiać. A szkoda, bo bardzo chciałem móc dalej oglądać Irę Browna, naturalizowanego Amerykanina. 35-letni obieżyświat (grał w USA, Meksyku, Argentynie i Japonii) jest przeciwieństwem Kevina Galloway'a. Cichy, może nawet za cichy, dobrze współpracujący z drużyną. Gdyby nie był czarny, niczym nie różniłby się do pozostałych Japończyków. Zdobył 14 puntów z ledwie 6 rzutów z gry (spudłował jeden). Do tego zapisał 5 zbiórek, 5 przechwytów, 3 bloki i 1 asystę. To był poprawny mecz koszykówki, ale tylko poprawny. Nie będziemy po latach wracać do niego i przywoływać jakieś historie. Tych historii nie było. 

Meczem wieczoru był mecz gospodarzy czyli Libanu z Tajwanem. Niesieni dopingiem swoich fanów, którzy znów bardzo licznie pojawili się w hali, Libańczycy wygrali 90:77. Fadi El Khatib zdobył 30 punktów, 7 zbiórek, 4 asysty i 2 przechwyty. Tygrys gra bardzo energooszczędnie, co na myśl przywołuje mi Jordana w ostatnich latach w Bulls. Fadi porusza się spokojnie po parkiecie, ale kiedy trzeba, błyskawicznie przyspiesza. Kiedy nie trzeba, elegancko stąpa po parkiecie. Jego łatwość w dostawaniu się pod kosz jest imponująca. Niestety już w ćwierćfinale pożegnam się z jednym z moich dwóch ulubionych graczy tego turnieju. Liban El Khatiba zagra o półfinał z Iranem Hadaddi'ego.

Po meczu, na konferencji, jeden z zawodników Libanu, z rozbrajającą szczerością, powiedział, że wiedzieli, że wygrają z Tajwanem. Spojrzeliśmy na siebie w tym momencie z pewnym Amerykaninem z FIBA, którego znam od paru lat, i tylko uśmiechnęliśmy się do siebie. Fajnie jest czasem usłyszeć coś takiego. On nie był zarozumiały. On tylko powiedział to, co czuł. Tyle i aż tyle. Tak często tego brakuje w rozmowach z zawodnikami NBA.

Trener Libanu, Litwin, zapytał mnie czy jestem z Iranu. Jakiś dziennikarz jednego z arabskich krajów, zapytał czy jestem z Chin, ale tutaj to już chyba przesadził. Sprzedawcy w sklepach, na pewniaka, mówią do mnie po arabsku. Ludzie mają kłopot z tym, żeby mnie rozgryźć. Ale to zazwyczaj rodzi miłe i interesujące konwersacje. Poza rozmowami o koszykówce, politykujemy. Może o tym też napiszę.

Według źródeł, Liban ma mi zaproponować obywatelstwo a następnie powołać do kadry. Będziemy celować w Mistrzostwa Świata 2019 w Chinach. 


19:44, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 sierpnia 2017

Zakładam, że przy codziennym śniadaniu nie dopada Cię myśl "ciekawe co tam się teraz dzieje w Libanie." A jeśli już, z jakiegoś powodu pomyślisz o tym bliskowschodnim kraju, na przykład teraz, kiedy to czytasz, to podejrzewam, że wyobraźnia rysuje Ci średnio atrakcyjny obraz. Prawda?

Bezpieczeństwo, a raczej jego brak, terroryści, bieda, brud, smród, nachalni ludzie, którzy chcą Cię oszukać, okraść, pogonić maczetą albo w najlepszym wypadku sprzedać Ci coś po zawyżonych stawkach. Dominujący mężczyźni, zdominowane, mocno okryte odzieniem kobiety i tak dalej.

Nie chcę powiedzieć, że ledwie po dwóch dniach przebywania tutaj, stałem się znawcą Libanu. Chcę tylko powiedzieć, że po dwóch dniach przebywania tutaj, jak do tej pory, spotkały mnie same pozytywne rzeczy. Na ulicach nic szczególnego się nie dzieje. Nikt nikogo nie detonuje, nie bije, nie tnie. Życie toczy się jak u Ciebie w mieście. Nikt jeszcze ani razu mnie nie zaczepiał, łącznie z ofertami transportu, co na przykład w dalekiej Azji jest uciążliwą normą. No chyba, że liczyć pytających o drogę. Ci, o dziwo, zdarzyli mi się już parę razy. Być może wyglądam jak miejscowy. Jedna z tych rozmów skończyła się tym, że dostałem podwózkę pod samą halę, bo i oni, rodzina spoza Bejrutu, też tam jechali. Ludzie są bardzo mili i pomocni. Chciałem kupić sobie loda. Zapytałem czy można płacić kartą, bo jeszcze nie zdążyłem wymienić pieniędzy. Powiedzieli, że tak, ale później okazało się, że terminal im nie działa. A ja loda już prawie zjadłem. Co teraz, zapytałem. Nic, oddasz jak będziesz następnym razem tędy przechodził, odpowiedział sprzedawca. Tego samego dnia poszedłem na kebab. Cały czas bez lokalnej waluty, którą jest funt libański. Powiedzieli, że nie mają terminala, ale jeden z pracowników restauracji zaprowadził mnie do pobliskiego sklepu, w którym mieli. Tam skasowano mnie za równowartość dania, które sobie zamówiłem. I po kłopocie. W oczekiwaniu na kebab, podjęto mnie falafelem. Pytali skąd jestem, co robię w Libanie, czy mi się podoba. Wyglądali na prawdziwie zainteresowanych. Kebab? Jak triple-double bez strat, jak Kyrie Irving w koźle, jak pędzący LeBron w kontrze. Rozumiesz? Znakomity! Nie podniecam się byle czym. Jadłem kebab, w różnych wersjach, na czterech kontynentach, w kilkudziesięciu krajach.

Czy jestem zaskoczony? Nie kebabem, tylko sytuacją w Libanie. I tak i nie. Nie, ponieważ nie jest to pierwszy arabski kraj, jaki odwiedzam. Mam wyłącznie dobre wspomnienia z Maroka, choć MSZ odradzał wyjazdy a już w szczególności wyprawy na tzw. własną rękę. A ta moja właśnie taka była. Mam również same dobre wspomnienia z Egiptu, choć tam akurat byłem dzieckiem i o moje bezpieczeństwo dbał tata. Stare dzieje. Rockets byli mistrzami NBA a Hakeem Olajuwon szkolił pod koszem młodego Shaq'a.

Trochę tak, bo spodziewałem się, że bliskość trawionej konfliktem zbrojnym Syrii, będzie mieć wpływ na to, jak wygląda życie codzienne tutaj w Libanie. Tym bardziej, że jakieś 2-3 lata temu wojska libańskie starły się z bojownikami ISIS na terytorium swojego państwa pod granicą z Syrią. Tymczasem uzbrojoną policję i wojsko, w niezbyt dużej liczbie, spotkać można jedynie przy hali Nouhad Nawfal Stadium, ale przecież w dzisiejszych czasach jest to norma także i w Europie czy Ameryce podczas zabezpieczania imprez tego typu.    

A właśnie, o jakiej imprezie my w ogóle rozmawiamy? Otóż mówimy o mistrzostwach Azji w koszykówce, nazwanych oficjalnie "FIBA Asia Cup". W zawodach bierze udział 16 ekip podzielonych na cztery grupy. Iran, Jordania, Syria oraz Indie tworzą grupę A. Filipiny, Chiny, Irak i Katar to grupa B. W grupie C znalazły się reprezentacje Nowej Zelandii, Kazachstanu, Południowej Korei oraz Libanu. W grupie D los połączył ze sobą Australię, Japonię, Tajwan oraz Hong-Kong. Są to więc rozgrywki dla przeogromnego regionu. Turniej zaczął się 8 sierpnia i potrwa do 20. Ja dołączyłem do przedstawienia w nocy z 10 na 11 sierpnia.

Jako jedyny przedstawiciel mediów z Europy, zostałem bardzo serdecznie przywitany, gdy odbierałem akredytację. Dominują media lokalne, jest też kilku Japończyków i Chińczyków oraz parę osób z innych krajów arabskich. Nie każda ekipa, grająca w Bejrucie, ma swojego przedstawiciela w mediach. Nie ma takiej dyscypliny, jak na meczach NBA czy imprezach FIBA w Europie. Media mają wyznaczony sektor z całkiem niezłą widocznością, dość blisko parkietu, ale w zasadzie można obserwować mecze z każdego innego wolnego w danym momencie miejsca. A, że hala, zazwyczaj świeci pustkami, to oglądam sobie azjatycki basket tak komfortowo, jak tylko się da. Hala, przez te dwa dni kiedy tu jestem, zapełniła się tylko raz - przy okazji meczu Libanu z Kazachstanem.  

Gdy w jednym zdaniu używasz słów Iran i Syria, to w 999 przypadkach na 1000, nie rozmawiasz o koszykówce. Przez myśl przeszło mi, żeby odpuścić sobie to starcie, które zamykało piątkowe zmagania. Ale potem, jak to zwykle mam w takich chwilach, myśl z drugiej strony głowy przywołała mnie do porządku - nie po to tu przyjechałeś? Potem przypomniałem sobie, że przecież Hamed Haddadi jest Irańczykiem, a jego to z chęcią zobaczę na żywo. Nie zawiodłem się. Były rezerwowy Memphis Grizzlies zagrał świetny mecz. Zdobył 12 punktów, 13 zbiórek, 2 przechwyty i 2 bloki. Zabrakło mu jednej asysty do triple-double a trzeba zaznaczyć, że wcale usilnie go nie szukał. Cały mecz wyśmienicie podawał. Tylko jego kolegom brakowało skuteczności. Iran rozbił Syrię 87:63. Wśród pokonanych z dobrej strony zaprezentował się 36-letni Michael Madanly (22 punkty).

Starcie wcześniej obejrzałem swój najprawdopodobniej najgorszy mecz koszykówki na poziomie międzypaństwowym. Jordania pokonała Indie 61:54. Indie trafiły tylko 22 z 60 swoich rzutów z gry (36.7%) i straciły piłkę 20 razy. Zwycięska ekipa wcale nie była lepsza - 48 spudłowanych rzutów na 73 oddane (34.2%). Do tego 10 strat. W reprezentacji Indii miałbym szansę załapać się do turniejowej dwunastki. Nie mówię, że bym to zrobił. Mówię tylko, że miałbym szansę. Konkretnie mam na myśli potencjalne wygryzienie ze składu Baladhaneshwara Poyyamozhi'ego lub któregoś z jego obwodowych kolegów. To był mecz, w którym nie wszyscy zawodnicy umieli poprawnie biegać, kozłować, stawiać zasłony. To był mecz, w którym zawodnicy przechwytywali piłki tylko po to, żeby sekundę później je tracić. To był mecz, w którym brakowało tylko, żeby turniejowa maskotka siadła na ławce Indii. A nie, czekaj, to się przecież wydarzyło. Kolejny raz potwierdziła się moja teoria, że ludzie pracujący jako maskotki, to chyba nie do końca normalni ludzie. Trener Phil Weber, który rok temu był w sztabie trenerskim w Nowym Orleanie, a wcześniej przez lata w Knicks i Suns, ma przed sobą wiele pracy. To może być satysfakcjonujące zajęcie, bo iść z tą ekipą można tylko w górę. Tylko w górę. A potencjału ludzkiego Indiom odmówić przecież nie można.

Filipiny pokonały Irak 84:68. Teraz już wiem na czym polega fenomen Gilas Pilipinas, o którym koledzy z Filipin opowiadali mi od lat. Filipińczycy uwielbiają koszykówkę i amerykański styl życia. Zarówno koszykarze, jak i ich silna reprezentacja kibiców mają taki swój specyficzny sposób bycia, do którego musisz się przyzwyczaić. Na początku może przeszkadzać. Każdy kosz fetowany jest przez ich fanów jak nieistniejąca już w piłce nożnej złota bramka. Poważnie. Nawet pojedyncze punkty z linii dają ich fanom dużo radości. Gilas grają dużo akcji w stylu drive and kick i całkiem nieźle to wygląda, bo mają dobrych wykonawców zarówno do kozłowania i penetracji, jak i rzutów za trzy punkty. Aż 20 z ich 28 celnych rzutów z gry (12 trójek), to były rzuty asystowane. Wśród pokonanych moją uwagę zwrócił Kevin Galloway (23 punkty, 14 zbiórek, 6 asyst) - naturalizowany Amerykanin z Teksasu, który ostatni sezon spędził Libanie. Gdy już wiadomo było kto wygra ten mecz, czyli mniej więcej w połowie III kwarty, Galloway zaczął polować na tak modne w minionym sezonie i odmieniane przez wszystkie przypadki triple-double. Frustrował się gdy koledzy pudłowali rzuty po jego podaniach, albo gdy podawali dalej. Strzelał fochy, ustawiał partnerów w ataku, przetrzymywał piłkę. Zagotował się, gdy coach Mustafa Derin ostatecznie posadził go na ławkę na kilka minut przed końcem meczu, grzebiąc tym samym jego pościg za dziesiątą asystą  

O konfrontacji Chin z Katarem (92:67) nie jestem w stanie napisać niczego ciekawego. Gdybyśmy się przed tym meczem założyli czy zdołam coś napisać, to bym to zrobił. A tak, to nie. Może jedynie to, że trainer Chin, czyli człowiek odpowiedzialny m.in. za dobrą rozgrzewkę, ma pokaźną nadwagę, ale ta nie przeszkadza mu w prawidłowym prezentowaniu poszczególnych ćwiczeń.

 

 

Drugiego dnia wszedłem do hali już jak do siebie. Nikogo o nic nie musiałem pytać, pokazałem tylko przy wejściu akredytację, przywitałem się z tymi, których już znałem, a potem oddałem się całkowicie azjatyckiemu basketowi.

Zmagania otworzyli Japończycy i Hongkończycy. Japonia wygrała ten mecz 92:59. To było starcie ludzi, którzy chcieli i umieli z ludźmi, którzy tylko chcieli. Japończycy trafili 11 z 18 rzutów zza łuku. Pięciu graczy zdobyło dwucyfrową liczbę punktów. Tylko jeden nie zapunktował. W ekipie Hongkongu całkiem nieźle wyglądał Ki Lee (20 punktów, 6/8 za trzy).

Jestem bardzo ciekawy formy, potencjału i kolejnych meczów Australii. Na tle Tajwanu (90:50) wyglądali naprawdę dobrze, ale na tle mało wymagającego wywala, może to nie być miarodajny obraz. Aussies niestety nie przywieźli ze sobą żadnego aktualnie grającego w NBA zawodnika. Mitch Creek zdobył w tym meczu 22 punkty (9/9 z gry). 25-latek był w składzie Jazz podczas tegorocznego Summer League. Nie sądzę, żeby znalazł pracę w NBA, ale w koszykówce FIBA jest atletą. W sztabie szkoleniowym Australii pracuje Luc Longley, trzykrotny mistrz NBA z Chicago Bulls. Jeśli już jesteśmy przy wątkach tamtych Byków, to nie wiem czy wiecie, ale w Bejrucie urodził się Steve Kerr.

W trzecim meczu dnia Korea pokonała jednym punktem Nową Zelandię (76:75). Nowozelandczycy przespali pierwszą połowę (41:30), obudzili się w III kwarcie (27:13) ale ostatecznie nie dowieźli wygranej do końca. Był to mecz bez większych historii. Nie licząc ostatnich 3-4 minut, nie było większych emocji. Steven Adams bardzo by się przydał pod koszem.

W ostatnim meczu dnia Liban, na oczach bardzo licznie zgromadzonej publiczności, pokonał Kazachstan 96:74. Historią wieczoru był dla mnie Fadi El Khatib, którego pierwszy raz miałem okazję widzieć na żywo. Kiedyś uważany za drugi talent Azji, zaraz po Yao Mingu. Jego przejście do NBA miało być pytaniem kiedy a nie czy. Dziś niespełna 38-letni już gracz do NBA nie trafi, ale  cały czas w jego grze i też w jego postaci jest coś intrygującego. Elegancki, wręcz majestatyczny w swoich ruchach, nadal atletyczny, świetnie zbudowany, przystojny. Jeszcze w 2012 roku "Tygrysem" interesowali się m.in. Pistons. W 2003 roku dostał od L.A. Clippers roczny kontrakt i nawet go podpisał, ale problemy z rozwiązaniem umowy z klubem z Libanu przekreśliły jego wyjazd za ocean. El Khatib to maszynka do zdobywania punktów. Po Mistrzostwach Świata w Indianapolis w 2002 roku trafił do notesów większości skautów NBA. Tim Grover, prywatny trener Michaela Jordana, zaprosił El Khatiba na wspólny trening, w którym poza samym Jordanem, udział wzięli też m.im. Ray Allen, Michael Finley i Charles Oakley. Wszyscy byli pod wrażeniem jego gry, siły i atletyzmu. M.J. stwierdził wtedy, że El Khatib powinien trafić do NBA. Niestety nie dane nam było zobaczyć go w swoim prime w NBA czy Eurolidze. Statystyki z rodzimej ligi, wielokrotnie sięgające 30 punktów, rozbudzają wyobraźnię a statystyki z turniejów międzynarodowych tylko potwierdzają, że El Khatib miał (i nadal ma) umiejętności by grać wśród najlepszych. 

Mniej więcej tak to wyglądało z mojej perspektywy. A to dopiero początek. Mecze są coraz lepsze. Ludzi na trybunach przybywa. Słońce jest w wybornej formie.

17:19, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 09 sierpnia 2017

Chciałem napisać ćwierć wieku temu, ale poczułem się staro. Trzymajmy się więc suchych liczb. Wczoraj, 8 sierpnia, minęło dokładnie 25 lat od dnia, kiedy koszykarze Stanów Zjednoczonych sięgnęli po złote medale Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie. Po raz pierwszy w historii, i najprawdopodobniej ostatni, udało się zmontować skład złożony z późniejszych członków Galerii Sław. Amerykanie, owszem, mieli w swojej historii międzynarodowych występów, imponujące składy, w których grali mistrzowie i późniejsi członkowie Galerii Sław, ale nigdy w takiej liczbie. Wyjątek stanowił jedynie Christian Laettner, który dopiero kilka miesięcy po turnieju w Barcelonie zaczął swoją karierę w NBA.


W skład Dream Teamu weszli: Michael Jordan, Magic Johnson, Larry Bird, Charles Barkley, Karl Malone, John Stockton, Patrick Ewing, David Robinson, Clyde Drexler, Scottie Pippen oraz Chris Mullin.
Każdy z nich został członkiem Hall of Fame za wspaniałe kariery w NBA a od sierpnia 2010 roku Dream Team 1992 znalazł się tam również jako drużyna.

Amerykanie nie przywieźli do domu złotych medali z Igrzysk Olimpijskich w Seulu (1988). David Stern po latach negocjacji, w końcu doszedł do porozumienia z FIBA i Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim, w sprawie dopuszczenia do Igrzysk graczy z NBA. Ostatecznie zadano śmiertelny cios hipokryzji, według której w turnieju mogli brać udział tylko amatorzy, podczas gry od lat dla większości z nich, koszykówka była źródłem utrzymania i już wtedy konkretnego dochodu. Amerykanie, przez niezdrowe regulacje, na kolejne międzynarodowe imprezy wysyłać musieli studentów, którym przychodziło walczyć z dorosłymi i doświadczonymi zawodnikami.
W Barcelonie w końcu się to zmieniło.


Dla wszystkich rywali Dream Teamu konfrontacja z gwiazdami NBA była "kosmicznym" przeżyciem. W dobie braku internetu, telefonów komórkowych, oraz masowego i błyskawicznego przepływu informacji, wszystko co działo się wtedy w NBA, wydawało się jeszcze bardziej magiczne, kolorowe, telewizyjne, tajemnicze, niedoścignione. Za oceanem grano w koszykówkę tak niesamowicie dobrze, że wielu zastanawiało się czy aby na pewno mecze nie są tam reżyserowane. W Barcelonie nadarzyła się pierwsza prawdziwa okazja do sprawdzenia tej teorii.


Dość szybko okazało się, że dla reszty świata, będzie to walka tylko o srebrny medal. Rywale Stanów Zjednoczonych nie grali o wygrane, a o jak najniższe porażki. Powiedzieć, że była to różnica klas, to nic nie powiedzieć. Koszykówkę w wydaniu NBA i koszykówkę reprezentowaną przez wszystkich innych dzieliły lata świetlne.
To był basket zbliżony do perfekcji. Trener Chuck Daily ani razu nie poprosił o czas. Nie musiał. A skoro o nim mowa, to trzeba mocno podkreślić jego ogromną rolę w prowadzeniu tej drużyny. To była piekielnie trudna praca. Żeby pogodzić takie indywidualności, tyle talentu, ogromne ego, trzeba było
 samemu reprezentować odpowiedni poziom inteligencji, sprytu, analitycznego myślenia.  

Amerykanie grali szybko, widowiskowo, intuicyjnie. Tamta drużyna stała się zjawiskiem. Zjawiskiem nie tylko w historii Igrzysk Olimpijskich, nie tylko koszykówki i nie tylko sportu. Efekt Dream Teamu był jak wirus - akurat tu w pozytywnym znaczeniu - zainteresowanie koszykówką rozlało się po całym świecie i zaraziło miliony. Dirk Nowitzki, Manu Ginobili, Tony Parker, Pau Gasol i wielu, wielu innych znakomitych graczy z tego pokolenia, są tego świetnym przykładem. Wówczas 10-12 letni chłopcy z wypiekami na twarzach oglądali wirtuozów koszykówki robiących cuda na parkiecie w Barcelonie. Potem wychodzili na swoje boiska i zapragnęli robić to samo. Wielu zwykłych fanów koszykówki, swoje zainteresowanie tym sportem datuje właśnie na lato 1992 roku. Wrażenie po Barcelonie przetrwało do jesieni, do początku kolejnego sezonu w NBA. 

Z okazji 25-lecia Dream Teamu, NBA przypomniała fragmenty świetnego dokumentu o tej drużynie.

Jest też dwuminutowy materiał, w którym Draymond Green opowiada o swoich odczuciach związanych z tamtą ekipą. Ma kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń.


A tutaj sam dokument. Gorąco polecam. Znakomity film. Wiele ciekawych historii (np. ta, kiedy Daily celowo sabotował pierwszy sparing Dream Teamu z ekipą studentów).

Oto kilka statystyk z tamtego turnieju olimpijskiego: 

- 32 - Najniższa przewaga Dream Teamu w finale przeciwko Chorwacji (117:85). 

- 43.8 - Średnia przewaga w całym turnieju olimpijskim. 

- 51.5 - Średnia przewaga amerykanów podczas turnieju kwalifikacyjnego do IO. 

- 117.3 - Średnia punktowa Dream Teamu w turnieju olimpijskim. 


A skoro rozmawiamy o reprezentacji Stanów Zjednoczonych, to przypomniały mi się moje dwa teksty z przeszłości - pierwszy sprzed roku o kadrze USA w Rio. Drugi z 2014 po mistrzostwach świata w Hiszpanii, które miałem okazję oglądać na żywo. 

12:30, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »