Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
MENU:
piątek, 29 września 2017

Russell Westbrook i Oklahoma Thunder doszli do porozumienia w sprawie przedłużenia kontraktu o pięć lat. Wartość tej umowy to $205 mln. Kontrakt wejdzie w życie z początkiem rozgrywek 2018-19. Licząc z nadchodzącym sezonem, Westbrook, przez najbliższych sześć lat, zarobi w Oklahomie $233 mln. To najwyższy kontrakt w historii NBA. Przy czym ostatni rok umowy, za sezon 2022-2023, będzie opcją zawodnika.

Niespełna 29-letni Westbrook był MVP poprzedniego sezonu. Jego średnie za rozgrywki 2016-17 sięgnęły 31.6 punktu, 10.7 zbiórki, 10.4 asysty oraz 1.6 przechwytu. Russ zaliczył w minionym sezonie aż 42 mecze z triple-double na koncie. Tym samym pobił rekord Oscara Robertsona z sezonu 1961-62.

W dobie migracji wielkich gwiazd, podpisanie Westbrooka to wieki sukces włodarzy Thunder. Istniało spore ryzyko, że wraz z końcem sezonu 2017-18 cała trójka Westbrook, George, Anthony, wejdzie na wolny rynek. Wiele mówiło się o tym, że George i Westobrook mogą przyszłego lata związać się z Lakers i wrócić do Los Angeles, które jest rodzinnym miastem dla obu. Zatrzymanie Westbrooka da Thunder silną pozycję podczas negocjacji z George'em, Melo oraz innymi wolnymi agentami w najbliższych latach.


https://www.nike.com/nikebasketball/us/en_US/images/family/nba/players/profile/russell_westbrook.jpg

23:59, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 września 2017

Dwyane Wade przenosi swoje talenty do Cleveland Cavaliers. 35-latek zgodził się podpisać roczną umową za minimum dla weterana, które w jego przypadku wyniosło $2.3 mln. Dwa dni wcześniej Wade dogadał się z Chicago Bulls w sprawie wykupienia jego rocznej umowy wartej $23.8 mln. By stać się całkowicie wolnym agentem, zrezygnował z ok. $8 mln z tej sumy. Dwunastokrotnym uczestnikiem All-Star Game interesowali się też m.in. Spurs, Thunder i Heat, z którymi spędził trzynaście lat.

Wade tym samym, po trzech sezonach rozłąki, łączy ponownie siły ze swoim serdecznym przyjacielem LeBronem Jamesem, z którym w latach 2011-2014 sięgał po dwa mistrzowskie tytuły.

Wartościowy weteran na pokładzie, to dobra wieść dla Cavs. Klub z Ohio poinformował, że Isaiah Thomas, pozyskany z Bostonu w wymianie za Kyrie Irvinga, ze względu na uraz prawego biodra, może nie wrócić do pełni zdrowia nawet do stycznia przyszłego roku.

Wade, w minionym sezonie, w barwach Bulls notował średnio 18.3 punktu, 4.5 zbiórki, 3.8 asysty oraz 1.4 przechwytu. Jego średnie za całą karierę to 23.3 punktu, 4.8 zbiórki, 5.7 asysty oraz 1.6 przechwytu.

http://ballislife.com/wp-content/uploads/2013/05/proxy-5.jpg

00:12, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 września 2017

Wraz z nowym sezonem, w życie wejdą dwa nowe przepisy, a raczej dwie nowe, oficjalnej interpretacje dwóch pewnych zachowań na parkiecie. Nazywać się będą Zaza rule i Harden rule.

Zaza rule będzie pokłosiem sytuacji z pierwszego meczu Finałów Konferencji Zachodniej Warriors-Spurs. W III kwarcie tego meczu Zaza Pachulia, center Golden State, niebezpiecznie podszedł pod stopy skaczącego do rzutu Kawhi Leonarda, nie dając mu możliwości wylądowania na miejsce, z którego się wybił. Wtedy sędziowie ocenili tę sytuację jako faul Gruzina.

W świetle nowych interpretacji zagrań tego typu i podobnych, sędziowie, po obejrzeniu powtórki ne ekranach stolikowych monitorów, będą mogli podnieść rangę faulu do faulu niesportowego lub technicznego. Faul niesportowy tyczyć się będzie wszystkich niebezpiecznych, wo cenie sędziów, kontaktów fizycznych. Faul techniczny orzekany będzie w momencie, gdy zawodnik ewidentnie i niebezpiecznie naruszył cylinder gracza będącego w powietrzu, ale nie spowodował kontaktu. Sędziowie będą mieli też prawo nie zmieniać swoich decyzji podjętych z poziomu parkietu, i po obejrzeniu powtórki, pozostać przy swojej pierwotnej decyzji.

Harden rule cieszy mnie niezmiernie. Bałem się, że ten trend, mocno szlifowany przez Hardena, ale też skutecznie rozwijany przez m.in. Isaiaha Thomasa, zacznie żyć swoim życiem i w następnych sezonach będzie bardzo brzydko ewoluować. Na szczęście sędziowie w NBA mieli podobnie obawy i odczucia. Nie jest to jeszcze do końca to, co chciałbym widzieć w ostatecznej wersji, ale myślę, że to dobry grunt do dalszych prac. Wstępnie na warsztat zostaną wzięte sytuacje, w których zawodnicy w trakcie brzmienia gwizdka starają się oddać rzut, czym sugerują sędziom, że byli w akcji rzutowej. Teraz sędziowie bacznie(j) będą przyglądać się czy faktycznie dany faul był faulem w akcji rzutowej czy zwykłym faulem. Zawodnicy, by dostać się na linię rzutów wolnych, będą musieli teraz być w oczywistej akcji rzutowej. Mówię, że jeszcze nie do końca jestem zadowolony z tej interpretacji, ponieważ o ile jest to krok ku normalności, o tyle w moim odczuciu w dalszej kolejności, NBA będzie musiała się zająć sytuacjami z dwóch filmów poniżej. Robi mi się niedobrze ilekroć widzę, gdy zawodnicy z piłką wkłada swoje ręce pod ręce obrońców, by wymuszać faule.  

 



https://s.yimg.com/ny/api/res/1.2/3K0HFRo50xrEv5dl_68KDQ--/YXBwaWQ9aGlnaGxhbmRlcjtzbT0xO3c9ODAw/http://media.zenfs.com/en-US/homerun/nbcsports.com/bc5b0bbf3bc14fe844e1983bb0d1cd9a

23:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 września 2017

Po ledwie jednym roku w "Wietrznym Mieście" Dwyane Wade kończy swoją przygodę z Chicago Bulls. Strony doszły do porozumienia w sprawie wykupienia kontraktu. Wade miał zapisane w umowie $23.8 mln na nadchodzące rozgrywki. By stać się całkowicie wolnym agentem, Wade zrezygnował podobno z ok. $8 mln z tej sumy.

Minionego lata, dość nieoczekiwanie, Wade, po trzynastu sezonach w Miami, zdecydował się odejść do Chicago, miasta w którym się wychował. Kilka miesięcy później, Pat Riley, menadżer Heat, przyznał się do popełnienia błędów w negocjacjach z zawodnikiem, którzy pomógł Heat zdobyć trzy mistrzowskie tytuły. Wade dogadał się z Bulls w sprawie dwuletniej umowy o wartości $47.5 mln. Drugi rok kontraktu był opcją zawodnika.

Wade zdecydował się latem skorzystać z tej opcji. Od początku było jednak wiadomo, że jest to decyzja czysto biznesowa. Na wolnym rynku, 35-letni weteran z 14-letnim stażem w lidze nie miałby szans na podpisanie tak tłustej umowy. Po odejściu Rajona Rondo i Jimmy'ego Butlera jasnym stało się, że Bulls wchodzą w fazę przebudowy.

Usługami Wade'a zainteresowanych jest kilka ekip. Liderami w wyścigu wydają się Cavs, nadal faworyt do wygrania Konferencji, w których barwach gra LeBron, prywatnie jeden z najlepszych kumpli Wade'a. Dalej na liście są m.in Spurs i bardzo aktywni tego lata Thunder. Niewykluczony jest także powrót do Miami. Wprawdzie Wade i Riley nie zakończyli ubiegłorocznych negocjacji pomyślnie, ale żadne mosty nie zostały spalone. Klub z Florydy przyjąłby swoją legendę z otwartymi ramionami. 

Wade w ostatnich sześciu latach tylko raz przekroczył próg 70 meczów rozegranych w sezonie regularnym. Dwa razy nie przebił się nawet przez próg 60 meczów. Chroniczne problemy z kolanami zabrały mu wiele z jego firmowego atletyzmu. Prawdą jest jednak też, że to nadal wartościowy zawodnik, który mimo licznych ograniczeń fizycznych, nadal potrafi być groźny. W minionym sezonie dla Bulls notował średnio 18.3 punktu, 4.5 zbiórki, 3.8 asysty oraz 1.4 przechwytu. Jego doświadczenie w play-offach może być na wagę złota.

Gdzie powinien odejść Wade?

Ja, na na jego miejscu zostałbym na Wschodzie i wybrał Cavs i LeBrona. Nie musiałbym po cztery razy ścierać się z Warriors, Spurs, Rockets, Thunder, Wolves, Jazz czy Nuggets. Nie musiałbym cały sezon walczyć o przewagę własnego parkietu przez play-offami. Nie musiałbym już od pierwszej rundy walczyć o życie. Na Wschodzie do pobicia są dla Cavs najpewniej tylko Celtics, Wizards i Raptors. Wizja czterech meczów z Hawks, Magic, Knicks czy Bulls nie brzmi aż tak strasznie. Poza tym, w Cleveland, Wade nic by nie musiał. W roli czwartej a może nawet piątej w ataku opcji, jego zadaniem byłoby jedynie dotrwać w zdrowiu do play-offów i ewentualnie dorzucać od siebie co parę meczów po kilkanaście punktów.   

https://suntimesmedia.files.wordpress.com/2017/03/wade3.png?w=670&h=402

14:35, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 września 2017

New York Knicks i Oklahoma Thunder dogadali się w sprawie wymiany, na mocy której Carmelo Anthony dołączy do Thunder. W zamian, do Nowego Jorku, powędrują Enes Kanter, Doug McDermott oraz wybór w II rundzie przyszłorocznego draftu (od Bulls). 

33-letni Melo musiał zrezygnować ze swojej klauzuli, zapisanej w kontrakcie, pozwalającej mu zablokować każdy transfer ze swoim udziałem. Klauzula ta będzie nadal miała swoją moc w czasie jego pobytu w Oklahomie. 

W ostatnim tygodniu dało się odczuć, że Knicks są bardzo aktywni i coraz mocniej zdeterminowani, by wymiana z udziałem Anthony'ego w końcu doszła do skutku. Sam Melo rozszerzył krąg drużyn, do których chciałby trafić. Do Rockets dołączyły ekipy Cavs i Thunder a być może nawet i Blazers. 

Co sądzę o tej wymianie?

Genialna. Sam Presti, menadżer Thunder, wykonał tego lata imponującą pracę. Do Russella Westbrooka udało mu się dołączyć Paula George'a a teraz Melo. Oczywiście, jest to ogromne ryzyko, bo każdy z nich po sezonie może zostać wolnym agentem (cała trójka ma opcje w kontraktach na rozgrywki 2018-19) i każdy z nich może bez sentymentów zwyczajnie opuścić klub. Ale w sporcie trzeba ryzykować i jeśli możesz do drużyny dołączyć dwóch zawodników formatu All-Star, to to robisz. Każdego lata na rynku pojawiają się organizacje z dużymi pieniędzmi do wydania, które z różnych powodów nie są w stanie przyciągnąć do siebie wielkich nazwisk. Presti wyłowił w te wakacje dwie gwiazdy do, bądź co bądź, prowincjonalnej Oklahomy. Thunder włączają się do walki o mistrzostwo NBA. Nie wiem czy je zdobędą, ale tej pewności nie mają także Warriors, Rockets czy Spurs. 

Jasne, ta wymiana niesie ze sobą wiele znaków zapytania. Tam wiele może nie wyjść. Ale cena, jaką Thunder płacą za danie sobie tej szansy, za znalezienie się w miejscu, w którym od teraz są, była moim zdaniem warta podjęcia tego ryzyka.

To jest sezon prawdy dla Westbrooka. Po "zranionym" sezonie, zakończonym rekordową liczbą meczów z triple-double i nagrodą MVP, Russ ma teraz niepowtarzalną i być może ostatnią szansę by pokazać czy jest prawdziwym liderem, który potrafi świadomie oddać trochę blasku (i piłkę) klasowym partnerom.

Melo nie ma ostatnio dobrej prasy. Moim zdaniem w nowym środowisku, w drużynie, która będzie grać o najwyższe cele, zobaczymy jego najlepszą wersję. Skupiony, zdeterminowany, starszy, pokorniejszy, bardziej doświadczony. To może być sezon, w którym Anthony zamknie usta wielu krytykom.

Mamy takie czasy, że gwiazdy chętnie i często mówią o uczuciach, o chęci wygrywania, o łączeniu się w wielkie trójki, czy nawet wielkie czwórki. Presti dał jasny sygnał Westbrookowi i całej reszcie ligi, że wie jak robić biznes w tej lidze, jak ściągać gwiazdy. Reszta jest tylko i wyłącznie w nogach zawodników i w głowie trenera. Podkreślam - to może być piękna katastrofa. Ci ludzie mogą stać się karykaturami samych siebie. Ale z drugiej strony, ten skład ma potencjał namieszać na Zachodzie i tylko od nich samych zależy, jak ten sezon będzie wyglądać. Jestem na tak.  

08:51, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 września 2017

Szybko. Muszę jeszcze napisać parę słów po EuroBaskecie, póki jeszcze mamy go trochę w pamięci...

Ty i Twój kumpel, ja i mój kumpel plus jakiś gość z przystanku autobusowego. Jest nas pięciu. Gregg Popovich zaczyna nas trenować. Albo nie. Niech to będzie sam Igor Kokoskov, nowy mistrz Europy z reprezentacją Słowenii. Coach rysuje nam zagrywki jak szalony. Mamy od cholery wariantów. Jesteśmy gotowi na wszystko. Mamy plan A, B i nawet C na specjalne sytuacje. Na przykład takie, jak wprowadzenie piłki na 12 sekund przed końcem przy naszym prowadzeniu. Wiadomo, będą nas faulować. Nasza nieudolność sprawia jednak, że opinia publiczna zaczyna się zastanawiać czy nasz trener z nazwiskiem to faktycznie taki piękny umysł. Rozumiesz?

Nie wiem czy populizm w sporcie nie śmieszy mnie jeszcze bardziej, niż ten w polityce. Gdy Słowenia wysyłała do domu kolejnych rywali na tych mistrzostwach, nagle pojawił się temat, że ich trener, Igor Kokoskov mógł parę lat temu przejąć naszą kadrę. Jak to w takich momentach bywa, wyobraźnia zaczęła działać. Skoro dwumilionowy kraj może niszczyć na EuroBaskecie pod wodzą Kokoskova, to co by robiła, albo raczej, co mogłaby robić taka wielka i dumna Polska z nim jako trenerem? No właśnie, co? Tu wyobraźnia, przynajmniej moja, ma pewien kłopot. Plan Kokoskova realizowany był na parkiecie ciałem i umysłem podstawowego rozgrywającego drużyny NBA. Zawodnik ten od lat ociera się o poziom All-Star. Był MVP tych mistrzostw. Moja wyobraźnia nie jest w stanie zwizualizować którąś z naszych jedynek do takiego poziomu, do takiej roli, choć Łukaszowi Koszarkowi byłoby bardzo do twarzy w stroju Miami Heat.

Obok był cudowny 18-latek, który najpewniej za rok trafi do NBA. A jeśli nie trafi, to tylko dlatego, że sam nie będzie chciał. Moja wyobraźnia i dla niego nie znajduje odpowiednika w naszej drużynie. Poza nimi dwoma, w składzie Słowenii są zawodnicy z czołowych europejskich lig.   

Kokoskov, w latach 2008-2015, pracował m.in. z kadrą Gruzji. Ostatnie trzy EuroBaskety kończył z nimi na miejscach 11, 17 i 15. Chcesz mi powiedzieć, że w dwa lata nabrał tak doświadczenia i umiejętności, że z miejsca 15 z Gruzją poszybował do złota ze Słowenią? Chcesz mi powiedzieć, że Gruzja Kokoskova w tym roku byłaby dużo lepsza, niż 17 miejsce, które ostatecznie zajęła pod wodzą innego coacha? Chcesz mi powiedzieć, ze bez niego Dragic i Doncic potykaliby się o własne nogi?

Trenerzy są tak dobrzy, jak dobrzy są ich zawodnicy. Nigdy nie wiesz na pewno jak wyglądała ich strategia, jak wyglądał ich game plan na każdego z rywali. Trenerów oceniasz na podstawie tego, co widzisz na parkiecie. A to, co widzisz na parkiecie jest pochodną umiejętności zawodników, ich doświadczenia i wyszkolenia. Na poziomie kadr narodowych trenerzy nie uczą grania w koszykówkę. Oni mają za zadanie przeprowadzić selekcję i wybrać najlepszą dwunastkę do swojego systemu. Tu możemy dyskutować czy brak trzeciego kozłującego, kosztem któregoś z wysokich, to błąd naszego trenera.

Ja nie mam żadnego dealu w tym, żeby bronić Mike'a Taylora. Nie odbieram też nikomu prawda do wyrażania swoich opinii. W żadnym wypadku nie próbuję zamykać nikomu ust. Być może w moim poprzednim tekście z Helsinek, nie do końca się zrozumieliśmy w tej materii. Nie oczekuje, że pokażesz mi swoje CV, zanim napiszesz coś o meczach kadry czy innych meczach koszykówki. Pragnę jedynie uczulić komentujących na fakt, że ocenianie pracy trenera, i tylko trenera, jest trudne. Stąd, moim zdaniem, mało merytoryczne. No chyba, że popełnia jakieś rażące, ewidentne błędy. Ja nie bronie konkretnej osoby na konkretnym stanowisku, tylko samego zjawiska. Na przykładzie Kokoskova, Popovicha czy kogokolwiek innego. Błędy i braki w wyszkoleniu poszczególnych zawodników są dość proste do wyłapania. Więc mówmy i piszmy o nich do woli, jeśli chcemy. W końcówce meczu z Finlandią, nasi popełnili całą masę indywidualnych błędów. To jest jasne, jak słońce. Zresztą napisałem to w tamtym tekście - "Bo o ile nielogicznym jest dla mnie pogląd wielu sportowców i grona dziennikarzy, że nie powinno się krytykować gry danego zawodnika, skoro samemu nie reprezentuje się odpowiedniego poziomu (nie gram jak zawodnik NBA, ale wiem gdy któryś z nich robi coś źle, choć sam nawet tego bym nie zrobił), o tyle w przypadku coachingu sprawa, dla mnie, jest złożona." - być może ten fragment, krótki, ale jak ważny w dyskusji, umknął niektórym czytającym. 

Pisząc po tamtym meczu z Finlandią, nie pochwalałem ani nie usprawiedliwiałem przeciętności, jedynie ją zauważałem, podkreślałem i takie przyjmowałem kryteria przy ocenie naszych. Nie oczekuję od nich więcej, niż czegoś średniego bo nie mam podstaw, by oczekiwać więcej. Stąd odwołanie do naszych krajowych realiów w sferze szkolenia i ligi. I jeszcze raz - przegrana w meczu z Finlandią nie ma usprawiedliwienia. Odwołanie do stanu koszykówki w Polsce posłużyło mi tylko i wyłącznie po to, by studzić przebrzmiałe, niczym racjonalnym nieuzasadnione aspiracje.

Oceniamy mecze Polaków przez pryzmat naszych wizji i oczekiwań, z naszej polskiej perspektywy. Dlatego pytamy co stało się, że mogliśmy grać dobrze z Francją przez ponad 38 minut a przez niecałe dwie już nie. A może uczciwiej byłoby spróbować spojrzeć na to też z francuskiej perspektywy? Może to oni przez tych ponad 38 minut grali gorzej, niż mogli i potrafili, a mimo to cały czas dawali sobie szansę na bycie w tym starciu i ostatecznie na wygranie go? Gdy prowadziliśmy z Diawem i jego kolegami 9:0, nie widziałem niczego monumentalnego ani w naszym ataku, ani w obronie. Po prostu nasze rzuty wpadły, ich nie. Ot, cała filozofia. Jasne, że na tym gruncie możemy budować teorie i stawiać tezy, tylko po co? Czy to przypadkiem nie jest zakrzywianie rzeczywistości? Możemy pisać, że przez większość meczu z Grecją graliśmy dobrze. Greccy dziennikarze napiszą coś dokładnie odwrotnego. Sloukas i Calather rzucili nam 26 i 24 punkty, razem trafili 9/13 trójek. Dzik Printezis dorzucił 14 a drugi dzik Bourousis 10. Z nożem na gardle zrobili, co musieli zrobić. Dla mnie znamienne było to, że Damian Kulig (26 punktów) powiedział po meczu, że miał "dzień konia." To są te detale. Jeśli 26-punktowy występ nazywasz "dniem konia", to wiele mówi mi jak widzisz siebie i swój potencjał w meczach na takim poziomie, z taką stawką.  

Jestem jak najbardziej za tym, żeby w sporcie wykorzystywać swoje szanse, gdy tylko się nadarzają. I dlatego boli mecz z Finlandią, dlatego szkoda meczów z Francją i Grecją. Ale jednocześnie jestem też za tym, żeby po porażkach, tego typu porażkach, nie budować tez na bazie nie zawsze zdrowych emocji, tylko patrzeć na sprawy chłodno i z dystansem. Francja przyjechała do Finlandii bez m.in. Parkera, Batuma, Goberta. Grecja bez Antetokounmpo. Gdyby grali, nam byłoby jeszcze trudniej. Takie są fakty. W teorii, z Finami mieliśmy zagrać mecz o czwarte miejsce w tej grupie, o miejsce, które byłoby naszym biletem do Turcji. Tylko, że Finlandia pokrzyżowała nam plany bijąc Francję. Finlandia, niesiona dopingiem swoich kibiców, skorzystała z nadarzającej się szansy. My nie. Tyle i aż tyle. Nasz awans musiałby być splotem wielu sprzyjających okoliczności, bo jesteśmy drużyną średnią, bez wielkich liderów. Drużną, która by wygrywać z ekipami lepszymi, niż średnie, musi liczyć nie tylko na dobre występy swoich graczy, ale też na coś w prezencje od... losu? Rywala? 

Koledzy z "Przeglądu Sportowego" pogrzebali w swoich archiwach. Zmieniają się okoliczności, lata lecą, a w nas ciągle ta polaczkowatość. Na początku to było śmieszne, potem refleksyjne, że artykuły z lat 70' poprzedniego wieku i starsze, swoim brzmieniem idealnie pasowałyby do obecnych czasów. Kto zawinił? Czego zabrakło? Kto jest odpowiedzialny za klęskę? Świat nam odjechał.

Słuchasz tego i śmiejesz się tylko przez moment. Mijają dekady a my dalej siedzimy w g..ie. Ja tu piszę o sporcie, ale sam wiesz jak jest w innych dziedzinach życia. I co raz przychodzi jakiś leśny dziadek, jeden z drugim i mówi, że to trzeba zaorać i robić wszystko od nowa. Bo on wie lepiej. To nie kwestia talentu, bo i u nas rodzą się Markkaneny i Doncice. To jest kwestia mentalności. Za mało w nas fińskiej pokory i pragmatyzmu, spokoju i długofalowych, przemyślanych strategii, za dużo zakorzenionego przez wieki kozactwa, cwaniactwa i myślenia, że jakoś to będzie. Taka jest moja diagnoza problemu. Tak ja widziałem ten EuroBasket ze swojej perspektywy. Oczywiście mogę się mylić, bo nie mam na to ani papierów ani dowodów. 

 

W ostatnich latach miałem okazję być na wielu dużych koszykarskich imprezach. EuroBaskety, Mistrzostwa Świata, All-Star Game, NBA w Londynie, w Hiszpanii. Mecze Raptors w Kanadzie. To, co zobaczyłem w trakcie i po meczu Finlandii z Islandią, to było coś, co z miejsca trafia na sam szczyt najlepszych sportowych emocji. W trakcie spotkania kibice z Islandii zrobili swój słynny Viking Clap. Nie wiem czy to było wcześniej ustalone, chyba nie, ale dołączyli do tego Finowie, którzy dołożyli od siebie wilcze "aaauuu". To było coś!

Po meczu kibice nie wychodzili z hali. Chyba nie widziałem wcześniej czegoś takiego. Były brawa, podziękowania zawodników do kibiców, kibiców do zawodników. To też było niesamowite przeżycie.

Po oficjalnym zakończeniu fazy grupowej w Helsinkach, w Hartwall Arenie, na spokoju, spotkać można było wysokich ludzi z Chicago Bulls. 


Kontynuuję swoją tradycję trafiania trójek z roku podczas dużych koszykarskich imprez. Tradycja nie jest długa, ale każda podróż ma swój pierwszy krok.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o EuroBasket 2017.  


18:55, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 20 września 2017

Nowy sezon zbliża się dużymi krokami. Drużyny mają już prawie pozamykane składy. Nadal nie wiemy co z Melo, nadal nie wiemy gdzie ostatecznie wyląduje garstka nadal wolnych agentów, ale jakoś musimy z tym żyć. W głowach rysujemy sobie obraz gry przemeblowanych po wakacjach drużyn. To jest ten moment roku, kiedy będziemy starać się przewidzieć przyszłość. Zanim spróbujemy wytypować MVP sezonu, obie ósemki na play-offs, mistrza NBA, trenera roku i tak dalej, zabawmy się w typerów. Bez wielkich analiz. 2-3 zdania komentarza, bardziej gut feeling, niż coś bardziej rozbudowanego.



Progi pochodzą z jednej ze stron bukmacherskich. Mogą się delikatnie różnić w zależności od firmy. Dziś Wschód:

Atlanta Hawks - powyżej/poniżej 26.5 zwycięstwa. Odeszli Howard, Millsap i Hardaway. Nie jestem pewny jakie są cele Hawks na ten sezon. Ja bym zatankował, ale kto ich tam wie. Rok temu wygrali 43 mecze. W minionym sezonie tylko trzy drużyny nie przekroczyły pułapu 27 wygranych. Hawks będą słabi, ale chyba nie aż tak. Mike Budenholzer nie pozwala mi ich skreślić całkowicie. Mój typ - powyżej

Boston Celtics - powyżej/poniżej 54.5 zwycięstwa. To jest pierwszy od 2012 roku sezon, kiedy marzeniem Celtics będzie (co najmniej) gra w Finałach. Rok temu wygrali 53 mecze. Teraz, na papierze, zdają się silniejsi. 55 wygranych to niby dużo, ale z drugiej strony większość swoich meczów zagrają na błotnym Wschodzie. Coach Stevens jest tu gwarancją porządku. Trochę się boję tego progu, bo spodziewam się, że na początku może być tam kłopot z wyznaczeniem lidera. Mój typ - mimo wszystko powyżej

Brooklyn Nets - powyżej/poniżej 26.5 zwycięstwa. To jest jedyna drużyna z grona tych teoretycznie słabych, co do której będziemy pewni, że nie tankują. I to już coś. Latem wzbogacili się o Carrolla, Crabbe'a, Mozgova, D'Angelo Russella. Mówiłem to już w Podcaście Specjalnym u Michała - podoba mi się ten skład i nie zdziwi mnie, jeśli tam zrodzi się coś ciekawego. Coach Kenny Atkinson fajnie rotował składem już rok temu, kiedy wygrał tylko 20 meczów. Jeśli oglądaliście ich w akcji, to przyznacie, że ich koszykówka wyglądała fajnie, tylko brakowało im talentu. Teraz go mają.  Mój typ - powyżej.

Charlotte Hornets - powyżej/poniżej 43.5 zwycięstwa. Nie wierzę w drużyny, w których gra Dwight Howard. Rok temu Szerszenie wygrały 36 meczów. Latem nie pozyskano nikogo z nazwiskiem. Ta ekipa może mieć problem ze zdobywaniem punktów. Mój typ - poniżej. 

Chicago Bulls - powyżej/poniżej 22.5 zwycięstwa. Wszystko wskazuje na to, że Byki zatankują w tym sezonie. Pytanie brzmi teraz jak bardzo. 22 meczów w tamtym sezonie, nie wygrali tylko Nets. Fred Hoiberg ma w końcu ludzi, o jakich zawsze marzył czyli młodych i biegających. Mam mieszane uczucia co do tej organizacji, ale z racji tego, że to tylko 23 wygrane typuję powyżej.

Cleveland Cavaliers - powyżej/poniżej 54.5 zwycięstwa. Łapię się na tym, że gdy myślę o wakacjach Cavs, przed oczami pojawia mi się krajobraz po wojnie. Potem jednak dociera do mnie, że tam nadal gra najlepszy koszykarz w NBA, że nadal jest tam czołowy podkoszowy ligi na 20+ punktów i 10+ zbiórek. Pytanie kiedy do gry i w jakim zakresie wróci Isaiah Thomas. Wiele zależy też od tego z jakim nastawieniem podejdzie do rozgrywek LBJ. Jeśli odejście Irvinga wyzwoli w nim dodatkowe pokłady motywacji, to znów może otrzeć się o poziom MVP sezonu i przy okazji ciągnąć Cavs od wygranej do wygranej. Ja na miejscu Cavs postarałbym się wygrać Wschód. Chyba nie chciałbym ryzykować i grać ewentualny game 7 z nowymi Celtics u nich w Bostonie. Mój typ - powyżej.   

Detroit Pistons -  powyżej/poniżej 38.5 zwycięstwa. Rok temu wygrali 37 meczów. Jeśli w tym sezonie coś nie "kliknie" w tej drużynie, to będzie znaczyć, że Stan Van Gundy, będzie potrzebował zredefiniować swoją rolę w tej organizacji. Liczę na lepszy sezon Pistons, bo spodziewam się, że a) Reggie Jackson zagra lepiej, i że nie straci znów 30 meczów, b) Drummond ma za sobą regres formy. Zagrał bardzo bezbarwny sezon. Jeśli chce wrócić do elity podkoszowych ligi, a pewnie chce, to musi się wziąć w garść, c) Avery Bradley da tej ekipie nowy wymiar w obronie. W ataku zresztą też. No i gra też o nowy kontrakt. Mój typ - powyżej.

Indiana Pacers - powyżej/poniżej 31.5 zwycięstwa. W tym składzie nadal są koszykarze, którzy grać potrafią i nie mają interesu w tym, żeby przegrywać. Pytanie brzmi w którym kierunku chce iść ta organizacja? 31 wygranych, to nie jest wygórowany próg, szczególnie na Wschodzie. Jeśli Pacers podejdą do sezonu ze zdrowymi intencjami, to są w stanie wygrać ponad 31 meczów. Ale jeśli ktoś oddaje Paula George'a za czapkę gruszek, to ja nie wiem co o tym myśleć. Mój typ - poniżej.

Miami Heat - powyżej/poniżej 43.5 zwycięstwa. Ten próg może być kusząco złudny. Pamiętamy o świetnej drugiej części sezonu Heat, kiedy ci z bilansu 11:30 wyszli na 50% i byli o włos od wejścia do play-offs. Mamy też przed oczami świetny EuroBasket Gorana Dragica. Wszystko to działa na wyobraźnię, ale Heat nie są tak dobrzy jak 30:11, ani tak słabi jak 11:30. Są w środku. I dlatego ten próg jest trudny. Ich lato nie było gorące. Coach Spo będzie miał znów pełno ciekawych pomysłów na grę. Pytanie czy wykonawcy są wystarczająco dobrzy? Mój typ - bez przekonania poniżej.  

Milwaukee Bucks - powyżej/poniżej 46.5 zwycięstwa. Czy ta drużyna będzie lepsza o pięć wygranych w porównaniu z poprzednim sezonem? Spodziewam się, że Giannis Antetokounmpo zrobi kolejny krok w swoim rozwoju, ale obawiam się jednocześnie, że za dużo kładzie się na barki ledwie 22-letniego gracza. Nie wiadomo kiedy i w jakiej formie do gry wróci Jabari Parker, który przez 50 meczów rok temu dawał Bucks po 20 punktów. Klub z Milwaukee nie podpisał nikogo, kto regularnie umiałby odciążać ich młodą gwiazdę. Tego się obawiam. Mój typ - poniżej. 

New York Knicks - powyżej/poniżej 29.5 zwycięstwa. Nie mam pojęcia co tam się może wydarzyć. Podobno Melo jest jedną nogą w Houston. Jeśli tak, to Knicks byliby nierozsądni, gdyby nie zdecydowali się na tankowanie. Ale to są przecież Knicks, tam jest wszystko możliwe. Najgorsze jest to, że koło 35 wygranych, może dać na Wschodzie play-offy. Jeśli pan Dolan w marcu to poczuje i wyliczy sobie, że jednak opłaca mu się zagrać te dwa dodatkowe mecze kosztem jakiegoś picku, to może być różnie. Mój typ - mimo wszystko poniżej.   

Orlando Magic - powyżej/poniżej 32.5 zwycięstwa. Klub nie widział play-offów od 2012 roku i myślę, że w takich okolicznościach (słaby Wschód) bardziej niż o dobre miejsce przed draftem 2018, Magic mogą chcieć powalczyć o play-offy. Poprawić 29 wygranych sprzed roku, nie będzie wielkim wyzwaniem. W tej ekipie jest talent (Vucevic, Fournier, Hezonja, Payton, Gordon + doszli Simmons, Speights i Afflalo). Mój typ - powyżej.

 

Philadelphia 76ers - powyżej/poniżej 40.5 zwycięstwa. Bardzo dużo talentu i tyle samo znaków zapytania. Czy Embiid i Simmons dadzą radę zdrowotnie? Jak płynne będzie przejście Fultza z NCAA do NBA? Nie mogę się doczekać gry tej drużyny. Ta młodzież z J.J. Redickiem jako mentorem, może być intrygująca. Mój typ - z bólem serca poniżej.

 

Toronto Raptors - powyżej/poniżej 47.5 zwycięstwa. Ta drużyna nie ma żadnych wymówek na ten sezon. Trzon składu jest pod kontraktem. DeRozan (28), Lowry (31), Ibaka (28) są w teorii w swoich prime lub gdzieś koło tego. Nie pozostaje im nic innego, jak włączyć się do walki z Cavs, Celtics i Wizards o top4 Wschodu. 51 wygranych z poprzedniego sezonu jest jak najbardziej w zasięgu tej ekipy. Mój typ - powyżej

 

Washington Wizards - powyżej/poniżej 48.5 zwycięstwa. Wielka czwórka Wschodu będzie mieć, w teorii, trochę łatwiejszą drogę do "nastukania" sobie wygranych, niż topowe drużyny Zachodu. Wizz nie podpisali latem nikogo wielkiego, ale zachowali większość swojego składu, co też może być atutem. Czy bać się o poziom motywacji Otto Portera po podpisaniu gigantycznego kontraktu? Czy bać się o nogi Bradley'a Beala? Sam nie wiem. Rok temu, po słabym starcie rozgrywek, wygrali 49 meczów. Mój typ - bez przekonania powyżej.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zapraszam do dzielenia się w komentarzach własnymi przemyśleniami. Możecie wrzucać typy i przemyślenia co do całej piętnastki, albo poszczególnych drużyn.

23:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 września 2017

Pamiętam jak siedem lat temu zaczynałem współpracę z marką Compressport. Wtedy odzież kompresyjna dopiero wchodziła na salony, a mówiąc dokładnie na parkiety, boiska, stadiony, bieżnie, siłownie oraz wszystkie inne miejsca regularnego treningu. Wtedy facet w rajtuzach, przydługich skarpetach czy zbyt obcisłej koszulce wyglądał, dla niewtajemniczonych, co najmniej dziwnie.
Siedem lat to kawał czasu i wiele się zmieniło.

W ostatnich tygodniach miałem okazję przetestować kilka nowych produktów firmy
Compressport. Poniżej moje odczucia z tego, jak mi się w nich trenowało.


Ale wcześniej
słowo wstępu:

Znajomi sędziowie czy zawodnicy często pytają mnie czy warto zainwestować w odzież kompresyjną. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Dlaczego? Uważam, że aby docenić wartość tego typu produktów, trzeba być naprawdę aktywnym fizycznie. Jeśli trenujesz sporadycznie, mało intensywnie, to raczej nie poczujesz większej różnicy. A chyba warto mieć jakiś konkretny powód, żeby za skarpety zapłacić 60zł a nie 6zł. 
Tym, którzy trenują regularnie, mogę powiedzieć tylko jedno - polecam. Sam używam tego typu odzieży od ponad siedmiu lat.
To są produkty dla ludzi aktywnych, którzy mają mało czasu na regeneracje między jednym meczem/treningiem a drugim i za każdym razem wymagają od swoich ciał bardzo wiele.
Cudów nie ma. Jeśli nie masz zdrowia ani kondycji, to siłą rzeczy nie pomoże Ci ani odzież kompresyjna ani wypicie basenu napoju izotonicznego - ciężko Ci będzie po jednym intensywnym dniu powtórzyć drugi tak samo intensywny. Choć będąc "uzbrojonym" w odzież kompresyjną, w trakcie lub po wysiłku, lżej znosić będziesz uczucie zmęczenia, a Twoje ciało szybciej wróci do stanu używalności. 

Jeśli masz dobrą kondycję, grasz, trenujesz, biegasz kilka razy w tygodniu i szukasz dodatkowych form zadbania o własne zdrowie, to uważam, że warto zastanowić się nad kupnem produktów marki Compressport. Fakt. Nie są to tanie rzeczy, ale jest to inwestycja długoterminowa. Nadal mam w domu swoje pierwsze opaski na łydki, których zacząłem używać w lipcu 2010 roku. Po wielu praniach, po wielu meczach i treningach, cały czas nadają się do użytku. Nie mają dziur ani przetarć. To jest solidna szwajcarska robota.

Od kiedy używam odzieży kompresyjnej, z akcentem na opaski na łydki, nie patrzę na nią jak na dodatek do ubioru. Dla mnie to integralny element  mojego sportowego wyposażenia.
 
Tak, jak zależy mi na tym, żeby grać w kosza i sędziować w dobrych, odpowiednio dobranych butach, tak też zależy mi na tym, żeby odciążyć ciężko pracujące nogi i pomóc im w regeneracji.

Jeśli pytasz mnie co sądzę o odzieży kompresyjnej firmy Compressport i czy ją polecam - odpowiadam raz jeszcze - Tak, jeśli trenujesz regularnie i nigdy nie używałeś/używałaś tego typu produktów, to zauważysz i docenisz ich działanie. Jeśli uprawiasz sport sporadycznie i ze średnią intensywnością, to raczej te rzeczy Ci się nie przydadzą. Choć oczywiście nie zamykam nikomu przed nimi drzwi. 

W mojej ostatniej paczce od Compressport znalazły się takie rzeczy:

Opaski kompresyjne na łydki USV2: Opaski na łydki to produkt, od którego zaczęła się moja przygoda z kompresją. Sędziuję w nich mecze, gram, trenuję. Towarzyszą mi też czasem przed komputerem oraz przy długich podróżach samolotem. Moje łydki są mi za to wdzięczne.     

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Biegowe spodenki kompresyjne Run Short: Lekkie, przewiewne, nie krępują ruchów, choć pokrywają sporą część ciała w jego delikatnych miejscach. Nie wiem jak Wy, ale ja tak mam, że podczas długich i wyczerpujących treningów poci mi się ta część pleców, która traci swoją szlachetną nazwę. Mówiąc wprost - w drugich połowach treningów czy meczów, mam mokrą d...pę. Wybacz mój język. Uczucie to nie należy do najprzyjemniejszych uczuć związanych z uprawianiem sportu. Nosząc te spodenki, pozbywasz się tego problemu. To tylko jeden z ich atutów. Producent wymienia całą masę innych.  

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Skarpetki do biegania ProRacing V2.1: Te skarpety są znakomite! Z opaskami na łydki, spodenkami czy koszulkami, miałem już wcześniej do czynienia, więc wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać. Skarpet tego typu używałem pierwszy raz. I to był mały szok dla moich stóp. Pozytywny szok. Po pierwszym treningu, po zdjęciu skarpet, zacząłem z niedowierzaniem dotykać stóp. Były suche, albo prawie suche. A nie "ugotowane" i całe mokre, jak to zwykle po długich treningach bywa. W czasie aktywności miałem, i cały czas mam, wrażenie lepszej stabilności stopy w skarpecie a co za tym idzie także w bucie. O ile dobroczynne działanie kompresji, jeśli chodzi o regenerację, to coś co raczej trudno namacalnie sprawdzić, o tyle efekt suchej, dobrze wentylowanej, stabilnej w bucie stopy, to coś co każdy bez problemu zauważy.   

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Koszulka bez rękawów ON/OFF Multisport: Muszę się mocno napocić, żeby ją spocić. Świetnie wentyluje ciało, bardzo dobrze odprowadza pot. Zwykłe koszulki, gdy nasiąkną potem, przylepiają się do ciała i krępują ruchy. Ta nigdy. Bardzo przyjemny materiał, zupełnie jakby nie miało się nic na sobie. Gdy jest gorąco, izoluje. Gdy jest chłodno delikatnie otula. Moja szara wersja ładnie komponuje się z koszulkami do sędziowania. 

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Jeśli zainteresował Was temat odzieży kompresyjnej, to bardzo zachęcam do przeczytania szczegółów o każdym z produktów na stronie marki Compressport. Znajdziecie tam szczegółowe informacje o technologiach zastosowanych przy produkcji, wykorzystywanych materiałach oraz całym wachlarzu pozytywnego oddziaływania na ciała sportowców. 

23:59, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Michał Górny kolejny raz zaprosił Przemka Kujawińskiego i mnie do swojego "Podcastu Specjalnego." Ten odcinek poświęciliśmy w ogromnej części EuroBasketowi w wykonaniu naszych. Na koniec ruszyliśmy też trochę naszą ulubioną ligę. W sumie wyszły z tego 84 minuty gadania.
Jak dotrwasz do końca, to jesteś zuch.

Plik mp3 można ściągnąć TUTAJ.

  

22:56, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 września 2017

Teemu Rannikko poznałem latem 2012 roku. To niby tylko pięć lat, ale jak sięgam pamięcią do tego, o czym rozmawialiśmy, to wydaje się jakby była to inna epoka. W aspekcie sportowym chyba była. Zastanawialiśmy wtedy się dlaczego basket w Finlandii udaje się tylko do pewnego stopnia, dlaczego Finów nie ma na koszykarskiej mapie Europy. Rok wcześniej Finlandia, po długich 16 latach, w tym ponad czterech w Dywizji B, wróciła do gry w Mistrzostwach Europy. Podopieczni Henrika Dettmanna wygrali wtedy swój pierwszy od 30 lat mecz w imprezie tej rangi, potem drugi, co dało im awans do dalszej rundy. Ostatecznie zajęli wtedy na Litwie przyzwoite dziewiąte miejsce. W kraju zostało to wzięte za wielki sukces. Pięciu graczy z tamtego składu występowało na co dzień w rodzimej lidze, przy czym dla 35-letniego wówczas Hanno Möttöli, grającego dla Torpan Pojat Helsinki, był to bardziej aktywny wypoczynek, niż poważne granie. 

Koszykarskie realia panujące wtedy w Finlandii były takie, że nie było tradycji w tym sporcie i tak na dobrą sprawę cały problem zaczynał się i kończył właśnie tam. Obiektów do regularnego, profesjonalnego trenowania nigdy nie brakowało, nawet w maleńkich wioskach. Nie brakowało też nakładów na szkolenie młodzieży oraz wykwalifikowanych trenerów. Dzięki temu młodzi fińscy koszykarze grali całkiem nieźle pod względem taktyki, techniki i motoryki. Problem pojawiał się w momencie podejmowania życiowej decyzji, kiedy junior wchodził w wiek seniora i powoli musiał zacząć myśleć albo o zawodowstwie albo innej drodze. Ku rozpaczy fińskich trenerów, w wielu przypadkach spore talenty, nie widząc dla siebie przyszłości w niszowej w tej części świata koszykówce, decydowały się na przejście do innego sportu, póki jeszcze byli na tyle młodzi, by w miarę sprawnie przekwalifikować się np. na sporty zimowe, które często uprawiali równolegle z koszykówką lub na hokej czy piłkę nożną.
Nie każdy przecież mógł wyjechać na studia do USA, nie każdy na etapie juniora mógł zostać wypatrzony przez skautów najmocniejszych europejskich lig i nie każdy mógł dostać z rodzimej ligi kontrakt, który zapewniłby bezpieczną przyszłość.

Ale za to prawie każdy, kto zdecydował się na tym etapie rozwoju wyskoczyć z pociągu z napisem "koszykówka", ten w większości przypadków znajdował ciekawe zajęcie w innymi sporcie lub zupełnie poza nim. Logicznym, zrozumiałym i bardzo częstym było więc wybieranie bezpiecznego scenariusza.

Rannikko, wtedy w rozmowie ze mną, pokusił się też o tezę, że Finom będzie trudno o sukcesy w tak przebojowym i wymagającym kreatywności sporcie, bo oni z natury są mało przebojowi i mało pewni siebie. Swojej siły i tożsamości szukają przez to w zespołowości, a jak wiadomo, co do zasady ma to swoje plusy, ale w takim systemie trudno o produkowanie gwiazd.

Teemu chyba jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że ta filozofia, ta solidna u dołu piramida, będzie dla fińskiego basketu idealnym gruntem dla dynamicznego rozwoju tego sportu a także wylęgarnią prawdziwych talentów. Dbanie o detale, drobne rzeczy, to coś co od lat cechowało fińskich trenerów. Zaczynając od tych pracujących z małymi dziećmi na Dettmannie kończąc. Bez fajerwerków, skromnie, spokojnie, pragmatycznie. Kończenie dwutaktu lewą dłonią z lewej strony kosza, prawą z prawej. Dbałość o egzekwowanie założeń taktycznych. Znamienne jest to, że w rozgrywkach młodzieżowych w Finlandii, dla trenerów zwycięstwa i celne rzuty są zazwyczaj sprawą wtórną. Dobrze wyegzekwowana zagrywka zakończona spudłowanym, ale otwartym rzutem, na który 24 sekundy pracowała cała drużyna, jest cały czas dobrą zagrywką. Niecelne rzuty są częścią tej gry. Obrazki, w których trenerzy biją brawo drużynom, z którymi walczą, za zagranie czegoś mądrego, nie należą w Finlandii do rzadkości.

W 2013 roku na Słowenii nastąpił przełom. Finowie wygrali 4 z 5 grupowych meczów. Pokonali Turcję, Grecję, Rosję, rozgromili Szwedów. Bez problemów przeszli do kolejnej rundy. Tam dostali lekcję koszykówki od Chorwacji i Hiszpanii, ale na zakończenie swojej przygody z turniejem rozbili Słowenię i ostatecznie do awansu do ćwierćfinałów zabrakło im jednej wygranej. Rozgrywki zakończyli ponownie na dziewiątym miejscu. Fińscy fani zaczęli zaznaczać swoją obecność na koszykarskich salonach. Po pierwsze było ich wielu. Po drugie tworzyli świetną atmosferę bo skupiali się tylko i wyłączne na dopingowaniu swoich. Buczenie na rywali nie było w ich stylu.


FIBA dostrzegła i doceniła "fiński fenomen". Drużyna dostała dziką kartę na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii w 2014 roku. 22 miejsce w żaden sposób nie oddaje tego, co działo się tamtego lata w Bilbao. Drużyna pokazała ciekawy i nowoczesny basket. Do awansu do 1/8 zabrakło jednej wygranej, a w zasadzie to jednego celnego rzutu wolnego Koponena w meczu z Turcją. Bizkaia Arena mieszcząca zwykle po 10000 fanów, gościła co mecz ponad 8000 Finów. Atmosfera, jaką tam tworzyli, zapisała się w historii tych mistrzostw.

Dwa lata temu we Francji ekipa Dettmanna znów przeszła fazę grupową. W fazie pucharowej, po walce, po niezłym meczu odpadła z silną Serbią.

Fińska koszykówka przeszła długą drogę. Ranikko mylił się mówiąc, że Finowie, z racji swoich narodowych cech, być może nigdy nic wielkiego w koszykówce nie osiągną. Solidną, spokojną i pokorną pracą oraz dbałością o najmniejsze detale, dało się stworzyć solidny grunt, swego rodzaju kulturę pracy i rozwoju. Okazało się, że nawet będąc sportem niszowym, tułając się na peryferiach koszykarskiej Europy, możliwe było "wyprodukowanie" talentów na miarę Euroligi na nawet NBA. Możliwe było też mozolne wspinanie się w górę na arenie międzynarodowej.

Wczoraj, po wygranym meczu Finów z Grekami (89:77), udało mi się zadać Teemu pytanie o tę długą drogę, z Dywizji B, przez dziką kartę do Mistrzostw Świata, aż po prawo organizacji (grupy) Mistrzostw Europy przed własną publicznością. Od trenera Dettmanna dostałem kciuk w górę za zadanie tego pytania.

"To wielka rzecz dla mnie. Swój pierwszy mecz w kadrze zagrałem w 1997 roku czyli 20 lat temu. Tak jak mówisz, to była długa droga. Z Dywizji B do Mistrzostw Świata i Europy a teraz do roli bycia gospodarzem turnieju. Najwspanialszą rzeczą dla mnie jest to, że po 13000 naszych fanów przychodzi do hali oglądać nasze mecze. Bilety na każde starcie są wyprzedane. To oznacza, że robimy coś we właściwy sposób. Świetnie, że pokonujemy kraje o znacznie większym koszykarskim potencjale i z większymi tradycjami. Ludzie chcą to zobaczyć. Gramy dla 13000 nie 700 osób, jak to bywało 10 lat temu. To coś wspaniałego. Petteri Koponen jest w kadrze od 10 lat, a teraz pojawiają się młodzi. Lauri już tyle potrafi na boisku a mamy też inne młode talenty. To wspaniały widok dla takiego starszego dżentelmena, jak ja."


Warto dodać, że ze składu, który po 16 latach, w 2011 roku zagrał w Mistrzostwach Europy, aż siedmiu zawodników broni barw Finlandii podczas tych mistrzostw. Są to Mikko Koivisto, Shawn Huff, Gerald Lee, Sasu Salin, Tuukka Kotti, Petteri Koponen oraz Teemu Rannikko.    

 

23:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2