Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
MENU:
poniedziałek, 19 grudnia 2016
Blake Griffin przejdzie operację prawego kolana i straci 3-6 tygodni gry.
Klub określił zabieg jako drobny. Jego celem jest "wyczyszczenie" stawu z odprysków kości i/lub chrząstki. Żadne konkretne zdarzenie z parkietu nie wpłynęło na stan kolana Griffina. Chodzi o nawarstwienie się mniejszych urazów, które z czasem odbiły się na prawidłowości funkcjonowania stawu.
Operacja zostanie przeprowadzona w najbliższych dniach. Czas, jaki będzie potrzebny Blake'owi na powrót do gry, zostanie określony dokładniej po zabiegu.
Dla 27-letniego Griffina będzie to trzecia operacja kolana, pierwsza jeśli chodzi o prawą nogę.
Jego debiut w NBA w 2009 roku został przesunięty o rok w związku z operacją rzepki w lewym kolanie.
Latem 2012 roku, podczas zgrupowania kadry USA, tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie, Griffin uszkodził łąkotkę lewego kolana.
Poza tym, w lutym ubiegłego roku,
Blake poddał się operacji prawego łokcia.

Miniony sezon stał u niego pod znakiem kontuzji. Ze względu na złamanie kości w prawej dłoni (po uderzeniu pracownika klubu) oraz dość poważną kontuzję
mięśnia czworogłowego lewego uda, udało mu się zagrać zaledwie w 35 meczach.

W tych rozgrywkach Griffin opuścił, póki co, trzy mecze. Jego statystyki w kampanii 2016-17 kształtują się na poziomie
21 punktów, 8.9 zbiórki, 4.6 asysty oraz 1 przechwytu.
Clippers, z bilansem 20:8, zajmują obecnie czwarte miejsce na Zachodzie.

http://assets.rappler.com/612F469A6EA84F6BAE882D2B94A4B421/img/D21976B751F2441592FF4DFDC36F5D65/blake-griffin-20160327.jpg
08:51, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
sobota, 17 grudnia 2016
W miniony czwartek, po ponad dwóch latach walki z białaczką, do wieczności odszedł Craig Sager.
Specyficzny, kolorowy sposób ubierania się, mógł odwracać uwagę od tego, że Sager przede wszystkim był świetnym dziennikarzem i bardzo bystrym obserwatorem gry.
Z NBA związany był od ponad trzech dekad, ale na swoim koncie miał też pracę m.in. przy Igrzyskach Olimpijskich (letnich 2000, 2008 i zimowych 1992), Mistrzostwach Świata w piłce nożnej (1990), koszykówce (2002), meczach NCAA oraz wielu innych imprezach sportowych.
Pogodę ducha zachował do samego końca. Skrajnie wyczerpany, wyniszczony przez chorobę, pracował przy Finałach NBA 2016 - pierwszy raz w karierze.

“Time is something that cannot be bought, it cannot be wagered with God, and it is not in endless supply. Time is simply how you live your life.”    


       
       
       
       


“I will never give up, and I will never give in. I will continue to keep fighting, sucking the marrow out of life, as life sucks the marrow out of me. I will live my life full of love and full of fun. It’s the only way I know how.”

       
       
       
       


Steve Kerr mądrze, ciekawie, śmiesznie...


       
       
       
       




A wiecie, że po szwedzku
"jag säger" znaczy (ja) mówię? Od kiedy zacząłem się uczyć tego języka, jedno z drugim zawsze mi się kojarzyło. 
23:09, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 grudnia 2016
Kolejne, trzecie w tym sezonie "Śliwki vs Robaczywki". Na warsztat bierzemy tygodnie piaty oraz szósty a dodatkowo kawałek siódmego. Wyjazd do Toronto trochę rozbił i tak już rozbity mój rytm dobowy, stąd małe przesunięcie. Dzięki za podsyłanie własnych przemyśleń. To wiele dla mnie znaczy. Przypominam o kanałach dostępu do mnie (maile, wiadomości na FB, komentarze tu i na fanpage'u). Te "ŚvsR" rozbijam na dwa tekst. Dziś tylko Śliwki, jutro tylko Robaczywki.
Zapraszam.

Kolejność, jak zawsze, dość przypadkowa.


Śliwki:

- Liga dogadała się ze Związkiem Zawodników w sprawie nowej umowy zbiorowej. Porozumienie zawarte jest na siedem lat, przy czym obie strony mogą od niego odstąpić po szóstym sezonie. To świetna wiadomość dla nas kibiców. Wprawdzie do lockoutu było jeszcze daleko, ale po co ryzykować? W świetle nowych umów ze stacjami telewizyjnymi, a co za tym idzie, pieniędzmi, jakich w NBA jeszcze nie było, obu stronom bardzo zależało by uniknąć jakiejkolwiek przerwy w pracy. W ostatnim miesiącu spotykano się na rozmowach niemal codziennie. Dobrze, że wszystko odbywało się niejako na dalszym planie, bez presji czasu, z dość ograniczonym zainteresowaniem mediów i kibiców. Nowa umowa zawiera kilka ciekawych punktów (wszystkich prawie 40), o których na pewno będziemy rozmawiać w najbliższej przyszłości.

- Klay Thompson. 60 punktów w 29 minut na parkiecie. Klay potrzebował do tego tylko 11 kozłów (!) a piłkę miał w dłoniach łącznie 90 sekund (!). 21/33 z gry, 8/14 zza łuku oraz 10/11 z linii.  Takie mecze zdarzają się raz na wiele lat. Powiedzmy to jeszcze raz - 60 punktów w 29 minut! Szkoda, że Steve Kerr nie dał mu pograć dłużej. Tego wieczoru mogło wydarzyć się coś historycznego. Coś jeszcze bardziej historycznego.

- Marreese Speights. Bardzo podoba mi się jak odnalazł się w rotacji Clippers. Wchodzi na parkiet i z miejsca zaczyna pracować. Punkty, zbiórki, zasłony, obrona. W grudniu 10 punktów, 6 zbiórek i 1 asysta na mecz. Do tego 51% z gry i 45% zza łuku. Doc Rivers od lat szukał kogoś takiego na ławkę. W Bostonie przydałby mu się jeszcze bardziej. Mo opieprzył ostatnio swoich nowych kolegów za narzekanie na pracę sędziów, czym bardzo mi zaimponował. Brawo!

- Lou Williams. Lakers jeszcze w grudniu nie wygrali, ale za taki stan winić Williamsa nie można. Jego średnie z tego miesiąca to 25.5 punktu, 3 zbiórki, 2.9 asysty oraz 1.5 przechwytu. Wszystko to w 28 minut na mecz. Lou zaliczył w tym miesiącu jeden mecz za 40 punktów, dwa za ponad 30 oraz dwa za 24. Rezerwowy marzeń chyba każdej ekipy NBA.

- Houston Rockets. My tu sobie gadamy, a tymczasem Rakiety z Houston wyrastają na ekipę w TOP5 ligi. Przyzwyczajmy się do tego. 19 wygranych na 26 rozegranych meczów oraz 9 z ostatnich 10. Jak przystało na ekipy prowadzone przez Mike'a D'Antoni'ego, Rockets są świetni w ataku, a po powrocie po kontuzji Patricka Beverley'a, także przyzwoici w obronie. Nie jacyś rewelacyjni ale całkiem nieźli. Ta sekwencja, kiedy P.B. ustał w obronie Westbrookowi, na wyjeździe w Oklahomie - podręcznikowa, imponująca praca nóg. Po czymś takim biegniesz do szatni i obkładasz nogi lodem. Harden gotuje - rzuca, podaje, zbiera. Skupiając się na jego 5.6 straty pominiesz wiele z jego gry.

- Russell Westbrook. Podsumowanie jego imponującej serii meczów z triple-double, zrobiłem parę dni temu. Więc, żeby nie powtarzać - takie serie rozpieszczają fanów i media. Ludziom zaczyna się wydawać, że to takie proste, że dany gracz odkrył jakąś tajemnicę, ma patent na wygrywanie. Nie. To nie jest proste. To nie jest jak wyjść na parkiet i powiedzieć "dziś robię triple-double."

- Orlando Magic, Frank Vogel. Pod koniec listopada, coach Vogel podjął decyzję o reorganizacji pierwszej piątki Magic. Na ławkę powędrowali Payton i Vucevic. Temu drugiemu za bardzo ta decyzja się nie podobała. Magic są 5:5 od tamtego momentu, więc z jednej strony nie był to jakiś spektakularny zwrot wydarzeń ale z drugiej, ekipa z Florydy wygląda po prostu lepiej. Już w drugim meczu tego eksperymentu, wygrali na wyjeździe ze Spurs - a to jest coś. Poza tym przegrali jednym punktem z Memphis i pięcioma z Clippers czyli teoretycznie ten bilans mógł być bardziej okazały. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

- Memphis Grizzlies. Nowy sezon, stara śpiewka w Memphis. Ludzie padają, ludzie odchodzą, na ich miejsce wchodzą nowi, często anonimowy ludzie i wszystko się kręci. Niedźwiadki wygrywają. Jestem wielkim fanem tego stylu gry, tego podejścia. W tym zarzynaniu świni, w tym ślizganiu się na zardzewiałych sankach jest piękno. Mózgiem tego tworu są coach David Fizdale z ławki i Marc Gasol na parkiecie. Hiszpan po profesorsku rozgrywa ten sezon. Jest dla Grizzlies wszystkim i w obronie i w ataku. Świetnie się go ogląda bo w zasadzie nie popełnia błędów a jego decyzyjność jest imponująca. Fizdale, w obliczu kontuzji, musi często improwizować i naprędce montować rotacje na poszczególnego mecze. Póki co wychodzi mu to znakomicie. Wiele mówimy o twardzielach NBA ale mało mówimy o Mike'u Conley'u w tym kontekście. Po kontuzji pleców miał być poza grą sześć tygodni. Wiecie co? Wraca po trzech. A mówimy o pęknięciu jednego z kręgów. Pamiętacie, ja ze złamanymi kośćmi twarzy wrócił w trakcie serii z Warriors w 2015 roku? Grizz z 0:1 zrobili 2:1 i trochę postraszyli późniejszych mistrzów NBA.

- Knicks. Wprawdzie przegrali ostatnie dwa mecze, ale przed tym mieli sześć wygranych na siedem spotkań. Derrick Rose, po raz pierwszy od 2009 roku, nie opuścił żadnego z 20 pierwszych meczów sezonu. Teraz bolą go plecy ale ogólny trend w Nowym Jorku jest wznoszący. Takie odnoszę wrażenie.

- Zdobywa więcej punktów niż, Melo Anthony, Klay Thompson i Paul George. Zbiera więcej, niż Blake Griffin. Asystuje więcej, niż Kemba Walker. Ma więcej przechwytów, niż Kawhi Leonard. Blokuje więcej, niż DeAndre Jordan. Wiesz kto to? To Giannis Antetokounmpo. Niedawno zdmuchnął z tortu 22 świeczki a już jest tak dobry. Póki co korzysta ze swojego nie z tej ziemi ciała. Jak dorzuci do tego owoce swojej ciężkiej pracy, może się okazać, że wyjdzie nam mieszanka LeBrona z Dirkiem, co może być jednocześnie straszne i fascynujące. 22.6 punktu, 9.1 zbiórki, 5.8 asysty, 2 bloki i 2 przechwyty. Lideruje Bucks w każdej z tych kategorii. Milwaukee zaczyna się ruszać. Śmierdzi mi tu play-offami.
 
- Wesley Matthews. Gra swój najlepszy basket od czasów zerwania ścięgna Achillesa lewej nogi pod koniec sezonu 2014-15. Wesley to tytan ciężkiej pracy i już rok temu, kiedy zdążył z rehabilitacją na otwarcie sezonu, zapowiadał, że wrócił na 100%. Niestety biologii nie oszukasz. Wrócił ale ni był sobą. Nie mógł być tak agresywny jak chciał, jak potrafił w Portland. Po kolejnych wakacjach wygląda jak stary, dobry Wes ze swoich ostatnich 2-3 lat w Oregonie. W tych rozgrywkach już dziewięć razy przekraczał próg 20 punktów. Siedem razy trafiał pięć lub więcej trójek. Dobrze widzieć go znów zdrowego i głodnego gry.

- Raptors, DeRozan, Lowry. Polubiłem Toronto Raptors. Ale o tym szerzej w drugiej części mojej relacji z Toronto. Podoba mi się jak na parkiecie i poza nim współpracują DeRozan i Lowry. Wiecie, że piątka Raptors w składzie Lowry, Joseph, Ross, Patterson, Nogueira (licząc wśród piątek, które zagrały ze sobą przynajmniej 100 minut) jest najlepsza w lidze jeśli chodzi o tzw. net rating. Ogólnie drużyna z Kanady jest druga w lidze (za Warriors) w tej klasyfikacji. Oglądany z bliska, zaimponował mi Lucas Nogueira. 24-letni Brazylijczyk, w swoim trzecim sezonie w NBA, w końcu ustabilizował swoją pozycję w rotacji coacha Casey'a. Myślę, że ma papiery na to, by już niedługo stać się podstawowym centrem w NBA. W grudniu produkuje 7 punktów, 6 zbiórek, prawie 2 bloki i 1 przechwyt w niecałe 20 minut gry. Trafia 90% (!) swoich rzutów z gry.

- Larry Nance Jr. ochrzcił Brooka Lopeza.


       
       
       
       


- Po cichu Spurs. Gracze z San Antonio wygrali 21 z 26 meczów tego sezonu. Dla Gregga Popovicha to szóste w trenerskiej karierze 20:5 (lub lepiej) po 25 meczach rozgrywek. W 2001-02 (20:5), w 2004-05 (20:5), w 2010-11 (22:3), 2013-14 (20:5) oraz w poprzednich rozgrywkach 2015-16 20-5. Lepszy pod tym względem był tylko Phil Jackson (8). Red Auerbach miał z Celtami też sześć tego typu starów rozgrywek.

- Po cichu Warriors. To jedno z cichszych 23:4 ostatnich lat. O Warriors nie mówi się tyle, co rok temu. A ci kroczą od wygranej do wygranej. Bardzo mi się podoba Kevin Durant, który niemal natychmiast przejął tę drużynę, tak jak w 2010 roku James przejął Heat. 25.5 punktu przy najlepszej w karierze skuteczności z gry na poziomie aż 53%. K.D. lideruje drużynie w punktach i blokach (1.7), jest drugi w zbiórkach (8.4) minimalnie za Greenem. Do tego zalicza 4.7 asysty (drugi najlepszy wynik w karierze) oraz 1.2 przechwytu. Wskaźniki zbiórek i bloków ma najlepsze w karierze. Durant mocno skupił się na obronie, o co przed sezonem poprosił go Kerr, a przy tym nic nie stracił ze swoich atutów w ataku. To jest sezon na poziomie MVP. K.D. tej nagrody zapewne nie zgarnie ale to jest kwestia tylko i wyłącznie okoliczności (gra obok dwóch lub nawet trzech graczy All-Star).  

- Od przyszłych rozgrywek, sezon będzie rozpoczynał się mnij więcej w połowie października, czyli jakieś 7-8 dni wcześniej, niż do tej pory. To zredukuje ilość meczów w back to back oraz serii czterech spotkań w ciągu pięciu wieczorów. To świetna wiadomość dla nóg zawodników. Więcej odpoczynku, mniej kontuzji, lepsze jakościowo mecze.




23:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 14 grudnia 2016
Za nami 1/4 sezonu regularnego. Wszystkie drużyny mają już za sobą po ponad 20 meczów. Zepnijmy więc klamrą to, co do tej pory zobaczyliśmy. Którzy zawodnicy, na tym etapie sezonu, zasłużyli na poszczególne nagrody indywidualne? To nie jest próba przewidywania tego, co wydarzy się w kwietniu. Nagradzamy na ten moment.

MVP:
Nominowani: Russell Westbrrok, LeBron James, James Harden, Kevin Durant, Chris Paul.
 
Mój wybór:
LeBron James i Russell Westbrook.
MVP - gracz o świetnych statystykach indywidualnych, którego drużyna znajduje się w elicie ligi. Gracz, bez którego, jego ekipa traci kilka klas. Póki co nie mogę się zdecydować. Nie mogę nie docenić Westbrooka bo triple-double za sezon zdarzyło się tylko raz i to w innej erze koszykówki, gdzie było więcej posiadań, więcej rzutów czyli więcej okazji do punktów, zbiórek i asyst. Nie chcę się powtarzać - napisałem o nim wczoraj. Thudner wygrywają, Russ produkuje. Bez niego ta drużyna by nie istniała.
Co do LeBrona, to przed sezonem napisałem: "
Cavs zapewne i tak wygrają Wschód, grając na trzecim/czwartym biegu. James pewnie kolejny raz zaliczy 25+/5+/5+. To będą jednak takie "ciche" osiągnięcia. LBJ nas rozpuścił swoją grą w ostatnim dziesięcioleciu. Jego osiągnięcia bierzemy za coś pewnego."
I to jest właśnie największa jego zmora w kontekście przyznawaniu mu nagród indywidualnych. Jeśli nie oglądasz meczów a opierasz się na highlightach i nagłówkach gazet, to słyszysz Russ, CP3, Harden, Davis, DeRozan. Linijki statystyczne Jamesa są brane za coś pewnego. I tak od lat.
No to spójrzmy - 25 punktów, 7.6 zbiórki, 9 asyst, 1.4 przechwytu. Wszystko na pół gwizdka. Widziałem to z bliska w Toronto. Nie spieszy mu się w kontrze a i tak znajdzie się tam gdzie chce, by zrobić co ma zrobić. Możesz odnieść wrażenie, że swoją decyzyjnością wyprzedza wydarzenia na parkiecie o całe sekwencje gry.
Na razie nie mogę zdecydować się na jednego. Jeśli Westbrook skończy sezon ze statystycznym triple-double a Thunder wygrają 50+ meczów, to prawdopodobnie dostanie w kwietniu mój głos. LBJ nic nie musi. Liczby zapewne utrzyma na obecnym poziomie. Jeśli Cavs wygrają ligę w rundzie zasadniczej, to walka o MVP będzie pasjonująca.  
 
 

Obrońca Roku:

Nominowani: Kawhi Leonard, Draymond Green, Avery Bradley, Rudy Gobert, Patrick Beverley.
 
Mój wybór:
Kawhi Leonard. Może pilnować regularnie trzech pozycji, nie tylko switchować ale regularnie pilnować. To jest coś. Imponujące jest to, jak w wielu posiadaniach po prostu podchodzi do kozłującego zawodnika i zwyczajnie zabiera mu piłkę. Najlepsi gracze przeciwników Spurs nienawidzą być kryci przez Leonarda. A trzeba też podkreślić, że w jego przypadku mówimy o 100% czystej koszykówki. Bez chorych gierek, głupiego gadania czy tanich chwytów. Gdyby któregoś dnia Kawhi nauczył się trash talkingu i/lub kopania w tyłek (w co wątpię), to kryci przez niego zawodnicy płakaliby dwa razy przy okazji meczów ze Spurs - przed meczem na samą myśl i po nim w wyniku odniesionych uszczerbków na zdrowiu psychofizycznym).   
 
Debiutant Roku:

Joel Embiid. Jest on a potem długo, długo nic a potem grupa kilku wyróżniających się zawodników. Ciekawą dyskusją byłaby próba wybrania drugiego najlepszego pierwszoroczniaka. Kwestia tego, kto jest najlepszy jest sprawą nader oczywistą. 18 punktów, 7 zbiórek, 2.5 bloku i niecałe 2 asysty - wszystko to na limitowanych minutach. Jeśli będzie miał w sobie wewnętrzny ogień by się rozwijać i ciężko pracować, jeśli pozwoli mu na to zdrowie, może być kimś wielkim w NBA.

Most Improved Player:
Nominowani: Nick Young, Giannis Antetokounmpo, Zach LaVine.
Mój wybór: Zach LaVine. Podejrzewam, że na koniec sezonu nagrodę zgarnie Giannis. I jak najbardziej będzie to zasłużony wybór. Lideruje Bucks we wszystkich pięciu głównych statystykach. Moje małe pytanie przy nim jest jednak takie - czy przypadkiem nie jest to coś, czego się po nim spodziewaliśmy? Czy to przypadkiem nie jest po prostu kolejny krok w jego rozwoju? Greek Freak korzysta z atutów swojego nieludzkiego ciała, które pozwala mu robić na parkiecie z piłką bardzo dużo pożytecznych rzeczy. Ale na przykład nadal trafia fatalnie z dystansu (23%, 25% rok temu).
Wybrałem LaVine'a bo widzę u niego imponujący progres. Gracze o jego fizyczności mają tendencje do korzystania ze swojej skoczności i zwinności przez ładnych parę lat kariery. Potem dociera do niech, że umiejętność rzucania jest ważna w kontekście długowieczności w NBA (D-Wade pozdrawia). Zach ma 21 lat i już to rozumie. 20.5 punktu na mecz oraz po 3.1 zbiórki i asysty. 47% z gry, 2.5 celnej trójki na mecz. Pewny kozioł, niezły przegląd boiska, coraz lepsza decyzyjność. Wielu zaczynało przygodę z NBA jak on (cześć Gerald Green). Nieliczni wybrali drogę, którą on wybiera.    

Najlepszy Rezerwowy:
Nominowani: Lou Williams, Jamal Crawford, Nick Young, Eric Gordon.
 
Mój wybór: Lou Williams. Minimalnie przed Gordonem. Do końca się wahałem bo statystyki mają bardzo podobne a za Gordonem przemawia fakt, że Rockets są bardzo na plusie, w zasadzie można mówić o nich jako ekipie w TOP5 ligi. Wybrałem jednak Lou bo dla mnie to żywa definicja wartościowego rezerwowego. Nie zaczął ani jednego meczu Lakers w pierwszej piątce w tym sezonie (Gordon był próbowany w systemie obok Hardena ale D'Antoni uznał, że efektywniej będzie korzystać z niego z ławki). Na parkiecie spędza tylko po 25 minut w każdym meczu (Gordon prawie 31). 19.3 punktu, 3.3 asysty, 2.5 zbiórki oraz 1.3 przechwytu. 45% z gry i 40% zza łuku. Na mnie robi to wrażenie, nawet w minusowych Lakers. 

Trener Roku:

Nominowani: Gregg Popovich, Steve Kerr, Tyronn Lue, David Fizdale.

Mój wybór: David Fizdale. Wszedłem do szatni Grizzlies. Rozejrzałem się. K...a, co to za ludzie? Na ulicy bym nie zauważył. Albo raczej nie rozpoznał bo w sumie wysocy wyróżniają się na ulicy. Tym bardziej gdy są czarni i noszą efektowne złote łańcuchy (spokojnie, rozmawiamy o faktach). Tylko jeden gracz Memphis zagrał we wszystkich 26 meczach tego sezonu (JaMychal Green). Cała reszta miała swoje większe lub mniejsze problemy. Parsons kolano, Conley kręgosłup, Gasol odpoczynek, Randolph zdrowie i sprawy osobiste, Allen stopa, Carter biodro. Fizdale, mimo to, jest w stanie co wieczór zmontować ekipę, która walczy o wygraną. Nie tylko dryfuje i czeka. Walczy. Z mocnym podkreśleniem tego słowa. Grizzlies są 9:0 (!) w meczach, które skończyły się różnicą 5 lub mniej punktów w tym sezonie. Bilans 17:9 i piąte miejsce na silnym Zachodzie to jest coś, co dla tej ekipy brzmiałoby parę tygodni temu jak abstrakcja.

42-letni Fizdale, po 13 latach pracy jako asystent w NBA, pokazuje, że w koszykarskich szachach czuje się jak Garri Kasparow w prawdziwych szachach.

http://www.fronda.pl/site_media/media/uploads/garri_kasparow].jpg
21:46, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 grudnia 2016
W niedzielną noc, Russell Westbrook poprowadził Thunder do wygranej z Bostonem (99:96). Jego ekipa ma obecnie bilans 15:9 i zajmuje szóste miejsce na, jak co roku, trudnym i wyrównanym Zachodzie. Każde zwycięstwo w kontekście awansu do play-offów, może w ogólnym rozrachunku być na wagę złota. Podejrzewam więc, że Russ jest zadowolony z takiego scenariusza, mimo że, po raz pierwszy od 23 listopada zszedł z parkietu bez triple-double na koncie.

Jego seria z potrójnym, dwucyfrowym wynikiem, zatrzymała się na imponujących siedmiu meczach.
W całej historii NBA tylko jeden zawodnik miał dłuższą, tego typu, serię. Wielki Wilt Chamberlain, w marciu 1968 roku, zaliczył aż dziewięć kolejnych spotkań z triple-double.
Tylko dwóm innym graczom, udało się osiągnąć to, czego w tym sezonie dokonał Westbrook.
Serie siedmiu kolejnych meczów z triple-double zaliczali wcześniej Oscar Robertson (1961) oraz Michael Jordan (1989).

Statystyki Westbrooka z tychże siedmiu meczów wyglądają tak:
28.9 punktu, 13.6 zbiórki, 13 asyst, 38% skuteczności.
Jordan w swojej serii notował 30.6 punktu, 11.6 zniórki, 11 asyst, 51% skuteczności.

Westbrook ma na koncie 12 meczów z triple-double w tym sezonie, 49 w całej karierze. Nikt z obecnie grających w NBA zawodników nie ma więcej. W klasyfikacji wszech czasów, jego wynik daje mu szóste miejsce. Przed nim są tylko Oscar Robertson (181), Magic Johnson (138), Jason Kidd (107), Wilt Chamberlain (78) oraz Larry Bird (59).

Lider OKC już 17 razy w tym sezonie schodził z parkietu z dwucyfrową ilością zbiórek. W całej karierze, Westbrook ma 86 meczów z 10 lub więcej zbiórkami.
Od 1983 roku tylko trzech graczy obwodowych miało więcej tego typu występów. Byli to Jason Kidd (216) Clyde Drexler (159) oraz Fat Lever (130).
Westbrook jest daleki od zakończenia kariery więc i w tej klasyfikacji na pewno pójdzie w górę. 

http://www.nike.com/nikebasketball/us/en_US/images/family/nba/players/profile/russell_westbrook.jpg

Dla Thunder sprawą kluczową jest fakt, że liczby Westbrooka nie idą w powietrze. A o to właśnie było najwięcej obaw przed sezonem. Bo o statystyk na podobnym poziomie byłem niemal pewny.
Przed sezonem napisałem: "
Dla Westbrooka i Thunder, to może być jeden z tych sezonów, jakie dekadę temu mieli Lakers i Kobe. R.W. zagra indywidualnie na poziomie, jaki zdarza się raz na kilka lat - 30 punktów, 10 asyst, 8 zbiórek. Zaimponuje, nie zdziwi. Niejako przy okazji, jest w stanie zabrać swoją ekipę do play-offów."

Póki co, to 'przy okazji' właśnie się dzieje. Ekipa z Oklahomy wygrywa swoje mecze. Z owych dwunastu spotkań, które Russ kończył z triple-double, Thunder przegrali tylko trzy (dwoma punktami z Orlando, czterema z Indianą oraz trzema z Houston).

Słuszność mojego przedsezonowego przewidywania formy Westbrooka i odwoływania jej do popisów Bryanta, potwierdza jeszcze jedną statystyką.
Russ zdobywa średnio 10.2 punktu w samych czwartych kwartach w tym sezonie. Jego skuteczność z gry w ostatnich 12 minutach gry rośnie wtedy do 45.6% (z ogólnych 42.8%).
W ostatnim dwudziestoleciu w NBA tylko Kobe Bryant mógł popisać się podobnymi osiągami. Lider Lakers notował dziesięć lat temu 9.5 punktu w czwartych kwartach meczów, przy skuteczności 41.1%.

Żeby nie było aż tak pięknie...

Westbrook traci 5.8 piłki na mecz. Jest to obecnie najgorszy wskaźnik w NBA oraz w jego karierze. Już dwa razy w tych rozgrywkach zdarzało mu się tracić po 10 piłek.
Skuteczność z gry na poziomie
42.8% jest jego czwartą najgorszą w dziewiątym sezonie w lidze.

Ale taka jest cena bycia niekwestionowanym liderem drużyny, który by być groźny, by mieć wpływ na mecz, musi dużo operować piłką. Patrząc na wyniki Thunder, ich fani powinni brać ten scenariusz w ciemno.
Westbrook gra w tym sezonie na poziomie 31.1 punktu, 10.9 zbiórki, 11 asyst oraz 1.4 przechwytu. Lideruje lidze w punktach, jest drugi w asystach oraz dziewiąty w zbiórkach.
Jeśli starczy mu sił by utrzymać formę przez cały sezon, jeśli przy tym Thunder z dobrym bilansem zameldują w play-offach, jego kandydatura przy okazji debaty o MVP tego sezonu, będzie naprawdę silna.

Jeśli rozmawiamy o Westbrooku i jego Thunder, to marka Tissot ma coś specjalnego dla fanów jego talentu oraz klubu z Oklahomy.
Zegarek model Tissot Quickster Team Special Edition. Każda z 30 drużyn NBA, ma swój zegarek
zindywidualizowany zgodnie z barwami i logo. Ten dla Thunder wygląda tak:


A tu trochę faktów o nim:

Zegarek Quickster Oklahoma City Thunder to wyjątkowy czasomierz stworzony z myślą o drużynie i jej fanach na całym świecie. Jego wyraźnie sportowy charakter podkreśla nowoczesny pasek typu Nato w barwach drużyny: pomarańczowej, niebieskiej i białej oraz charakterystyczny emblemat z tarczą naniesiony metodą sitodruku na dekiel koperty.

Skupienie i determinacja

Zegarek Tissot Quickster Oklahoma City Thunder Special Edition stawia na sportową prostotę, czego wyrazem są wyraźna dwunastka i proste wskazówki. Tym sposobem odzwierciedla także skupienie koszykarzy walczących na boisku o kolejne punkty. Kolejnym przykuwającym uwagę elementem zegarka jest bezel. Nie przytłacza jednak tarczy swoją obecnością, dzięki czemu odczytanie położenia wskazówek jest znacznie łatwiejsze. To zdecydowany atut tego precyzyjnego czasomierza, który ceni każdą sekundę.

Sugerowana cena detaliczna: 1 580 PLN

Cechy:

  • Szwajcarska jakość

  • Kwarcowy mechanizm chronografu

  • Koperta ze stali nierdzewnej 316L z deklem wykonanym ze szkła z sitodrukiem

  • Szkło szafirowe odporne na zarysowania

  • Wodoszczelność do 10 barów (100 metrów / 330 stóp)

  • Pasek typu Nato ze standardową sprzączką

  • Średnica: 42 mm

14:54, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 grudnia 2016
LeBron James z Cleveland Cavaliers i Marc Gasol z Memphis Grizzlies zostali wybrani Graczami Tygodnia jako przedstawiciele swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze rozgrywane od poniedziałku 5 grudnia do niedzieli 11 grudnia. Dla Jamesa jest 56 tego typu wyróżnienie w karierze. Dla Gasola pierwsze.

James poprowadził Cavs do czterech wygranych w czterech meczach. Jego średnie z tych spotkań sięgnęły 32.5 punktu (najlepszy w lidze), 7.8 zbiórki,
8 asyst oraz 2.3 przechwytu.
LBJ zaliczył w ubiegłym tygodniu dwa kamienie milowe. W piątkowym starciu z Heat, wyprzedził
Elvina Hayesa, dziewiątego na liście najlepszych strzelców w historii NBA. Wieczór później, w meczu z Hornets, osiągnął próg 7000 asyst. James jest w tej chwili na 16 miejscu w tej klasyfikacji w historii ligi. Przed nim są już tylko obrońcy. Ponadto LeBron jest jedynym w historii zawodnikiem, który zgromadził w karierze 27000 punktów, 7000 zbiórek i 7000 asyst.   

Kawalerzyści z bilansem 17:5 są cały czas najlepszą ekipą na Wschodzie. W skali całej ligi zajmują trzecie miejsce.


Gasol z kolei pomógł Grizzlies osiągnąć bilans 4:0 w ubiegłym tygodniu. Łącznie drużyna z Tennessee ma na koncie sześć wygranych z rzędu. Hiszpan grał w ostatnich siedmiu dniach na poziomie 27.3 punktu, 10 zbiórek, 5.3 asysty, 1.5 bloku oraz 1.3 przechwytu. W poniedziałkowym starciu z Pekanami Gasol zaliczył swoje pierwsze w tym sezonie, drugie w karierze, triple-double (28/11/10). Jego rzut za trzy punkty doprowadził do remisu w tym starciu. Jego blok w pierwszej dogrywce uratował jego ekipę przed potencjalną porażką. A na koniec jego rzut w końcówce drugiej dogrywki przypieczętował wygraną Grizz.

Niedźwiadki z bilansem 17:8 są na piątym miejscu na Zachodzie.

Do nagrody nominowani byli także Paul Milsap, Nicolas Batum, Klay Thompson, James Harden, Carmelo Anthony, Russell Westbrook, Eric Bledsoe, Kawhi Leonard, Kyle Lowry, DeMar DeRozan oraz John Wall.

http://www.solobasket.com/sites/default/files/lebrongasol.jpg
21:55, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2016
Cleveland Cavaliers i firma Tissot doszli do porozumienia w sprawie wieloletniej umowy partnerskiej. W zawiązku z tym wydarzeniem, szwajcarska marka wprowadza na rynek zegarek wyprodukowany z myślą o Cavs, mistrzach NBA. Model nazywa się Tissot PRS 516 NBA Championship Watch 2016. Zegarek zdobi logo mistrzowskiej drużyny oraz umieszczony na kopercie wizerunek pucharu Larry'ego O'Briena.



Kolekcja limitowana obejmuje zaledwie 100 sztuk i dostępna jest w przedsprzedaży już od 1 grudnia. Przedsprzedaż prowadzona jest za pośrednictwem oficjalnego sklepu Cavaliers online oraz w naziemnym klubowym sklepie w hali Quicken Loans Arena. Dla drużyny z Ohio jest to pierwsza w historii umowa z marką działającą w branży związanej z zegarkami.


       
       
       
       


Gala, inicjująca wprowadzenie na rynek nowego zegarka, odbyła się w ubiegłym tygodniu, przy okazji meczu Cavs-Clippers.
David Griffin, menadżer Cavs, Len Komoroski, CEO, coach Tyronn Lue oraz zawodnicy Cavaliers, otrzymali zegarki Tissot PRS 516 NBA Championship 2016.
Z kolei François Thiébaud, prezes marki Tissot, otrzymał zaszczytny tytuł honorowego kapitana drużyny Cavs.


18:13, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2016
W miniony czwartek Warriors grali u siebie z Rockets. Goście z Houston wygrali to spotkanie po dwóch dogrywkach. W drugiej z nich, Draymond Green, w podkoszowym tłoku, przyłożył łokciem Hardenowi i poprawił swoją firmową latającą nogą. Sędziowie, bardzo słusznie, uznali to zagranie za niesportowe.
Liga, już dzień po tym wydarzeniu, postanowiła skodyfikować co rozumieć będzie pod pojęciem nienaturalnych ruchów i wydała "unnatural act rule."


       
       
       
       

 W skrócie, jak mówi sama nazwa, sędziowie będą mocno przyglądać się wszystkim nienaturalnym ruchom zawodników, szczególnie jeśli konsekwencją tychże ruchów będą niebezpieczne interakcje z ciałami przeciwników. Brzmi logicznie.

Draymond Green widzi to trochę inaczej i całą sprawę odbiera dość osobiście.

"Śmieszy mnie to bo niby skąd oni mogą wiedzieć, jak moje ciało ma się zachować, gdy następuje kontakt. Nie wiedziałem, że ludzie z ligowe biura są tacy mądrzy w kwestiach odruchów ludzkiego ciała. Nie wiem, może studiowali kinezjologię i tego typu rzeczy, żeby mogli powiedzieć jednoznacznie jak dane ciało ma się zachować w konkretnych sytuacjach, gdy wejdzie w kontakt z innym ciałem.  
Jestem pewien, że wiele z tych osób, które zajmowały się tą sprawą, nie jest w stanie w ogóle doskoczyć do obręczy. Mimo to, mówią jak ciało będące wysoko w powietrzu, ma zareagować na kontakt. Naprawdę nie rozumiem tego. To tak, jakbym ja poszedł do nich do biura i powiedział - hej, tu masz błąd w papierach. A przecież ja nie wiem nawet jak ta papierkowa robota ma w ogóle wyglądać.
Zrobili przepis i zrobili mój przepis.
Jeśli mówią, że robię nienaturalne ruchy, to to co robi James Harden, z całym szacunkiem, nigdy nie widziałem wcześniej, żeby ktoś tak wchodził pod ręce obrońcy idąc po layup. James to zaczął. To też nie jest naturalny ruch. Więc jeśli robią przepis, to niech go robią. Jeśli chcą wyeliminować nienaturalne ruchy z gry, to niech wyeliminują każdy z nich.    
Nie wiem. Pozwólmy im mówić ludziom, jak ich ciała mają się zachowywać. Ale niech wezmą jeszcze parę lekcji z kinezjologii. Niech zrobią nagranie z zajęć z ruchów funkcjonalnych i pokażą mi jak prawidłowo działa ludzie ciało bo najwidoczniej moje ciało nie działa w prawidłowy sposób."


(Odgłos powolnego klaskania) To jest tak głupia logika, że aż trudno powiedzieć, od czego zacząć.
Nie umiem grać w piłkę nożną jak Ronaldo czy Messi. Czy to oznacza, że nie mogę się znać na piłce? Czy to znaczy, że nie mogę o niej rozmawiać?
Gregg Popovich zapewne nie doskakuje do obręczy, i na pewno przegrałby mecz 1x1 z każdym zawodnikiem NBA. Czy to w jakikolwiek sposób rzuca cień na jego koszykarską wiedzę i kwalifikacje? Czy to pytanie w ogóle było na miejscu?

Ale ten aspekt możemy pominąć bo logiczne myślenie nie jest przecież obowiązkiem i też nie ma kar za jego gwałcenie. A szkoda.

Pozostańmy przy samym kopaniu. To, co ma tendencje robić Green, ze wszech miar, naturalne nie jest i trzeba to z gry (w koszykówkę) wyeliminować. Kropka. O czym w ogóle może być ta dyskusja? Noga, wędrująca w górę, jako reakcja na kontakt z ciałem rywala, niczym naturalnym nie jest. I to jest koniec każdej dyskusji na ten temat.

Draymond, już dwa dni po meczu z Houston, dał nam kolejny przykład na jego firmowy, naturalny ruch.
Jeśli to nie jest zamierzony kopniak w tyłek, to ja nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. Chętnie wysłucham opinii broniących tego typu rzeczy. Naprawdę.
 

       
       
       
       

Jak widać, wydarzenia z ostatnich play-offów, nic go nie nauczyły. A szkoda bo to świetny koszykarz. Dużo lepszy, niż tanie kopniaki i głupie, zarozumiałe tyrady. 

https://i.ytimg.com/vi/36Io-WULdz4/maxresdefault.jpg
19:09, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 grudnia 2016
Moja podróż do Kanady zaczęła się w poniedziałek, a w zasadzie to już w niedzielę, bo żeby bez niepotrzebnego napięcia zdążyć na poranny samolot do Toronto, musiałem po niedzielnym sędziowaniu, zostać na noc w Sztokholmie.
Przed snem obejrzałem sobie mecz 76ers-Cavs. Oglądając to starcie, dotarły do mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że za 24 godziny tych samych Sixers, będę oglądał na żywo. Druga, zła, że nie zobaczę Joela Embiida, który, póki co, nie gra meczów w back to back.


Lot był długi ale minął mi dość płynnie. Miałem sporo miejsca, nieinwazyjnych współpasażerów, całkiem niezłe jedzenie a na końcu samolotu wolne miejsce żeby sobie postać, rozprostować kości, porozciągać się. Korzystałem z tej przestrzeni (razem z innymi lecącymi) mniej więcej co godzinę. To był dobry patent. Od teraz będę go stosował przy każdej możliwej okazji w podróży.
Na kanadyjskiej ziemi byłem po 16. Mecz z Filadelfią zaczynał się o 19.30. Niby bezpieczny bufor, ale nie do końca. W życiu zdarza mi się czasem spóźniać albo być na styk - ale nigdy nie na NBA. I chciałbym, żeby tak zostało. A najlepiej, żebym się poprawiło w świecie poza NBA.
 
Kolejka do rozmowy z celnikami była wolna jak 39-letni Paul Pierce. Niestety - taka Prawda. Nie wiem z czego to wynikało. W lutym było szybko i sprawnie. Patrzyłem na zegarek i na kolejkę. Na kolejkę i na zegarek. W końcu doszło do mnie. Rutynowa rozmowa - kto, po co, dlaczego i pytanie o jakąś online rejestrację. Mówię, że nie wiem o co chodzi, że jak byłem w lutym, to nie było takiego czegoś. Celniczka na to, że zmieniło się od marca. Ja na to, że nie wiedziałem. Ona na to, że to moja brożka, żeby wiedzieć takie rzeczy. Ja na to, że się zgadzam, tylko gdzie to sprawdzać. To pytanie pozostało bez odpowiedzi. Od niechcenia wbiła w paszport pieczątkę (dobrze, że nie miśka), życzyła miłego pobytu w Kanadzie a na koniec rzuciła - Teoretycznie to mogłabym Cię odesłać z powrotem do Finlandii, Polski czy wherever.
S..aj pomyślałem i czym prędzej zabrałem się stamtąd.
Nie miałem już czasu ani się przebrać, ani umyć, ani zjeść. Zostawiłem tylko bagaże i w biegu ruszyłem do metra.

W ACC byłem godzinę z minutami przed meczem. Dla mnie to za późno. Ale na szczęście to byli tylko 76ers. Za późno, bo dla mnie, jadąc na NBA na żywo, priorytetem nie są mecze same w sobie. Te oglądam od ponad ćwierćwiecza. Mając akredytacje szukam smaków ligi od kuchni, ciekawych historii, interesujących ludzi. Samo odebranie akredytacji też wymagało ode mnie spalenia paru kalorii.

Nauczony procedur z All-Star Weekendu, poszedłem do znanego sobie wejścia. Niestety w sezonie regularnym to wejście było wygaszone (tak, zawsze chciałem użyć tego słowa w kontekście czegoś innego, niż oświetlenie bądź ogrzewanie). Poszedłem do innego. Tam odesłali mnie na drugą stronę ACC. Stamtąd, z kolei, odesłano mnie prawie do początkowego miejsca. Ale nic tam. W końcu trafiłem, gdzie miałem. Odebrałem akredytację i poszedłem do media roomu - żeby zjeść. Nie zawiodłem się. Krem z pieczarek, grillowane mięso, warzywa. Opcjonalnie pizza i hot-dogi.
Teraz mam przegląd całego spektrum relacji liga/organizator - media. Począwszy od imprez FIBA, przez polskie eventy koszykarskie, aż po NBA w Londynie, NBA live gdzieś tam, All-Star na sezonie regularnym kończąc.
NBA w Londynie to taka pluszowa, milusińska wersja NBA. Przekonałem się już o tym podczas Weekendu Gwiazd.

"
To było chłodne wydanie profesjonalizmu. Przez kilka dni przed Weekendem Gwiazd, liga zasypywała akredytowanych dziennikarzy, masą maili z wiedzą niezbędną - o procedurach, o poruszaniu się po ważnych dla nas budynkach, o nakazach i zakazach, o terminach i adresach wszystkich parkietowych oraz okołoparkietowych wydarzeń. Z otrzymaną wiedzą mogłeś zrobić co chciałeś. Już na miejscu nikt nie dbał o to czy wszystko zrozumiałeś poprawnie. Nie było, jako takiej, osoby odpowiedzialnej za kontakt z mediami."

Teraz, w czasie długiego sezonu regularnego, wszystko jest wzięte o krok dalej. Gdy dostałem akredytację, zapytałem gdzie będę miał miejsce w czasie meczu. "Coś tam sobie znajdziesz." - odpowiedział gość w czarnym garniturze. I wcale nie był niemiły. Wręcz przeciwnie.
Jasne, coś tam sobie znalazłem. Ostatecznie okazało się, że to coś tam dla mediów spoza rodziny NBA, spoza rodziny mediów bezpośrednio związanych z Toronto Raptors, to jest rakieta w kosmos czyli pod samą kopułę ACC.
Nie, dziękuję, pomyślałem zaraz tylko, jak z ciekawości się tam wdrapałem. Gdybym miał gdzieś to całe NBA, gdybym miał tu, powiedzmy, grupę znajomych, dobre jedzenie i picie, to jedna z takich ekskluzywnych budek w ACC, byłaby fajnym rozwiązaniem na spędzenie wieczoru z koszykówką w dalekim (dosłownie) tle ale
tym, takim, taką? Nope.




Zszedłem na dół. Mam już swoje techniki i patenty na bycie blisko parkietu. Jakie? Mógłbym Ci powiedzieć, ale to jest tajemnica, więc wtedy musiałbym Cię zabić.

Mecz z 76ers. Hmm. Chyba nie chcemy o nim rozmawiać. Nie zanotowałem sobie z niego nic. Może tylko to, że Pascal Siakam wygląda na żywo dużo lepiej, niż jego statystyki. Jeśli się nie rozpije, nie osiądzie na debiutanckich stawkach, to będą z niego ludzie.
Hala była pełna, kibice żyli tym meczem. Atmosfera była wzorowa - a przecież to tylko 76ers w potyczce dzień po dniu, pod koniec listopada. Byłem pod umiarkowanym wrażeniem.



Po końcowym gwizdku byłem już w drodze do metra. Było po 22, co w prostym przeliczeniu daje 4 nad ranem w Polsce, 5 w Finlandii. Jechanie na adrenalinie też ma swoje granice a poza tym w tych szatniach nie było za bardzo nikogo, w czyim pobliżu bardzo mocno chciałbym się znaleźć.

Wtorek wykorzystałem na odpoczynek, wyrównanie różnic czasowych (mój organizm nadal nad tym pracuje).
Cofnąłem się w czasie, o czym już pisałem.

Środa. Mecz z Grizzlies. To było coś, co od dawna miałem zakreślone w kalendarzu. Conley, Gasol, Randolph no i oczywiście Carter. Niestety z wymienionej czwórki tylko Hiszpan tego wieczoru nadawał się do gry. Pan $150 mln ma pęknięty jeden z kręgów w dolnej części kręgosłupa, Z Bo nie grał z powodów osobistych a Half Man Half Amazing przyjechał do Kanady z bolącym biodrem. Szkoda.



Ale był i nawet udało mi się do niego odezwać. Wielką rozmową bym tego nie nazwał no ale wiesz, cieszę się.
Tym razem byłem w hali trzy godziny przed rozpoczęciem meczu. Tak, jak chciałem. Widziałem rozgrzewki i inne rzeczy. Gość, który odpowiada za wydawanie akredytacji, już mnie pamiętał. Karol, right? That's right. Skumplowałem się też z kilkoma osobami pracującymi w ACC.

Gracze poza rotacją (obu drużyn) dostali okazję by się spocić. Austriak Jakob Poeltl, którego mecze miałem okazję sędziować parę lat temu w Wiedniu, trenował z Jamaalem Magloirem. 38-latek jest w sztabie szkoleniowym Toronto.
Podobało mi się jak motywował do jeszcze cięższej pracy 21-letniego
Poeltla.
 


Młodzi wysocy Memphis nie pocili się aż tak mocno, ale za to wykonywali szereg ciekawych ćwiczeń podkoszowych.
Siadłem sobie zaraz za ławką Niedźwiadków. Nikt nie miał z tym problemu. Pytałem.



Przyszedł Carter. Ubrany jak do gry ale wiadomo było, że w meczu nie wystąpi. W dłoniach miał komórkę, którą co jakiś czas sprawdzał. Miły uśmiechnięty. Jego dłoń uściśnięto niezliczoną ilość razy tego wieczoru. Ludzie w Toronto już mu wybaczyli. Widziałem to. Gdy pokazali go siedzącego na ławce w czasie meczu, kibice zaczęli wiwatować. V.C. odpłacił się firmowym uśmiechem, chyba tak charakterystycznym, jak jego dunki. Nie byłoby wielkiego basketu w Toronto, gdyby nie pan Carter. Co do tego nie ma wątpliwości. Przykład Vancouver, gdzie zawodowa koszykówka się nie utrzymała, jest dobitny ale nie jedyny. Carter naniósł Raptors i Toronto na mapę NBA. Przez tych sześć i pół sezonu, co mecz, zabierał fanów w przestworza. Jego nieludzka fizyczność była i
w zasadzie jest zjawiskiem do dziś.



Tym razem zostałem po meczu. Poszedłem do obu szatni. Najpierw do gości z Tennessee. Rozejrzałem się. W powietrzu unosił się zmiksowany zapach Bengay'a, spoconych ubrań, kosmetyków kąpielowych oraz owoców, których wielki półmisek leżał na stole na środku szatni. Personalnie, krajobraz był ubogi. Cartera w ogóle nie było bo niegrający zawodnicy nie mają obowiązku rozmawiać z mediami. Gasol chyba jeszcze był pod prysznicem. Z debiutantami nie chciałem rozmawiać, bo niby o czym? Podszedłem do Tony'ego Allena. Pogadaliśmy o starych, dobrych bostońskich czasach, o mistrzostwie z roku 2008, o jego kontuzji ACL, po której wrócił na 100% lub gdzieś blisko tego. 34-letni już Allen powiedział, że tamten czas z Garnettem, Piercem, Allenem i Rondo to był magiczny okres w jego życiu. Kiedy powiedziałem mu, że śledzę jego karierę od samego początku, co jest prawdą, bardzo się ucieszył. Uścisnął mi dłoń a potem zaczął powoli ściągać z siebie bandaże, buty, meczowy strój i inne akcesoria a potem zniknął za kotarą prowadzącą pod prysznice. Wyglądał na mocno zmęczonego.



Poszedłem do szatni Raptors. Co zrozumiałe pomieszczenie o niebo bardziej eleganckie, bogato wyposażone, pachnące.
Demarre Carroll właśnie nakładał na siebie jakiś balsam, potem ubrał się jakby od razu po meczu szedł na rockowy koncert. Stylówę podkreślił kilkoma złotymi łańcuchami o dość grubych ogniwach. Corey Joseph dopytywał jak tam wynik piłkarskiego FC Toronto, którzy pierwszy raz w historii zagrają za tydzień o puchar MLS (ze Seattle). W trakcie meczu z Grizzlies byliśmy informowani o wyniku tego starcia z Montrealem (FC Toronto przegrali na wyjeździe 3:2, u siebie wygrali 3:2 a w dogrywce wbili dwa gole. Podobno mecz był niezły).
DeRozan i Lowry mają swoje szafki obok siebie. DeMar ma tam zdjęcia swojej rodziny. Kyle motywujące sentencje oraz sporą kolekcję butów.



Było śmiesznie. Widać, że obu łączy autentyczna przyjaźń. Jeśli udają, to dałem się nabrać. Dużo rozmawiają ze sobą a gdy przychodzi do pytań mediów to nawzajem sobie dogadują i się przedrzeźniają. Jak to kumple mają w zwyczaju. DeRozan jest wyrzeźbiony jak grecki posąg. Lowry ma ewidentne tendencje do tycia. Trochę sadełka z przodu oraz love handles po bokach. Niektórzy żartują, że będzie to zrzucał latem co z kolei ma być jedną z jego silnych (żeby nie  powiedzieć ciężkich) kart przetargowych, gdy będzie negocjował nowy kontrakt. Ma opcje na przyszłe rozgrywki za $12 mln, co w realiach nowego salary jest dość śmieszną stawką.
Na jednym z korytarzy w ACC spotkałem Masai'a Ujiri'ego, menadżera Raptors. Pogadaliśmy chwilę. Przypomniałem mu naszą rozmowę z tego roku z Londynu. Powiedział, że kojarzy moją twarz. Zapytał na jak długo przyjechałem do Toronto. Potem ktoś go zawołał. Powiedział, że będziemy jeszcze się widzieć i poszedł.


Wczoraj, podczas kolejnego dnia przerwy, byłem m.in. w sklepie Raptors. Chciałem sobie kupić koszulkę Demarre Carrolla. Z przyczyn oczywistych. Niestety dla mnie, mieli tylko za małe i za duże. Wziąłem po jednej, żeby się upewnić, że nie pasują.
Kabiny w przymierzalni były jak metalowe tuby, zamykane na klucz. Podeszła dziewczyna, żeby mi otworzyć. Zapytała jak mam na imię. Powiedziałem, że Karol pisane przez K, nie C. Ona zapytała - o tak pisane? I pokazała na swoją plakietkę. "Karol, asystent klienta." Nieźle. Karol przymierza koszulkę Carrolla a pomaga mu Karol. Zaczęliśmy się śmiać. Zanim w ogóle wziąłem te dwie koszulki do przymiarki, rozmawiałem z innym pracownikiem, który starał się znaleźć dla mnie odpowiedni rozmiar. "Ale w ogóle, to po co Ci jego koszulka? No zagrał dobrze wczoraj, ale wiesz to Carroll." - pytał w żartach. Bo nazywam się Karol. - odpowiedziałem. To kończy temat, odparł śmiejąc się. Oby niedługo mieli świeżą dostawę.

Dziś gramy z Lakers. I zdaje się, że pierwszy raz w życiu, napisałem my mając na myśli Raptors. Chyba nie mam wyjścia, muszę im kibicować. Ekipa Dwane'a Casey'a będzie grać trzeci mecz, swojego sześciomeczowego home standu. Mają w tym momencie serię czterech wygranych z rzędu. Lakers, z kolei, wygrali wczoraj w Chicago po niezłym meczu. Liczę na ciekawe widowisko na parkiecie oraz  okazje żeby trochę powęszyć wokół. Jak to ja.

A to moja stylówa na ten wieczór...


21:53, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (4) »
środa, 30 listopada 2016
To było wczoraj. Wchodzę do sklepu, zaczynam się rozglądać. Sklep sportowy z pamiątkami i ubraniami rożnego sortu (kurtki, koszulki, bluzy, skarpety, czapki, szaliki i tak dalej). Asortyment NHL mocno wysunięty na czoło ale kącik NBA też niczego sobie. Po paru minutach wita mnie przemiły, elegancko ubrany, Hindus. Pyta czy może w czymś pomóc. Odpowiadam, że nie szukam niczego konkretnego, że rozglądam się tylko. Kiwnął głową, uśmiechnął się i zniknął między regałami.




Ten sklep od samego początku wydał mi się bardzo dziwny. Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu nie czułem się jak w "zwykłym sklepie." Być może to po prostu moje zaburzone postrzeganie rzeczywistości wynikające ze zmęczenia i różnicy czasu. Tylko po jednym dniu w Kanadzie, mój biologiczny zegar nadal był i ciągle jest rozstrojony. O 19-20 czasu lokalnego chce mi się spać a za to o 3-4 nad ranem czuję się gotowy do działania. Jeszcze nie odpocząłem i jeszcze się nie wyspałem. Jadę na adrenalinie. 
W niedzielę sędziowałem w Sztokholmie mecze. W poniedziałek byłem cały dzień w podróży. W zasadzie prosto z lotniska ruszyłem do ACC na mecz z 76ers. To było ciekawe uczucie mając graczy Filadelfii na wyciągnięcie dłoni, 24 godziny po tym jak oglądałem ich w telewizji w starciu z Cavs.    
Wracając do sklepu. Ogromna powierzchnia a klientów garstka. Ze mną może z pięć osób. Może nawet nie. 
Podszedłem do działu NBA.
Oślepił mnie blask ciepłego strumienia światła. Cofnąłem się w czasie do 2003 roku. Przynajmniej 2003. Bo równie dobrze mógł to być też 1993 rok.
Na głośnikach Culture Beat - Mr. Vain - przebój wydany 23 lata temu.
Podchodzę do koszulek NBA. Przecieram zapieczone oczy. To jednak nie sen.
Jamal Mashburn i Baron Davis z czasów New Orleans Hornets. Monster Mash skończył karierę w rozgrywkach 2003-04.



Dalej
Allan Houston, którego schorowane kolana zmusiły do zawieszenia butów na kołku po rozgrywkach 2004-05 w wieku 33 lat. Dalej Melo Anthony z Nuggets, Lamar Odom z Clippers, Jason Richardson z Warriors, Steve Nash z Suns. Znalazła się też prawdziwa czarna perła - Juwan Howard z Nuggets! Juwan był Samorodkiem w latach 2001-2003 a później przez trzy mecze w roku 2008. No i oczywiście trykot Vince'a Cartera z Raptors. V.C. zabrał się z Kanady w sezonie 2004-05. 
 

       
       
       
       


Im dalej wgłąb działu, tym czas zaczynał cofać się jeszcze bardziej. T-Shirt Mutombo z Nuggets i kilka innych ciekawych rzeczy.
Idę dalej. Patrzę. Nie wierzę. Nie noszę okularów więc jeszcze raz przecieram zasypane piaskiem oczy. Nie wierzę.
Zimowe kurtki Startera! Dla fana NBA w Polsce to jest jak Bursztynowa Komnata, Złoty Pociąg, Atlantyda, wspomnienie beztroskiego dzieciństwa. Ostatni raz tego typu kurtki widziałem w 1996, może 1997 roku.



Skoczyło mi ciśnienie. Zacząłem rozglądać się za Hindusem jednocześnie wyciągając portfel z kieszeni kurtki a w głowie przeliczając kanadyjskie dolary na euro a dla pewności na złotówki. Będą żniwa, pomyślałem. Raz jeszcze podszedłem do rzeczy, które były w orbicie mojego zainteresowania. Niestety. Rozmiary każdej z nich zaczynały się od podwójnego XL. Przejrzałem wszystko od paczątku. Naiwnie liczyłem, że gdzieś przeoczyłem emki i elki. XXL, XXXL, XXL i tak wkółko. Przekląłem pod nosem i wyszedłem. 
22:07, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »