Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
MENU:
czwartek, 02 lutego 2017

Isaiah Thomas z Boston Celtics oraz Steph Curry i Kevin Durant z Golden State Warriors zostali wybrani Graczami Miesiąca jako przedstawiciele swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze rozgrywane w styczniu.


Thomas pomógł Celtom wygrać 10 z 14 meczów w styczniu. Jego średnie za poprzedni miesiąć wyniosły 32.9punktu (najlepszy w lidze), 6.9 asysty oraz 3.1 zbiórki oraz 1.5 przechwytu. Trafiał prawie 50% swoich rzutów z gry, 43.2% za łuku oraz 94% z linii. Osiem razy przekraczał próg 30 punktów. Nie zszedł poniżej 20 punktów od 33 kolejnych spotkań! Nikt w lidze nie może pochwalić się podobnym osiągnięciem w tym sezonie. Niespełna 28-letni Thomas, drugi raz w swojej karierze, został wybrany do Meczu Gwiazd. Thomas zdobywa średnio 29.7 punktu na mecz w tym sezonie. W historii klubu z Bostonu wyższą średnią za jeden sezon miał tylko Larry Bird (29.9) w rozgrywkach 1987-88.

Celtics z bilansem 31:18 są na drugim miejscu na Wschodzie.


Curry i Durant poprowadzili Warriors do bilansu 12:2 w ubiegłym miesiącu. Pierwszy zdobywał średnio 27.8 punktu a drugi 27.4, co było czwartym i piątym najlepszym wynikiem na Zachodzie. Steph notował dodatkowo 6.9 asysty, 4.5 zbiórki oraz 1.5 przechwytu. Trafił w styczniu 62 trójki, co było najlepszym wynikiem w lidze. Czwarty rok z rzędu Curry będzie staterem podczas Meczu Gwiazd. Durant do swoich zdobyczy punktowych dokładał 7.1 zbiórki, 4.6 asysty, 1.1 przechwytu oraz 2.1 bloku (drugi na Zachodzie).
Warriors z bilansem 42:7 są niezmiennie najlepszą ekipą NBA.


Do nagrody nominowani byli także Paul Millsap, Nikola Jokic, James Harden, Paul George, Goran Dragic, Joel Embiid, Eric Bledsoe, Devin Booker, C.J. McCollum, Kawhi Leonard oraz Kyle Lowry..


Wśród trenerów też królowali Wizards i Warriors. Nagrodą dla trenera miesiąca wyróżniono Scotta Brooksa oraz Steve'a Kerra.

Wśród debiutantów Graczami Miesiąca zostali Joel Embiid z 76ers oraz Marquese Chriss z Phoenix Suns.

http://cdn.abclocal.go.com/content/kgo/images/cms/1615477_1280x720.jpg
23:55, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017
Londyn jest miastem, które ma w moim sercu specjalne miejsce. Dzieli je z Hiszpanią i paroma innymi lokacjami, rzeczami, osobami, zdarzeniami. To właśnie w Londynie jako nieopierzony dwudziestolatek stawiałem pierwsze samodzielne kroki w wielkim świecie. Na rynku pracy i na innych polach. To tam uczyłem się dbać o samego siebie. To tam zgłębiałem tajniki samodzielnego prania, sprzątania, gotowania, robienia zakupów. Dotarło do mnie, że ciepły posiłek na stole nie jest zapisany w konstytucji, że tak się wyśpisz, jak sobie pościelesz.
Uczyłem się na błędach, na małych sukcesach, na obserwacjach. Londyn otworzył mi oczy na wiele spraw, pogłębił ciekawość świata, innych kultur, innych ludzi. Czasem wracam pamięcią do tamtych dni. Dni bez mądrych telefonów, ba bez jakichkolwiek telefonów osobistych, bez Facebooka, bez zawsze obecnego
(dziś) na wyjazdach laptopa. Dni z kafejkami internetowymi i boxami telefonicznymi obsługiwanymi przez Jamajczyków.
Niewinne dzieci w mieście, które bywa okrutne, które potrafi pogryźć i wypluć, zanim się zorientujesz. Londyn dawał i zapewne do dziś daje wiele możliwości rozwoju, ale jednocześnie krył i pewnie do dziś kryje w swoich ciemnych zakamarkach jeszcze więcej pokus. Narkotyki, alkohol, egotyczne kobiety, hazard. Jeśli miałeś hajs. No i oczywiście jeśli chciałeś. Poznałem wiele przypadków Polaków, którym pierwsza większa wypłata przewróciła w głowie. Niektórzy potrafili wypłynąć na powierzchnię po pierwszym, chwilowym zachłyśnięciu. Inni poszli na dno lub w jego okolice.
Była to też dla mnie okazja, żeby oddzielić nieprawdziwych kolegów od prawdziwych przyjaciół. Poznałem dziewczyny, które ledwie po kilku tygodniach od przyjazdu, zostawiały swoich polskich chłopaków dla bogatszych miejscowych, nie zawsze Anglików. Wcześniej wydawało mi się, że to scenariusze bardzo filmowe.
Pracowałem jako butler (niestety nie Jimmy) na żydowskich imprezach - Bar micwy, wesela i jakieś tam jeszcze żydowskie eventy. Najmłodszy w Londynie, 20-letni butler. Podobno. Kolega doradził
mi, żebym mówił, że mam 22 lata (jakby 22 a 20 robiło różnicę), bo butlerzy zwykle miewają po 30+. Być może dlatego na bar micwach brali mnie czasem za jednego z gości, co bywało całkiem śmieszne. Czasem czułem się jak maskotka, wśród starych wyjadaczy silver service'u.
Mimo, że Londyn odwiedzam regularnie, to dopiero w tym roku miałem okazję pojechać na chwilę na swoje stare śmieci - Manor House, Finsbury Park. Skłamałbym, gdybym napisał, że czułem się jakby tamten czas odbył się wczoraj, choć faktycznie wiele wspomnień i obrazów ma w mojej pamięci tyle samo kolorów, co wtedy.
Różne miejsca zapamiętuję przez zapachy. Dworzec centralny w Sztokholmie pachnie zawsze kawą i bułkami z cynamonem. Londyńskie metro pachnie specyficznie. Nie wiem czym, ale z zamkniętymi oczami, po samym zapachu, poznałbym gdzie jestem. Charakterystycznie pachną też londyńskie ulice, gdzie mieszają się kuchnie, kultury, ludzie i ich perfumy.

Ale hej, gdzie tu o NBA?
Temu wyjazdowi nie towarzyszyło aż tyle emocji, co w poprzednich latach. Po pierwsze byłem w trakcie maratonu. Fizycznego i psychicznego. Chyba nadal w nim jestem. Po powrocie z Toronto były Święta w Polsce, potem basket w Lund, potem powrót do domu na dosłownie pięć godzin, tylko po to by za chwilę ruszać do Finlandii. Poniedziałek w domu to było nic dla ciała i umysłu, bo we wtorek rano zabierałem już swoje talenty do Sztokholmu, żeby wieczorem polecieć do Londynu. Nawet zastanawiałem się przez krótką chwilę czy nie odpuścić sobie wyjazdu w tym roku. Tym bardziej, że po powrocie w piątek, tym razem po siedmiu godzinach w domu, miałem w planach być znów na promie płynącym do Sztokholmu. Ostatecznie znalazłem się jednak na pokładzie samolotu, choć nie czułem wielkiego podekscytowania z tym związanego, które zwykle towarzyszyło mi w takich momentach.

Być może był to chwilowy przesyt NBA na żywo (say what?!), związany z wyjazdem do Toronto, może zmęczenie, ale chyba najpewniej fakt, że ani Nuggets ani Pacers nie mają w swoich składach zawodników, którzy bardzo mnie ekscytują. Tak, nawet Paul George. Tak, nawet (ostatnio) Nikola Jokic.
Przyłapałem się na tym już wiele razy, kiedy stałem koło zawodników NBA młodego pokolenia i nie czułem "tego czegoś" z faktem ich bliskiej obecności związanego. Z kolei czułem "to", gdy rozmawiałem choćby z Mike'iem Millerem, Marcusem Camby'm czy Dikembe Mutombo. Żeby wymienić tylko kilku z długiej listy.

"To coś" to według mnie mieszanka szacunku i swego rodzaju uwielbienia wywodzącego się z dziecięcej fascynacji. Jako brzdąc idealizowałem, niejako odczłowieczałem gwiazdy NBA. Tamta liga lat 90' poprzedniego wieku, to było coś tak nierealnego, tak bardzo
nie na wyciągnięcie ręki, że dziś kiedy mam czasem okazję tego faktycznie dotknąć, trudno jest mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. NBA w TVP dla kilkunastoletniego mnie to nie były mecze koszykówki. To była ekranizacja zapierającej dech w piersiach baśni, która za każdym razem zabierała mnie w podróż do nieistniejącego świata.  
Kiedy po latach, już w dorosłym życiu dane mi jest widzieć na żywo i rozmawiać z tymi, których plakaty miałem na ścianach, przeżywam to w trudny do opisania sposób. Przynajmniej tak to wygląda w moim przypadku ale zakładam, że taki właśnie jest schemat działania ludzkiego umysłu w tej materii.
Tak miałem, gdy pierwszy raz udało mi się porozmawiać z Jasonem Kiddem, człowiekiem którego plakat do dziś wisi w moim dawnym pokoju, w domu moich rodziców. Tak miałem za każdym kolejnym razem, gdy naprzeciwko mnie stawali Kevin Garnett, Paul Pierce, David Stern i wiele innych wielkich osobowości ligi.  

Wejście do O2 w środowe przedpołudnie rozwiało wszystkie ciemne chmury skłębione w mojej głowie. Ale też nie chcę przesadzać, że było ich aż tyle. Po prostu nie skakałem z radości na myśl o godzinach na promie, na lotniskach, w autobusach. Samo NBA? Chyba wiesz...
Odebrałem akredytację, ruszyłem na parkiet. To znów było to. Znów zaświeciło słońce. Ta magia nigdy się nie nudzi. Akurat trenowali Pacers. Nuggets odwołali swoje zajęcia w O2. Odbyli je gdzieś w innym miejscu w Londynie. Było to miejsce, które nazywało się "nie chce mi się tam jechać". Nad porządkiem na linii media - gracze NBA czuwała znów ta sama pani, którą poznałem rok temu, którą roboczo nazwałem wtedy Betty.
Dziś, mając bagaż doświadczeń z dwóch wypraw do Ameryki w 2016 roku, wiem że działalność cioci Betty, w porównaniu z tym, co dzieje się na regularnych meczach NBA, jest działalnością mocno pokrytą różowym futerkiem. Uśmiechnąłem się sam do siebie, gdy usłyszałem, że Betty zaprasza media do opuszczenia jednej części parkietu i udanie się do innej. "Z-a-p-r-a-s-z-a."


       
       
       
       


NBA w Londynie to przedsięwzięcie, które jak powieść "Mistrz i Małgorzata" rozgrywa się na kilku poziomach. Pierwszy podstawowy to oczywiście mecz koszykówki, który europejscy kibice mogą zobaczyć na żywo. Europa jest nadal głodna NBA z pozycji parkietu. To był mój piąty mecz w O2. Bez względu na to kogo by liga nie wysłała, hala za każdym razem jest pełna. To musi być coś, co spędza sen z powiek Adama Silvera. Z jednej strony robi wiele, żeby rozładować zawodnikom kalendarz i dać więcej drogocennego odpoczynku, ale z drugiej strony wizja istnienia w Europie na stałe, jeśli nie dywizji, to przynajmniej jednej drużyny, a jeśli nawet nie drużyny, to czegoś więcej, niż tylko jednego meczu na rok, z finansowego jak i marketingowego punktu widzenia z pewnością rozbudza jego wyobraźnię. Oficjalnie mówi, że to być może melodia dalekiej przyszłości. Nieoficjalnie, po jego łysej, idealnie wypolerowanej łysinie biegają tysiące pomysłów jak spieniężać marketingowy sukces NBA. 
Drugi poziom to szeroko rozumiana promocja ligi. NBA przybija swoją pieczątkę do całej masy różnych wydarzeń, które dzieją się przed, w trakcie, jak i po właściwym meczu. Jeśli mecz rozgrywany jest w czwartki, to dzieje się już w zasadzie od poniedziałku. Kliniki dla trenerów, pokazowe treningi dla młodzieży oraz cały wachlarz podobnych inicjatyw.
Trzeci poziom, niewidoczny w telewizji, nieporuszany w mediach, a być może najciekawszy, to biznes. Adam Silver spotyka się w kuluarach z przedstawicielami FIBA oraz ludźmi, których możemy nazwać inwestorami. Chciałbym móc coś więcej powiedzieć o tych ludziach i spotkaniach, ale niestety jeszcze nie udało mi się otworzyć tych drzwi. I na ten moment nie jestem pewien, czy chciałbym je otwierać. To już nie jest koszykówka. To jest dojenie krowy. Nie chcę powiedzieć, że uważam, że to coś złego. Chcę tylko powiedzieć, że interesuje mnie to jedynie w skali bardzo ogólnej.
Drzwi, które udało mi się otworzyć miały napis Dikembe Mutombo. I z tego jestem bardzo zadowolony. Wcześniej widywałem go na żywo przy kilku okazjach, raz nawet był moim trenerem (tak mu się wydawało) podczas konkursu rzutów za trzy punkty, który wygrałem, ale w wtedy nie było czasu ani możliwości by dłużej porozmawiać. Deke jest bardzo zapracowanym człowiekiem. Jako ambasador NBA, pojawia się w różnych częściach świata w przeróżnych rolach. Jako były wielki zawodnik, legenda ligi, jako trener podczas koszykarskich klinikach dla najmłodszych, jako człowiek reprezentujący Afrykę, mówiący o palących potrzebach i problemach tego kontynentu. Często go widać, ale rzadko można go złapać. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się namówić go na nagranie krótkiego promo video oraz na małą rozmowę.



Spotkanie z Marcusem Camby'm było też swego rodzaju sentymentalną podróżą w przeszłość. Pogadaliśmy o Finałach 1999 roku. Knicks, dla których wówczas grał Camby, zostali pierwszą w historii ekipą, która z ósmego miejsca w play-offach, zaszła do samych Finałów. Tam wielka przygoda się skończyła, bo naprzeciwko (kontuzjowanego) Ewinga, Houstona, Sprewella, Camby'ego, Johnsona stanęli Robinson, Popovich i młodziutki Tim Duncan. Spurs zamknęli serię w pięciu meczach. 42-letni dziś Camby bardzo ucieszył się, kiedy przywołałem wspomnienia. Pogadaliśmy trochę o tamtej serii, tamtych czasach.
Nie przesadzam, gdy mówię, że tamta seria ukierunkowała moje dalsze życie.
Napisałem pracę magisterską o Martinie Lutherze Kingu, bo podczas tamtej właśnie serii przeczytałem gdzieś jak Larry Johnson mówi do Avery’ego Johnsona „Przecież obaj pochodzimy z tej samej plantacji bawełny pana Johnsona.” Zainteresował mnie temat niewolnictwa. Język angielski, światowa polityka, historia, socjologia i tak dalej… Wiele gałęzi moich zainteresowań pochodzi z tego jednego wspólnego pnia - zainteresowania NBA w dziecięcych latach. Dlatego spotkanie z Camby'm było dla mnie takie ważne i ciekawe.
 

  

Mike Miller. Człowiek klasa. Gość, którego karierę śledziłem od samego początku. Od Orlando, przez Memphis, Minnesotę, Waszyngton, Miami, Cleveland aż do teraz w Denver już tylko w roli mentora w szatni. Specjalista od trójek spotyka specjalistę od trójek.



Miałem też świetną rozmowę z Marko Milicem. Możecie nie kojarzyć, bo w NBA zagrał tylko 44 mecze (co zawsze było dla mnie zagadką, dlaczego nie zagrzał miejsca w lidze na znacznie dłużej) i w sumie byłem zaskoczony widząc go trenującego z dziećmi u boku Mutombo, w roli jednego z ambasadorów ligi.
To była taka zdrowa, normalna, serdeczna rozmowa jak na braci Słowian przystało. Bez napinki, bez wyświechtanych banałów, okrągłych uogólnień i potoku pustych słów. Obśmialiśmy kilka rzeczy związanych z NBA, poruszyliśmy temat zmieniającej się koszykówki. Marko zapytał mnie czy znam Andreja Urlepa. Powiedziałem, że tak, choć nie osobiście. Okazało się, że jest jego sąsiadem. Zapytałem czy nadal dałby radę zadunkować nad samochodem. Zaśmiał się. Powiedział, że normalne wsady, bez stojących przeszkód, nadal robi. Tamtego nawet nie próbuje. "Chyba, że chodzi Ci o wsad nad samochodem, jaki zrobił Blake Griffin w konkursie wsadów. Taki mogę spróbować." Śmiech. Tak sobie stałem i rozmawiałem z Milicem, a gdzieś tam w sobie dziwiłem się, że ta rozmowa jest taka...normalna.
Tu dla tych, którzy nie znają. Oraz coś z NBA. TUTAJ.
 

       
       
       
       
    
Spotkałem też chudego młodzieńca, który łaził za mną i pytał o ładowarkę do telefonu. Ktoś kojarzy?




I tak to mniej więcej wyglądało moi mili w tym roku. Pragnę na koniec dodać, że przed meczem spotkaliśmy się w kilkuosobowym gronie fanów NBA z Polski w jednym z barów w O2. Poruszyliśmy kilka ważnych dla świata tematów. Ktoś rzucił, że być może jest to zalążek czegoś, co w przyszłości może być spotkaniem ludzi, którym zdarza się odwiedzać czasem mój blog. Pomysł bardzo ciekawy.
By the way - mecz wygrali Nuggets 140:112. 


23:35, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Dion Waiters z Miami Heat i DeMarcus Cousins z Sacramento Kings zostali wybrani Graczami Tygodnia jako reprezentanci swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze grane od poniedziałku 23 stycznia do niedzieli 29 stycznia.

Waiters pomógł Heat wygrać wszystkie cztery mecze w tamtym tygodniu i przedłużyć serię wygranych drużyny do siedmiu. Jego statystyki za ten okres sięgnęły 23.3 punktu (czwarty na Wschodzie), 4.5 zbiórki oraz 5 asyst. 25-latek trafił 12 trójek w tamtym tygodniu. Jedna z nich to poniedziałkowy game-winner w starciu z Warriors. Druga, dwa dni później, to kluczowe trafienie na 6.8 sekundy przed końcem wyjazdowego meczu z Nets. 

Heat z bilansem 18:30 są na trzynastym miejscu na Wschodzie.

Cousins z kolei poprowadził Kings do trzech wygranych w czterech meczach. Jego indywidualne średnie kształtowały się na poziomie 27.8 punktu, 14.5 zbiórki (drugi na Zachodzie), 6 asyst, 1.5 przechwytu oraz 1.3 bloku. Podkoszowy Sacramento każdy z ubiegłotygodniowych meczów kończył z double-double na koncie. Łącznie, jego nieprzerwana seria z tego typu występami wynosi obecnie dwanaście.

Kings z bilansem 19:28 są na dziesiątym miejscu na Zachodzie. Do ósmego tracą 2.5 meczu.  


Do nagrody nominowani byli także Isaiah Thomas, Stephen Curry, Paul George, Marc Gasol, Goran Dragic, Eric Bledsoe, Damian Lillard, C.J. McCollum, Bradley Beal oraz John Wall.

https://storage.googleapis.com/afs-prod/media/media:ad7a6668c8b848649a397ad3883dee53/800.jpeg
23:13, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2017
Liga ogłosiła po siedmiu rezerwowych obu Konferencji do tegorocznego Meczu Gwiazd, który 19 lutego odbędzie się w Nowym Orleanie.

Oto oni:

Wschód:

Isaiah Thomas.*
John Wall.*
Kevin Love.
Kyle Lowry.*
Paul George.*
Kemba Walker.*
Paul Millsap.
Zawodnicy opatrzeni gwiazdką, znaleźli się w moim wczorajszym zestawieniu. W miejsce Love'a i Millsapa miałem Wade'a i Melo. Nie mam większego problemu z wyborem Love'a, który gra bardzo dobry sezon (20/10), który wrócił do elity najlepszych silnych skrzydłowych w lidze. Millsap gra dobrze, ale bez jakiegoś większego błysku. Chętnie w jego miejsce zobaczyłbym w Nowym Orleanie którąś z prawdziwych wielkich (nadal) gwiazd NBA, mam oczywiście na myśli Melo lub D-Wade'a. Obaj grają na poziomie nie gorszym niż Millsap.

Zachód:

Russell Westbrook.*
Klay Thompson.
Draymond Green.
DeMarcus Cousins.*
Marc Gasol.*
DeAndre Jordan.
Gordon Hayward.*

Na Zachodzie trenerzy wybrali Greena, Thompsona i Jordana. Reszta pokrywa się z moimi wyborami. Ja w miejsce tej trójki miałem Conley'a, Lillarda i Karla Anthony-Townsa.
Tu jest o czym dyskutować.
DeAndre Jordan nie gra jak All-Star. Jeśli nie KAT, i jeśli już miałbym na siłę przepchnąć do składu jakiegoś wysokiego, to przed środkowym Clippers, miałbym też Rudy'ego Goberta (choć ja nie mam ciśnienia na wybór podkoszowego za wszelką cenę). Jazz są tylko jedną wygraną za Clippers, jeśli ma to jakieś znaczenie. Jordan jest kotwicą w obronie Clipps, ale moim zdaniem nie jest graczem formatu All-Star. Oczywiście jego wybór się broni, bo jest gwarancją lobów na niebotycznym pułapie. Ale przecież Francuz dostarczyłby czegoś podobnego, prawda?
Czy gdyby Draymond Green i Klay Thompson nie grali dla Warriors, najlepszej ekipy NBA, to dostaliby miejsce w składzie All-Star? Twierdzę, że nie. Thompson, poza historycznym meczem za 60 punktów, gra sezon co najwyżej dobry, w żadnym wypadku nie wybitny. Tylko trzy razy osiągał pułap 30 punktów w tym sezonie (łącznie z tym występem za 60). Nie mówię już nawet o porównywaniu go z Lillardem. Klay, moim zdaniem, przegrywa nawet z C.J. McCollumem, którego nawet nie mamy w tej konwersacji (odsyłam do statystyk C.J.'a).
Postać Lillarda wygrywa, w mojej ocenie, w porównaniu z każdym z tych trzech graczy wybranych przez trenerów. Jego najbardziej mi zabrakło.
Tak jak pisałem wczoraj, wyboru Conley'a się nie spodziewałem, więc jego pominięcie mnie nie zaskakuje. 
W miejsce Draymonda Greena, gdybym miał szukać wśród "czwórek", wybrałbym LaMarcusa Aldridge'a. Ale jeszcze raz podkreślę - Damian Lillard ponad każdym z trójki Thompson, Jordan, Green.

Jestem ciekaw Waszych opinii. Kogo najbardziej zabrakło? Kto nie zasłużył na wybór?  

 
https://pbs.twimg.com/profile_images/773850369981943808/6_ZNLJDi.jpg
09:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
czwartek, 26 stycznia 2017
Vince Carter zdmuchnie dziś z urodzinowego tortu 40 świeczek. 100 lat panie Carter!
Ale to my, w dniu jego święta, dostaliśmy prezenty od NBA. Liga właśnie opublikowała 40 nigdy wcześniej niewidzianych wsadów Cartera. Swoją drogą, to niesamowite, że liga dysponuje po tylu latach materiałem, który wcześniej nie ujrzał światła dziennego. 


       
       
       
       


Cóż więcej można o nim powiedzieć, ponad to co już zostało powiedziane i napisane? Fizyczny wybryk natury. Najlepszy dunker wszech czasów.
Nadal, mimo upływających lat, Half-Man, Half-Amazing
Człowiek, którego wsady przeszły do historii. Człowiek, który zestarzał się z klasą jak
Sean Connery. Nie było mi dane oglądać go na żywo gdy osiągał swój fizyczny prime, ale mimo bardzo się cieszę, że mogłem go zobaczyć z bliska w Toronto w tym sezonie.

Tak się akurat złożyło, że Grizzlies grali wczoraj u siebie z Raptors. W drugiej kwarcie tego starcia, C.V. pokusił się o coś takiego.


       
       
       
       


Gdyby to był rok 1999, to zapewne skończyłoby się tak:


       
       
       
       


Co nie zmienia faktu, żeby było to niesamowite zagranie i jak tak oglądam je któryś raz, to jestem więcej niż pewny, że Vince dałby radę dociągnąć to 360 i skończyć z góry.

UPDATE:

Jakiś czas później liga wypuściła kolejne urodzinowe video. Tym razem 40 najlepszych wiatraków Vince'a.


       
       
       
       

 
http://3.bp.blogspot.com/-6dQ0-Jolpmw/URRPbFoOo6I/AAAAAAAAB9o/7zRIWATQ2a4/s640/172.jpg
17:35, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
Już jutro ogłoszone zostaną rezerwy do Meczu Gwiazd, który w tym roku zostanie rozegrany 19 lutego w Nowym Orleanie. Wyboru, jak co roku, dokonali trenerzy wszystkich 30 drużyn NBA. Zanim to nastąpi, wrzucam swoje własne propozycje. To nie próba przewidywanie tego, jak głosowali trenerzy. To są moje własne wybory. Zapraszam do wrzucania własnych.
 
Przypomnę tylko, że pierwsze piątki w tym roku będą wyglądać tak:

Wschód:
LeBron James
Giannis Antetokounmpo
Jimmy Butler
DeMar DeRozan
Kyrie Irving 

Zachód:
Kevin Durant
Kawhi Leonard
Anthony Davis
James Harden
Stephen Curry

A zatem:
More rezerwy:

Wschód:

Isaiah Thomas
- Najlepszy strzelec Wschodu, drugi strzelec ligi. Nie można nie docenić człowieka atakującego obręcz, zdobywającego po 29 punktów na mecz, nie mającego 180 cm wzrostu.
 
Kyle Lowry - 22 punkty, prawie 5 zbiórek, prawie 7 asyst i ponad 1 przechwyt. Gra swój najlepszy w karierze sezon dla drugiej siły Wschodu.
 
John Wall - 23/10/4/2 + Wizards 5 meczów ponad 50%. To równanie na znalezienie się w składzie All-Star. Jego widowiskowy styl idealnie pasuje do tego typu imprezy.

Kemba Walker - Lider solidnej, najprawdopodobniej play-offowej ekipy. 23/5/4/1 co wieczór.

Paul George - Trochę się wahałem przy tym wyborze bo zarówno Pacers jak i P.G. grają bardzo w kratkę. George, w zasadzie, nie miał jeszcze wybitnego meczu. Miał kilka bardzo dobrych, ale jego rekord sezonu to tylko 37 punktów. W dalszym ciągu jednak robi co mecz swoje 22/6/3/1 a to nie jest nic.

Dwyane Wade - Wprawdzie nie ma statystyk na wybitnym poziome, choć 19/4/3/1 to też jest coś. Ale to jest mecz gwiazd a Wade bez wątpienia cały czas jest gwiazdą tej ligi.
Gdyby nie on i Jimmy B., w Chicago byłby dramat w tym sezonie.  I tu przy okazji tego wyboru mogę wyjaśnić swoją filozofię dobierania zawodników do tej imprezy. Dla mnie Mecz Gwiazd, to nie jest starcie zawodników, który mają świetny dany sezon. Dla mnie to jest starcie zawodników, który poza dobrym sezonem, coś wcześniej w lidze pokazali, ich pozycja, nazwisko są w NBA w jakiś sposób ugruntowane.

Carmelo Anthony - W duchu tej samej filozofii, na ostatnim miejscu, mam na swojej liście Melo. Tak, być może przebojem zdobywający ligę Embiid, byłby bardziej elektryzujący. Może Porzingis, kolega Melo z Knicks, też na to zasłużył. Może Kevin Love, który wrócił do statystyk 20/10 oraz do grona najlepszych czwórek ligi, bardziej zasłużył na to miejsce. Może nawet i cichy Paul Millsap. Może. Do wyboru masz 12 miejsc a gwiazd w tej lidze jest wiele. Nawet gdyby można było wybierać po 15 graczy, to zawsze można by mówić o pominiętych. Melo daje co wieczór prawie 23 punkty, 6 zbiórek i 3 asysty. Nadal jest osobowością tej ligi. Być może będzie to jedna z ostatnich okazji zobaczyć go jako All-Stara.    


Zachód:

Russell Westbrook - Triple-double za sezon złożone z 30 punktów. Co tu więcej dodawać. Power dunki?

Gordon Hayward - Ostatnia nadzieja białych. prawie 22 punkty, 5 zbiórek, 3 asysty, przechwyt. Jazz grają dobrze, G.H. jest ich liderem. Zasługuje na ten wybór.

DeMarcus Cousins - 28 punktów, 10 zbiórek, ponad 4 asysty (o jego podaniach mówi się za mało), 1.4 bloku, 1.5 przechwytu. Jeśli Dikembe mówi o nim jako najlepszym podkoszowym NBA, to warto się w to wsłuchać. Mecz Gwiazd potrzebuje takich postaci.

Marc Gasol - Hiszpana nie może zabraknąć 19 lutego na parkiecie w Nowym Orleanie. Gra świetny sezon. Dobre statystyki, w jego przypadku, to tylko szczegół.

Damian Lillard - Siódmy strzelec ligi. Mówi się o nim dość mało, bo Blazers nie grają za dobrze, ale pod wieloma względami jest to jego najlepszy sezon w karierze. Poprawił selekcję rzutową, jest skuteczniejszy, mniej traci piłek, no i dalej jest przebojowym draniem.

Karl Anthony-Towns - Mocno myślałem na Gobertem z Jazz, żeby zrobić ukłon w stronę świetniej obrony. Wybrałem jednak KATa, który od siebie dokłada element czystego, krystalicznego talentu, który musisz doceniać, który musisz uwielbiać oglądać, bez względu na to komu kibicujesz.

Mike Conley - Chcę go wyróżnić za tak zwany całokształt. Conley jeszcze nigdy nie był All-Starem w realnym świecie i być może nigdy nim nie zostanie. Wszak w NBA jest tyle wybitnych jedynek, co roku tyle historii związanych z kimś innym, że Conley'owi ze swoimi "mniej-niż-20-punktami", jakimiś tam 6 asystami, 3 zbiórkami i 1 przechwytem zawszę będzie ciężko o angaż. A przecież to świetny koszykarz, prawdziwy twardziel. Nie zdziwię się, jeśli zostanie pominięty teraz i na wieki, ale ode mnie ma głos.


 
https://pbs.twimg.com/profile_images/773850369981943808/6_ZNLJDi.jpg
13:55, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (7) »
wtorek, 24 stycznia 2017
Joel Embiid z Filadelfii 76ers i Kawhi Leonard z San Antonio Spurs zostali wybrani Graczami Tygodnia jako reprezentanci swoich Konferencji. Nagrodę przyznano za mecze grane od poniedziałku 16 stycznia do niedzieli 22 stycznia.

Embiid poprowadził 76ers do trzech wygranych w trzech meczach w tamtym tygodniu (Szóstki przegrały jeden mecz, ale J.E. nie wystąpił w tym starciu). Jego statystyki za ten okres sięgnęły 22 punktów, 10.3 zbiórki, 3 asyst 1 przechwytu oraz 3.7 bloku (najlepszy w NBA). 22-latek z Kamerunu zaliczył serię ośmiu kolejnych meczów z przynajmniej 20 punktami w mniej niż 30 minut gry w każdym z tych starć. Nikt w historii nie miał takiej serii punktowej przy jednocześnie tak małych minutach na parkiecie.

76ers z bilansem 15:27 są na trzynastym miejscu na Wschodzie, ale wygrali 7 z ostatnich 10 meczów.

Leonard z kolei pomógł Spurs zanotować bilans 3:0 w ubiegłym tygodniu. Jego indywidualne średnie kształtowały się na poziomie 36.3 punktu (najlepszy na Zachodzie), 6 zbiórek, 4.7 asysty, oraz 1.3 przechwytu. Skrzydłowy Ostróg trafiał 56.5% swoich rzutów z gry, 43.8% zza łuku oraz 96% z linii rzutów wolnych. W sobotni wieczór w Cleveland zdobył 41 punktów, co jest jego nowym rekordem kariery. Spurs wygrali po dogrywce z Cavs 118:115. Leonard od sześciu meczów nie zszedł poniżej progu 30 punktów. Ostatnim graczem Ostróg, który dokonał czegoś podobnego był Mike Mitchell w sezonie 1985-86.

Spurs z bilansem 35:9 są cały czas drugą siłą ligi. Do liderujących Warriors brakuje im 2.5 meczu. 


Do nagrody nominowani byli także Dennis Schröder, Isaiah Thomas, Kemba Walker, Reggie Jackson, Marcus Morris, Kevin Durant, Goran Dragic, Karl-Anthony Towns, Eric Bledsoe oraz Rudy Gobert.

http://binaryapi.ap.org/0eba87fd188e452b8554faa54ea2e90e/512x.jpg
09:10, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Dokładnie jedenaście lat temu, 23 stycznia 2006 roku dostałem wcześnie rano smsa od mojego najlepszego kumpla Krystiana. "Pamiętasz jak rozmawialiśmy o tym, że Kobe musi rzucać po 60 punktów żeby Lakers wygrywali. No to proszę - dziś w nocy rzucił 81!"
Dziś, w związku z istnieniem League Passa, brakiem obowiązku chodzenia do szkoły - to znaczy, nie chodzę już do szkoły, a nie że chodzę w kratkę i opuszczam lekcje. W związku z wieloma innymi aktywnościami życiowymi, mój dzień w sezonie NBA, wygląda inaczej, niż wtedy.
Wtedy, w 2006 roku, mój dzień zaczynał się od włączenia komputera i sprawdzenia wyników i wieści z NBA. Tego dnia akurat jeszcze spałem. Meczu nie oglądałem w nocy, sms mnie obudził.
Krystian lubi mnie czasem wkręcać więc szybko odpaliłem komputer, żeby to sprawdzić. 81 punktów to przecież nie jest coś, co bierzesz za pewnik.
Szok! Kobe faktycznie to zrobił! 81 punktów - osiemdziesiąt jeden punktów. To jest łatwo powiedzieć czy napisać ale zastanów się - 81 punktów w meczu NBA! Cóż z tego, że przeciwko Raptors. Panie i panowie to jest osiemdziesiąt jeden punktów. Grając na komputerze nie jest łatwo tyle uzbierać jednym graczem, nawet jak się ktoś zaweźmie.

Był to sezon, w którym Chris Paul został Debiutantem Roku, Steve Nash MVP sezonu, Kevin Garnett królem zbiórek, Kobe królem strzelców, Ben Wallace Najlepszym Obrońcą, Boris Diaw poczynił największe postępy a Mike Miller był najlepszym rezerwowym ligi. Kilka miesięcy później Heat, prowadzeni przez młodziutkiego Dwyane'a Wade'a i kończącego erę dominacji Shaq'a, sięgnęli po swój pierwszy w historii tytuł. Stare, dobre czasy.

Sms dotyczył naszej rozmowy sprzed kilku dni. Rozmawialiśmy o Lakers i Bryancie. Zażartowaliśmy, że jeśli Jeziorowcy chcą regularnie wygrywać, to chyba będą potrzebować od Kobego po 50-60 punktów co wieczór. Mając u boku takich wirtuozów basketu jak Chris Mihm, Stanislav Medvedenko, Laron Profit czy Kwame Brown, Kobe nie mógł liczyć na wielkie wsparcie w ataku. Ale wtedy z Raptors nie potrzebował go.

28/46 z gry, 7/13 za trzy punkty, 18/20 z linii. 6 zbiórek, 2 asysty, 3 przechwyty i 1 blok to tylko statystyczny szczegół. Lakers wygrali ten mecz 122:104 choć do przerwy przegrywali 63:49.
Kobe zdobył 55 punktów w drugiej połowie. To zdarzyło się naprawdę. Wydrukowałem sobie statystykę z tego meczu i do dziś trzymam ją w foliowe "koszulce" w szufladzie.




Wiecie, że mógł to być najlepszy indywidualny występ w historii koszykówki? 100 punktów Wilta Chamberlaine'a to temat dość śmierdzący. Ilu z Was oglądało ten mecz z taśmy? Jest w ogóle taśma z tamtego meczu z marca 1962 roku? Wiecie, że zegar w tamtym starciu Warriors-Knicks był najprawdopodobniej nieprzepisowo zatrzymywany, gdy pojawiła się wizja pękającej setki. A nawet jeśli nie był, to tamten mecz sam w sobie po prostu był farsą. Gracze Warriors celowo faulowali rywali, żeby postawić ich na linii, żeby dać sobie i Wiltowi kolejne posiadania, kolejne szanse na zdobycie punktów.

Występ Bryanta jest dobrze udokumentowany. Nie ma w nim nic z farsy. To był czysta poezja. 


       
       
       
       


Niecałe 9 miesięcy później narodził się ten blog...
21:28, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 stycznia 2017
Jak zapewne wiecie, liga NBA i marka Tissot ściśle współpracują ze sobą od tego sezonu. Szwajcarska firma odpowiedzialna była za wprowadzenie nowego systemu pomiaru czasu do wszystkich 29 hal, w których rozgrywane są ligowe mecze.

Beneficjentami tej współpracy są także, a może przede wszystkim, kibice NBA. Tissot wypuścił na rynek linię kilku modeli zegarków z myślą wyłącznie o fanach najlepszej ligi koszykówki. Zegarki są tak różne, jak różne są gusta i upodobania kibiców.
W ofercie znajdują się zegarki typowo sportowe,
do koszulki Twojej ulubionej drużyny, gdy wybierasz się na mecz lub siedzisz ze znajomymi przed telewizorem.
Ale są też zegarki
eleganckie, do garnituru, na biznesowe spotkania. Nawet i tam możesz dyskretnie przemycać w swoim czasomierzu zamiłowanie do basketu spod znaku NBA. 


Jest to silna ekipa, która dokładniej wygląda tak:


Model Tissot Quickster NBA - Czas zacząć grę. Jego sportowy charakter podkreśla a zarazem uzupełnia nowoczesny pasek typu Nato w barwach Twojej ulubionej drużyny.
Na szklanym deklu każdego zegarka znajduje się logo jednej z trzydziestu ekip NBA, naniesione techniką sitodruku.
Wyraźna dwunastka, proste wskazówki. Ta minimalistyczna stylistyka w pełni odzwierciedla skupienie koszykarzy walczących na boisku o każde posiadanie, o kolejne punkty, o zwycięstwo.
Przykuwającym uwagę elementem zegarka jest również bezel. Nie przytłacza tarczy swoją obecnością, dzięki czemu odczytanie położenia wskazówek jest znacznie łatwiejsze. 

Szwajcarski mechanizm oraz solidna koperta ze stali szlachetnej są nieprzemijającym symbolem trwałości i wytrzymałości, z której marka
Tissot słynie od ponad 160 lat.

Sugerowana cena detaliczna: 1 580 PLN.
 
Cechy:

- Szwajcarska jakość. 
- Kwarcowy mechanizm chronografu.
- Koperta ze stali nierdzewnej 316L z deklem wykonanym ze szkła z sitodrukiem.
- Szkło szafirowe odporne na zarysowania.
- Wodoszczelność do 10 barów (100 metrów / 330 stóp).
- Pasek typu Nato ze standardową sprzączką.
- Średnica: 42 mm.
 

       
       
       
       



Kolejnym modelem jest zegarek Tissot PRC 200 NBA Special Edition - Stylowy hołd dla nowej współpracy. Jest to świetny przykład połączenia klasycznej estetyki ze stylowymi detalami nawiązującymi do NBA. Sportowa tarcza w subtelny sposób przypomina boisko do gry, a licznik chronografu na godzinie 6 przypomina piłkę. Kolorystyka zegarka również nie jest przypadkowa. Pojawiające się na tarczy akcenty w kolorach czerwonym i niebieskim nawiązują rzecz jasna do barw logo NBA. Wszystko to idealnie kontrastuje z chłodnym blaskiem stali szlachetnej, z której wykonano bransoletę. Tissot PRC 200 NBA Special Edition to doskonały sposób, aby podkreślić swoją fascynację NBA. Sportowe detale są niezwykle dyskretne, dzięki czemu mogą stanowić uzupełnienie zarówno męskiej, jak i kobiecej stylizacji.

Sugerowana cena detaliczna obu wersji: 2 095 PLN. 

Cechy: 
  
- Szwajcarski mechanizm kwarcowy. 
- Koperta ze stali szlachetnej 316L z zakręcaną koronką i deklem.  - Grawerowany dekiel koperty. 
- Odporne na zarysowania szkło szafirowe. 
- Wodoszczelność do 200 metrów (660 stóp). 
- Bransoleta ze stali szlachetnej 316L z zapięciem motylkowym z bezpiecznym zapięciem z opcją przedłużenia dla nurków w wersji męskiej. 
- Bransoleta ze stali szlachetnej 316L z zapięciem motylkowym zabezpieczonym przyciskami w wersji damskiej.




       
       
       
       




Dalej mamy model Tissot PR 100 - archetyp doskonałości. Swoją ponadczasowość zawdzięcza czytelnemu i stylowemu designowi, który nigdy nie wychodzi z mody. Specjalna edycja NBA nawiązuje do tej estetyki i zaledwie kilka ledwo dostrzegalnych detali świadczy o fascynacji światem NBA – czerwona wskazówka na tarczy to stonowany i elegancki sposób na wyrażenie swej pasji. Wystarczy jednak tylko odwrócić zegarek, by móc podziwiać charakterystyczne logo NBA. Bransoleta ze stali szlachetnej oraz czysta biała tarcza będą doskonale prezentować się zarówno na męskim, jak i na damskim nadgarstku.

Sugerowana cena detaliczna obu wersji: 1250 PLN. 

Cechy: 
  
- Szwajcarski mechanizm kwarcowy ze wskaźnikiem naładowania baterii (EOL).  
- Koperta ze stali szlachetnej 316L. 
- Grawerowany dekiel koperty. 
- Odporne na zarysowania szkło szafirowe. 
- Wodoszczelność do 100 metrów (330 stóp). 
- Bransoleta ze stali szlachetnej 316L z zapięciem motylkowym z zabezpieczonym przyciskami.




       
       
       
       


Na koniec model wagi ciężkiej. Specjalna edycja Tissot T-Touch Expert Solar NBA, poświęcona jest największemu w historii partnerstwu firmy Tissot. Po ogłoszeniu tego przełomowego wydarzenia firma Tissot przygotowała specjalną kolekcję, która doskonale ilustruje istotę współpracy Tissot i NBA. Specjalna edycja Tissot T-Touch Expert Solar NBA, pierwszego oficjalnego czasomierza NBA, odzwierciedla innowacyjną i precyzyjną technologię, której Tissot dostarcza w trakcie rozgrywek. Zegarek posiada funkcje dotykowe takie jak kompas, wysokościomierz i prognoza pogody, a jego odważny design przywodzi na myśl podejście do meczów najlepszych graczy.

Temu zegarkowi daleko jest do bycia skromnym: koperta ma odważny złoty kolor. Model ten jest także dostępny w dyskretniejszym srebrnym kolorze. Na tle czarnej tarczy zegarka wyróżnia się umieszczona na wskazówce czerwona strzałka. To nie wszystkie nawiązania do NBA. Na tyle koperty wygrawerowane jest logo NBA. Dzięki temu zegarki te są prawdziwą gratką dla kolekcjonerów. Specjalna edycja Tissot T-Touch Expert Solar NBA jest jedyna w swoim rodzaju.

Sugerowana cena detaliczna: 
Wersja w kolorze różowego złota: 4 500 PLN
Wersja stalowa: 4 200 PLN 

Cechy:
- Szwajcarska jakość.
- Mechanizm kwarcowy ze wskaźnikiem naładowania akumulatora. - Antymagnetyczna koperta tytanowa z czarną powłoką PVD i grawerem na deklu.
- Odporne na zarysowania szkło szafirowe z powłoką antyrefleksyjną.
- 20 funkcji: podświetlenie, 2 strefy czasowe, wieczny kalendarz, barometr mierzący względne i bezwzględne ciśnienie atmosferyczne, wysokościomierz z opcją pomiaru różnicy wysokości, stoper z pomiarem odcinków czasowych (add), czasów pośrednich (split) i okrążeń (lap); timer, kompas, azymut, podwójny alarm, dziennik, licznik regatowy, wskaźnik dnia i tygodnia.
- Wodoszczelność do 10 barów (100 metrów / 330 stóp).
- Syntetyczny pasek z zapięciem motylkowym z zabezpieczonymi przyciskami.
- Dwukolorowa różowo-złota wersja posiadają powłokę PVD  Średnica: 45 mm.




       
       
       
       


Kluczowe pytanie - gdzie kupić?
Autoryzowane sklepy Tissot znajdziecie na terenie całego kraju. Specjalna wyszukiwarka na stronie firmy, pomoże Wam odszukać sklep położony najbliżej Waszego miejsca zamieszkania. Adres wyszukiwarki TUTAJ
11:06, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 stycznia 2017

Odkładając na bok żarty o jego zachrypniętym głosie, Dikembe Mutombo jest bardzo kulturalnym i inteligentnym człowiekiem z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie samego jak i do świata. Przyjemnie się go słucha, ma bardzo szerokie zainteresowania i wiedzę z różnych dziedzin. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Miałem okazję widzieć go na żywo już kolejny raz, ale po raz pierwszy on sam miał dla mnie więcej, niż tylko chwilę.
Zapomniałem zapytać czy pamięta, że był moim trenerem od rzucania za trzy punkty, i że dzięki jego cennym wskazówkom wygrałem, swego czasu, konkurs trójek.  


O swoim talencie do bloków i bronienia obręczy. Na ile jest to swego rodzaju instynkt, na ile coś, czego można się nauczyć.

Tak jak do wszystkiego, tak i do tego potrzeba trochę talentu ale to jest umiejętność, której możesz być nauczonym. Musisz to zaakceptować i zacząć rozwijać w sobie. Rozwijać do tego stopnia, że granie w obronie stanie się dla Ciebie przyjemnością, że obudzisz w sobie instynkt zabójcy. Będziesz stawiać sobie za cel stopowanie najlepszych graczy rywali, będziesz myśleć o określonej ilości bloków czy zbiórek w każdym meczu.

Czy są obecnie w NBA zawodnicy, którzy przypominają Ci siebie samego sprzed lat?

Wielu! Jeśli chodzi o NBA, to trzeba pamiętać, że ta liga ma to do siebie, że żadna z gwiazd nie może myśleć o sobie, że była pierwszą, jedyną i ostatnią osobą, która grała w pewien określony, unikatowy sposób, że już drugiej takiej nie będzie. Każdego roku napływają do ligi nowe młode talenty. Znają przeszłość, wzorują się na graczach od siebie starszych, na graczach, którzy już odeszli. Czasem okazuje się, że uczeń przerasta mistrza. Kolejne pokolenia nie tylko są w stanie skopiować najlepsze wzorce z poprzednich, ale też dodać od siebie jakiś nowy element gry i go udoskonalić. Koszykówka ewoluuje. Młodzi też chcą zapisać się w historii. Chcą blokować, zbierać piłki. Chcą, żeby ktoś powiedział o nich, że przypominają Dikembe Mutombo, Billa Russella czy Patricka Ewinga. To oczywiście jest bardzo miłe dla nas byłych zawodników.

Coś o słynnym finger wag.

Kiedy pojawiłem się w NBA, od razu postawiłem sobie cel - chciałem zostać zapamiętany jako jeden z najlepiej blokujących w historii ligi. Starałem się w obronie, blokowałem rzuty, ale nie czułem, żeby rywale okazywali mi szacunek, na jaki moim zdaniem zasługiwałem. Wiadomo, że zawodnicy skupieni na blokach, prędzej czy później, trafią na czyjś plakat. Gdy już to się stanie, dunkujący lubią sobie pogadać. Ze mną nie było im tak łatwo. Nawet Michael Jordan musiał poczekać 9 lat na swój pierwszy wsad nade mną. Więc myślę, że należało mi się trochę uznania za grę pod bronionym koszem. Im lepszy byłem w obronie, im więcej blokowałem, tym bardziej kolejni zawodnicy chcieli próbować dunków nade mną. Zaliczyłem w karierze ponad 3000 bloków (dokładnie 3289 - drugi na liście wszech czasów tylko za Hakeemem Olajuwonem 3830) i z każdego z nich jestem bardzo dumny i zadowolony. Rywale uczynili mnie tym, kim przez lata byłem w NBA. Gdyby nie próbowali wyzywać mnie na pojedynki, gdyby nie próbowali wsadów nade mną, nie byłbym tym Mutombo, którego znacie. Nie miałbym okazji, żeby kiwać na nich palcem.

Kto jest najlepszym podkoszowym w obecnej NBA?

(Długa chwila zastanowienia) DeMarcus Cousins. W ataku jest dużo lepszy, niż ja byłem. W obronie cały czas się poprawia. Góruje siłą i agresywnością nad pozostałymi podkoszowymi ligi. 



I jeszcze raz...


       
       
       
       

20:23, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »