Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
MENU:
czwartek, 21 września 2017

Szybko. Muszę jeszcze napisać parę słów po EuroBaskecie, póki jeszcze mamy go trochę w pamięci...

Ty i Twój kumpel, ja i mój kumpel plus jakiś gość z przystanku autobusowego. Jest nas pięciu. Gregg Popovich zaczyna nas trenować. Albo nie. Niech to będzie sam Igor Kokoskov, nowy mistrz Europy z reprezentacją Słowenii. Coach rysuje nam zagrywki jak szalony. Mamy od cholery wariantów. Jesteśmy gotowi na wszystko. Mamy plan A, B i nawet C na specjalne sytuacje. Na przykład takie, jak wprowadzenie piłki na 12 sekund przed końcem przy naszym prowadzeniu. Wiadomo, będą nas faulować. Nasza nieudolność sprawia jednak, że opinia publiczna zaczyna się zastanawiać czy nasz trener z nazwiskiem to faktycznie taki piękny umysł. Rozumiesz?

Nie wiem czy populizm w sporcie nie śmieszy mnie jeszcze bardziej, niż ten w polityce. Gdy Słowenia wysyłała do domu kolejnych rywali na tych mistrzostwach, nagle pojawił się temat, że ich trener, Igor Kokoskov mógł parę lat temu przejąć naszą kadrę. Jak to w takich momentach bywa, wyobraźnia zaczęła działać. Skoro dwumilionowy kraj może niszczyć na EuroBaskecie pod wodzą Kokoskova, to co by robiła, albo raczej, co mogłaby robić taka wielka i dumna Polska z nim jako trenerem? No właśnie, co? Tu wyobraźnia, przynajmniej moja, ma pewien kłopot. Plan Kokoskova realizowany był na parkiecie ciałem i umysłem podstawowego rozgrywającego drużyny NBA. Zawodnik ten od lat ociera się o poziom All-Star. Był MVP tych mistrzostw. Moja wyobraźnia nie jest w stanie zwizualizować którąś z naszych jedynek do takiego poziomu, do takiej roli, choć Łukaszowi Koszarkowi byłoby bardzo do twarzy w stroju Miami Heat.

Obok był cudowny 18-latek, który najpewniej za rok trafi do NBA. A jeśli nie trafi, to tylko dlatego, że sam nie będzie chciał. Moja wyobraźnia i dla niego nie znajduje odpowiednika w naszej drużynie. Poza nimi dwoma, w składzie Słowenii są zawodnicy z czołowych europejskich lig.   

Kokoskov, w latach 2008-2015, pracował m.in. z kadrą Gruzji. Ostatnie trzy EuroBaskety kończył z nimi na miejscach 11, 17 i 15. Chcesz mi powiedzieć, że w dwa lata nabrał tak doświadczenia i umiejętności, że z miejsca 15 z Gruzją poszybował do złota ze Słowenią? Chcesz mi powiedzieć, że Gruzja Kokoskova w tym roku byłaby dużo lepsza, niż 17 miejsce, które ostatecznie zajęła pod wodzą innego coacha? Chcesz mi powiedzieć, ze bez niego Dragic i Doncic potykaliby się o własne nogi?

Trenerzy są tak dobrzy, jak dobrzy są ich zawodnicy. Nigdy nie wiesz na pewno jak wyglądała ich strategia, jak wyglądał ich game plan na każdego z rywali. Trenerów oceniasz na podstawie tego, co widzisz na parkiecie. A to, co widzisz na parkiecie jest pochodną umiejętności zawodników, ich doświadczenia i wyszkolenia. Na poziomie kadr narodowych trenerzy nie uczą grania w koszykówkę. Oni mają za zadanie przeprowadzić selekcję i wybrać najlepszą dwunastkę do swojego systemu. Tu możemy dyskutować czy brak trzeciego kozłującego, kosztem któregoś z wysokich, to błąd naszego trenera.

Ja nie mam żadnego dealu w tym, żeby bronić Mike'a Taylora. Nie odbieram też nikomu prawda do wyrażania swoich opinii. W żadnym wypadku nie próbuję zamykać nikomu ust. Być może w moim poprzednim tekście z Helsinek, nie do końca się zrozumieliśmy w tej materii. Nie oczekuje, że pokażesz mi swoje CV, zanim napiszesz coś o meczach kadry czy innych meczach koszykówki. Pragnę jedynie uczulić komentujących na fakt, że ocenianie pracy trenera, i tylko trenera, jest trudne. Stąd, moim zdaniem, mało merytoryczne. No chyba, że popełnia jakieś rażące, ewidentne błędy. Ja nie bronie konkretnej osoby na konkretnym stanowisku, tylko samego zjawiska. Na przykładzie Kokoskova, Popovicha czy kogokolwiek innego. Błędy i braki w wyszkoleniu poszczególnych zawodników są dość proste do wyłapania. Więc mówmy i piszmy o nich do woli, jeśli chcemy. W końcówce meczu z Finlandią, nasi popełnili całą masę indywidualnych błędów. To jest jasne, jak słońce. Zresztą napisałem to w tamtym tekście - "Bo o ile nielogicznym jest dla mnie pogląd wielu sportowców i grona dziennikarzy, że nie powinno się krytykować gry danego zawodnika, skoro samemu nie reprezentuje się odpowiedniego poziomu (nie gram jak zawodnik NBA, ale wiem gdy któryś z nich robi coś źle, choć sam nawet tego bym nie zrobił), o tyle w przypadku coachingu sprawa, dla mnie, jest złożona." - być może ten fragment, krótki, ale jak ważny w dyskusji, umknął niektórym czytającym. 

Pisząc po tamtym meczu z Finlandią, nie pochwalałem ani nie usprawiedliwiałem przeciętności, jedynie ją zauważałem, podkreślałem i takie przyjmowałem kryteria przy ocenie naszych. Nie oczekuję od nich więcej, niż czegoś średniego bo nie mam podstaw, by oczekiwać więcej. Stąd odwołanie do naszych krajowych realiów w sferze szkolenia i ligi. I jeszcze raz - przegrana w meczu z Finlandią nie ma usprawiedliwienia. Odwołanie do stanu koszykówki w Polsce posłużyło mi tylko i wyłącznie po to, by studzić przebrzmiałe, niczym racjonalnym nieuzasadnione aspiracje.

Oceniamy mecze Polaków przez pryzmat naszych wizji i oczekiwań, z naszej polskiej perspektywy. Dlatego pytamy co stało się, że mogliśmy grać dobrze z Francją przez ponad 38 minut a przez niecałe dwie już nie. A może uczciwiej byłoby spróbować spojrzeć na to też z francuskiej perspektywy? Może to oni przez tych ponad 38 minut grali gorzej, niż mogli i potrafili, a mimo to cały czas dawali sobie szansę na bycie w tym starciu i ostatecznie na wygranie go? Gdy prowadziliśmy z Diawem i jego kolegami 9:0, nie widziałem niczego monumentalnego ani w naszym ataku, ani w obronie. Po prostu nasze rzuty wpadły, ich nie. Ot, cała filozofia. Jasne, że na tym gruncie możemy budować teorie i stawiać tezy, tylko po co? Czy to przypadkiem nie jest zakrzywianie rzeczywistości? Możemy pisać, że przez większość meczu z Grecją graliśmy dobrze. Greccy dziennikarze napiszą coś dokładnie odwrotnego. Sloukas i Calather rzucili nam 26 i 24 punkty, razem trafili 9/13 trójek. Dzik Printezis dorzucił 14 a drugi dzik Bourousis 10. Z nożem na gardle zrobili, co musieli zrobić. Dla mnie znamienne było to, że Damian Kulig (26 punktów) powiedział po meczu, że miał "dzień konia." To są te detale. Jeśli 26-punktowy występ nazywasz "dniem konia", to wiele mówi mi jak widzisz siebie i swój potencjał w meczach na takim poziomie, z taką stawką.  

Jestem jak najbardziej za tym, żeby w sporcie wykorzystywać swoje szanse, gdy tylko się nadarzają. I dlatego boli mecz z Finlandią, dlatego szkoda meczów z Francją i Grecją. Ale jednocześnie jestem też za tym, żeby po porażkach, tego typu porażkach, nie budować tez na bazie nie zawsze zdrowych emocji, tylko patrzeć na sprawy chłodno i z dystansem. Francja przyjechała do Finlandii bez m.in. Parkera, Batuma, Goberta. Grecja bez Antetokounmpo. Gdyby grali, nam byłoby jeszcze trudniej. Takie są fakty. W teorii, z Finami mieliśmy zagrać mecz o czwarte miejsce w tej grupie, o miejsce, które byłoby naszym biletem do Turcji. Tylko, że Finlandia pokrzyżowała nam plany bijąc Francję. Finlandia, niesiona dopingiem swoich kibiców, skorzystała z nadarzającej się szansy. My nie. Tyle i aż tyle. Nasz awans musiałby być splotem wielu sprzyjających okoliczności, bo jesteśmy drużyną średnią, bez wielkich liderów. Drużną, która by wygrywać z ekipami lepszymi, niż średnie, musi liczyć nie tylko na dobre występy swoich graczy, ale też na coś w prezencje od... losu? Rywala? 

Koledzy z "Przeglądu Sportowego" pogrzebali w swoich archiwach. Zmieniają się okoliczności, lata lecą, a w nas ciągle ta polaczkowatość. Na początku to było śmieszne, potem refleksyjne, że artykuły z lat 70' poprzedniego wieku i starsze, swoim brzmieniem idealnie pasowałyby do obecnych czasów. Kto zawinił? Czego zabrakło? Kto jest odpowiedzialny za klęskę? Świat nam odjechał.

Słuchasz tego i śmiejesz się tylko przez moment. Mijają dekady a my dalej siedzimy w g..ie. Ja tu piszę o sporcie, ale sam wiesz jak jest w innych dziedzinach życia. I co raz przychodzi jakiś leśny dziadek, jeden z drugim i mówi, że to trzeba zaorać i robić wszystko od nowa. Bo on wie lepiej. To nie kwestia talentu, bo i u nas rodzą się Markkaneny i Doncice. To jest kwestia mentalności. Za mało w nas fińskiej pokory i pragmatyzmu, spokoju i długofalowych, przemyślanych strategii, za dużo zakorzenionego przez wieki kozactwa, cwaniactwa i myślenia, że jakoś to będzie. Taka jest moja diagnoza problemu. Tak ja widziałem ten EuroBasket ze swojej perspektywy. Oczywiście mogę się mylić, bo nie mam na to ani papierów ani dowodów. 

 

W ostatnich latach miałem okazję być na wielu dużych koszykarskich imprezach. EuroBaskety, Mistrzostwa Świata, All-Star Game, NBA w Londynie, w Hiszpanii. Mecze Raptors w Kanadzie. To, co zobaczyłem w trakcie i po meczu Finlandii z Islandią, to było coś, co z miejsca trafia na sam szczyt najlepszych sportowych emocji. W trakcie spotkania kibice z Islandii zrobili swój słynny Viking Clap. Nie wiem czy to było wcześniej ustalone, chyba nie, ale dołączyli do tego Finowie, którzy dołożyli od siebie wilcze "aaauuu". To było coś!

Po meczu kibice nie wychodzili z hali. Chyba nie widziałem wcześniej czegoś takiego. Były brawa, podziękowania zawodników do kibiców, kibiców do zawodników. To też było niesamowite przeżycie.

Po oficjalnym zakończeniu fazy grupowej w Helsinkach, w Hartwall Arenie, na spokoju, spotkać można było wysokich ludzi z Chicago Bulls. 


Kontynuuję swoją tradycję trafiania trójek z roku podczas dużych koszykarskich imprez. Tradycja nie jest długa, ale każda podróż ma swój pierwszy krok.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o EuroBasket 2017.  


18:55, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 20 września 2017

Nowy sezon zbliża się dużymi krokami. Drużyny mają już prawie pozamykane składy. Nadal nie wiemy co z Melo, nadal nie wiemy gdzie ostatecznie wyląduje garstka nadal wolnych agentów, ale jakoś musimy z tym żyć. W głowach rysujemy sobie obraz gry przemeblowanych po wakacjach drużyn. To jest ten moment roku, kiedy będziemy starać się przewidzieć przyszłość. Zanim spróbujemy wytypować MVP sezonu, obie ósemki na play-offs, mistrza NBA, trenera roku i tak dalej, zabawmy się w typerów. Bez wielkich analiz. 2-3 zdania komentarza, bardziej gut feeling, niż coś bardziej rozbudowanego.



Progi pochodzą z jednej ze stron bukmacherskich. Mogą się delikatnie różnić w zależności od firmy. Dziś Wschód:

Atlanta Hawks - powyżej/poniżej 26.5 zwycięstwa. Odeszli Howard, Millsap i Hardaway. Nie jestem pewny jakie są cele Hawks na ten sezon. Ja bym zatankował, ale kto ich tam wie. Rok temu wygrali 43 mecze. W minionym sezonie tylko trzy drużyny nie przekroczyły pułapu 27 wygranych. Hawks będą słabi, ale chyba nie aż tak. Mike Budenholzer nie pozwala mi ich skreślić całkowicie. Mój typ - powyżej

Boston Celtics - powyżej/poniżej 54.5 zwycięstwa. To jest pierwszy od 2012 roku sezon, kiedy marzeniem Celtics będzie (co najmniej) gra w Finałach. Rok temu wygrali 53 mecze. Teraz, na papierze, zdają się silniejsi. 55 wygranych to niby dużo, ale z drugiej strony większość swoich meczów zagrają na błotnym Wschodzie. Coach Stevens jest tu gwarancją porządku. Trochę się boję tego progu, bo spodziewam się, że na początku może być tam kłopot z wyznaczeniem lidera. Mój typ - mimo wszystko powyżej

Brooklyn Nets - powyżej/poniżej 26.5 zwycięstwa. To jest jedyna drużyna z grona tych teoretycznie słabych, co do której będziemy pewni, że nie tankują. I to już coś. Latem wzbogacili się o Carrolla, Crabbe'a, Mozgova, D'Angelo Russella. Mówiłem to już w Podcaście Specjalnym u Michała - podoba mi się ten skład i nie zdziwi mnie, jeśli tam zrodzi się coś ciekawego. Coach Kenny Atkinson fajnie rotował składem już rok temu, kiedy wygrał tylko 20 meczów. Jeśli oglądaliście ich w akcji, to przyznacie, że ich koszykówka wyglądała fajnie, tylko brakowało im talentu. Teraz go mają.  Mój typ - powyżej.

Charlotte Hornets - powyżej/poniżej 43.5 zwycięstwa. Nie wierzę w drużyny, w których gra Dwight Howard. Rok temu Szerszenie wygrały 36 meczów. Latem nie pozyskano nikogo z nazwiskiem. Ta ekipa może mieć problem ze zdobywaniem punktów. Mój typ - poniżej. 

Chicago Bulls - powyżej/poniżej 22.5 zwycięstwa. Wszystko wskazuje na to, że Byki zatankują w tym sezonie. Pytanie brzmi teraz jak bardzo. 22 meczów w tamtym sezonie, nie wygrali tylko Nets. Fred Hoiberg ma w końcu ludzi, o jakich zawsze marzył czyli młodych i biegających. Mam mieszane uczucia co do tej organizacji, ale z racji tego, że to tylko 23 wygrane typuję powyżej.

Cleveland Cavaliers - powyżej/poniżej 54.5 zwycięstwa. Łapię się na tym, że gdy myślę o wakacjach Cavs, przed oczami pojawia mi się krajobraz po wojnie. Potem jednak dociera do mnie, że tam nadal gra najlepszy koszykarz w NBA, że nadal jest tam czołowy podkoszowy ligi na 20+ punktów i 10+ zbiórek. Pytanie kiedy do gry i w jakim zakresie wróci Isaiah Thomas. Wiele zależy też od tego z jakim nastawieniem podejdzie do rozgrywek LBJ. Jeśli odejście Irvinga wyzwoli w nim dodatkowe pokłady motywacji, to znów może otrzeć się o poziom MVP sezonu i przy okazji ciągnąć Cavs od wygranej do wygranej. Ja na miejscu Cavs postarałbym się wygrać Wschód. Chyba nie chciałbym ryzykować i grać ewentualny game 7 z nowymi Celtics u nich w Bostonie. Mój typ - powyżej.   

Detroit Pistons -  powyżej/poniżej 38.5 zwycięstwa. Rok temu wygrali 37 meczów. Jeśli w tym sezonie coś nie "kliknie" w tej drużynie, to będzie znaczyć, że Stan Van Gundy, będzie potrzebował zredefiniować swoją rolę w tej organizacji. Liczę na lepszy sezon Pistons, bo spodziewam się, że a) Reggie Jackson zagra lepiej, i że nie straci znów 30 meczów, b) Drummond ma za sobą regres formy. Zagrał bardzo bezbarwny sezon. Jeśli chce wrócić do elity podkoszowych ligi, a pewnie chce, to musi się wziąć w garść, c) Avery Bradley da tej ekipie nowy wymiar w obronie. W ataku zresztą też. No i gra też o nowy kontrakt. Mój typ - powyżej.

Indiana Pacers - powyżej/poniżej 31.5 zwycięstwa. W tym składzie nadal są koszykarze, którzy grać potrafią i nie mają interesu w tym, żeby przegrywać. Pytanie brzmi w którym kierunku chce iść ta organizacja? 31 wygranych, to nie jest wygórowany próg, szczególnie na Wschodzie. Jeśli Pacers podejdą do sezonu ze zdrowymi intencjami, to są w stanie wygrać ponad 31 meczów. Ale jeśli ktoś oddaje Paula George'a za czapkę gruszek, to ja nie wiem co o tym myśleć. Mój typ - poniżej.

Miami Heat - powyżej/poniżej 43.5 zwycięstwa. Ten próg może być kusząco złudny. Pamiętamy o świetnej drugiej części sezonu Heat, kiedy ci z bilansu 11:30 wyszli na 50% i byli o włos od wejścia do play-offs. Mamy też przed oczami świetny EuroBasket Gorana Dragica. Wszystko to działa na wyobraźnię, ale Heat nie są tak dobrzy jak 30:11, ani tak słabi jak 11:30. Są w środku. I dlatego ten próg jest trudny. Ich lato nie było gorące. Coach Spo będzie miał znów pełno ciekawych pomysłów na grę. Pytanie czy wykonawcy są wystarczająco dobrzy? Mój typ - bez przekonania poniżej.  

Milwaukee Bucks - powyżej/poniżej 46.5 zwycięstwa. Czy ta drużyna będzie lepsza o pięć wygranych w porównaniu z poprzednim sezonem? Spodziewam się, że Giannis Antetokounmpo zrobi kolejny krok w swoim rozwoju, ale obawiam się jednocześnie, że za dużo kładzie się na barki ledwie 22-letniego gracza. Nie wiadomo kiedy i w jakiej formie do gry wróci Jabari Parker, który przez 50 meczów rok temu dawał Bucks po 20 punktów. Klub z Milwaukee nie podpisał nikogo, kto regularnie umiałby odciążać ich młodą gwiazdę. Tego się obawiam. Mój typ - poniżej. 

New York Knicks - powyżej/poniżej 29.5 zwycięstwa. Nie mam pojęcia co tam się może wydarzyć. Podobno Melo jest jedną nogą w Houston. Jeśli tak, to Knicks byliby nierozsądni, gdyby nie zdecydowali się na tankowanie. Ale to są przecież Knicks, tam jest wszystko możliwe. Najgorsze jest to, że koło 35 wygranych, może dać na Wschodzie play-offy. Jeśli pan Dolan w marcu to poczuje i wyliczy sobie, że jednak opłaca mu się zagrać te dwa dodatkowe mecze kosztem jakiegoś picku, to może być różnie. Mój typ - mimo wszystko poniżej.   

Orlando Magic - powyżej/poniżej 32.5 zwycięstwa. Klub nie widział play-offów od 2012 roku i myślę, że w takich okolicznościach (słaby Wschód) bardziej niż o dobre miejsce przed draftem 2018, Magic mogą chcieć powalczyć o play-offy. Poprawić 29 wygranych sprzed roku, nie będzie wielkim wyzwaniem. W tej ekipie jest talent (Vucevic, Fournier, Hezonja, Payton, Gordon + doszli Simmons, Speights i Afflalo). Mój typ - powyżej.

 

Philadelphia 76ers - powyżej/poniżej 40.5 zwycięstwa. Bardzo dużo talentu i tyle samo znaków zapytania. Czy Embiid i Simmons dadzą radę zdrowotnie? Jak płynne będzie przejście Fultza z NCAA do NBA? Nie mogę się doczekać gry tej drużyny. Ta młodzież z J.J. Redickiem jako mentorem, może być intrygująca. Mój typ - z bólem serca poniżej.

 

Toronto Raptors - powyżej/poniżej 47.5 zwycięstwa. Ta drużyna nie ma żadnych wymówek na ten sezon. Trzon składu jest pod kontraktem. DeRozan (28), Lowry (31), Ibaka (28) są w teorii w swoich prime lub gdzieś koło tego. Nie pozostaje im nic innego, jak włączyć się do walki z Cavs, Celtics i Wizards o top4 Wschodu. 51 wygranych z poprzedniego sezonu jest jak najbardziej w zasięgu tej ekipy. Mój typ - powyżej

 

Washington Wizards - powyżej/poniżej 48.5 zwycięstwa. Wielka czwórka Wschodu będzie mieć, w teorii, trochę łatwiejszą drogę do "nastukania" sobie wygranych, niż topowe drużyny Zachodu. Wizz nie podpisali latem nikogo wielkiego, ale zachowali większość swojego składu, co też może być atutem. Czy bać się o poziom motywacji Otto Portera po podpisaniu gigantycznego kontraktu? Czy bać się o nogi Bradley'a Beala? Sam nie wiem. Rok temu, po słabym starcie rozgrywek, wygrali 49 meczów. Mój typ - bez przekonania powyżej.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zapraszam do dzielenia się w komentarzach własnymi przemyśleniami. Możecie wrzucać typy i przemyślenia co do całej piętnastki, albo poszczególnych drużyn.

23:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 września 2017

Pamiętam jak siedem lat temu zaczynałem współpracę z marką Compressport. Wtedy odzież kompresyjna dopiero wchodziła na salony, a mówiąc dokładnie na parkiety, boiska, stadiony, bieżnie, siłownie oraz wszystkie inne miejsca regularnego treningu. Wtedy facet w rajtuzach, przydługich skarpetach czy zbyt obcisłej koszulce wyglądał, dla niewtajemniczonych, co najmniej dziwnie.
Siedem lat to kawał czasu i wiele się zmieniło.

W ostatnich tygodniach miałem okazję przetestować kilka nowych produktów firmy
Compressport. Poniżej moje odczucia z tego, jak mi się w nich trenowało.


Ale wcześniej
słowo wstępu:

Znajomi sędziowie czy zawodnicy często pytają mnie czy warto zainwestować w odzież kompresyjną. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Dlaczego? Uważam, że aby docenić wartość tego typu produktów, trzeba być naprawdę aktywnym fizycznie. Jeśli trenujesz sporadycznie, mało intensywnie, to raczej nie poczujesz większej różnicy. A chyba warto mieć jakiś konkretny powód, żeby za skarpety zapłacić 60zł a nie 6zł. 
Tym, którzy trenują regularnie, mogę powiedzieć tylko jedno - polecam. Sam używam tego typu odzieży od ponad siedmiu lat.
To są produkty dla ludzi aktywnych, którzy mają mało czasu na regeneracje między jednym meczem/treningiem a drugim i za każdym razem wymagają od swoich ciał bardzo wiele.
Cudów nie ma. Jeśli nie masz zdrowia ani kondycji, to siłą rzeczy nie pomoże Ci ani odzież kompresyjna ani wypicie basenu napoju izotonicznego - ciężko Ci będzie po jednym intensywnym dniu powtórzyć drugi tak samo intensywny. Choć będąc "uzbrojonym" w odzież kompresyjną, w trakcie lub po wysiłku, lżej znosić będziesz uczucie zmęczenia, a Twoje ciało szybciej wróci do stanu używalności. 

Jeśli masz dobrą kondycję, grasz, trenujesz, biegasz kilka razy w tygodniu i szukasz dodatkowych form zadbania o własne zdrowie, to uważam, że warto zastanowić się nad kupnem produktów marki Compressport. Fakt. Nie są to tanie rzeczy, ale jest to inwestycja długoterminowa. Nadal mam w domu swoje pierwsze opaski na łydki, których zacząłem używać w lipcu 2010 roku. Po wielu praniach, po wielu meczach i treningach, cały czas nadają się do użytku. Nie mają dziur ani przetarć. To jest solidna szwajcarska robota.

Od kiedy używam odzieży kompresyjnej, z akcentem na opaski na łydki, nie patrzę na nią jak na dodatek do ubioru. Dla mnie to integralny element  mojego sportowego wyposażenia.
 
Tak, jak zależy mi na tym, żeby grać w kosza i sędziować w dobrych, odpowiednio dobranych butach, tak też zależy mi na tym, żeby odciążyć ciężko pracujące nogi i pomóc im w regeneracji.

Jeśli pytasz mnie co sądzę o odzieży kompresyjnej firmy Compressport i czy ją polecam - odpowiadam raz jeszcze - Tak, jeśli trenujesz regularnie i nigdy nie używałeś/używałaś tego typu produktów, to zauważysz i docenisz ich działanie. Jeśli uprawiasz sport sporadycznie i ze średnią intensywnością, to raczej te rzeczy Ci się nie przydadzą. Choć oczywiście nie zamykam nikomu przed nimi drzwi. 

W mojej ostatniej paczce od Compressport znalazły się takie rzeczy:

Opaski kompresyjne na łydki USV2: Opaski na łydki to produkt, od którego zaczęła się moja przygoda z kompresją. Sędziuję w nich mecze, gram, trenuję. Towarzyszą mi też czasem przed komputerem oraz przy długich podróżach samolotem. Moje łydki są mi za to wdzięczne.     

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Biegowe spodenki kompresyjne Run Short: Lekkie, przewiewne, nie krępują ruchów, choć pokrywają sporą część ciała w jego delikatnych miejscach. Nie wiem jak Wy, ale ja tak mam, że podczas długich i wyczerpujących treningów poci mi się ta część pleców, która traci swoją szlachetną nazwę. Mówiąc wprost - w drugich połowach treningów czy meczów, mam mokrą d...pę. Wybacz mój język. Uczucie to nie należy do najprzyjemniejszych uczuć związanych z uprawianiem sportu. Nosząc te spodenki, pozbywasz się tego problemu. To tylko jeden z ich atutów. Producent wymienia całą masę innych.  

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Skarpetki do biegania ProRacing V2.1: Te skarpety są znakomite! Z opaskami na łydki, spodenkami czy koszulkami, miałem już wcześniej do czynienia, więc wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać. Skarpet tego typu używałem pierwszy raz. I to był mały szok dla moich stóp. Pozytywny szok. Po pierwszym treningu, po zdjęciu skarpet, zacząłem z niedowierzaniem dotykać stóp. Były suche, albo prawie suche. A nie "ugotowane" i całe mokre, jak to zwykle po długich treningach bywa. W czasie aktywności miałem, i cały czas mam, wrażenie lepszej stabilności stopy w skarpecie a co za tym idzie także w bucie. O ile dobroczynne działanie kompresji, jeśli chodzi o regenerację, to coś co raczej trudno namacalnie sprawdzić, o tyle efekt suchej, dobrze wentylowanej, stabilnej w bucie stopy, to coś co każdy bez problemu zauważy.   

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Koszulka bez rękawów ON/OFF Multisport: Muszę się mocno napocić, żeby ją spocić. Świetnie wentyluje ciało, bardzo dobrze odprowadza pot. Zwykłe koszulki, gdy nasiąkną potem, przylepiają się do ciała i krępują ruchy. Ta nigdy. Bardzo przyjemny materiał, zupełnie jakby nie miało się nic na sobie. Gdy jest gorąco, izoluje. Gdy jest chłodno delikatnie otula. Moja szara wersja ładnie komponuje się z koszulkami do sędziowania. 

TUTAJ szczegółowy opis produktu na stronie producenta.

Jeśli zainteresował Was temat odzieży kompresyjnej, to bardzo zachęcam do przeczytania szczegółów o każdym z produktów na stronie marki Compressport. Znajdziecie tam szczegółowe informacje o technologiach zastosowanych przy produkcji, wykorzystywanych materiałach oraz całym wachlarzu pozytywnego oddziaływania na ciała sportowców. 

23:59, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017

Michał Górny kolejny raz zaprosił Przemka Kujawińskiego i mnie do swojego "Podcastu Specjalnego." Ten odcinek poświęciliśmy w ogromnej części EuroBasketowi w wykonaniu naszych. Na koniec ruszyliśmy też trochę naszą ulubioną ligę. W sumie wyszły z tego 84 minuty gadania.
Jak dotrwasz do końca, to jesteś zuch.

Plik mp3 można ściągnąć TUTAJ.

  

22:56, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 września 2017

Teemu Rannikko poznałem latem 2012 roku. To niby tylko pięć lat, ale jak sięgam pamięcią do tego, o czym wtedy rozmawialiśmy, to wydaje się jakby była to inna epoka. W aspekcie sportowym chyba była. Zastanawialiśmy się dlaczego basket w Finlandii udaje się tylko do pewnego stopnia, dlaczego Finów nie ma na koszykarskiej mapie Europy.

Rok wcześniej Finlandia, po długich 16 latach, w tym ponad czterech w Dywizji B, wróciła do gry w Mistrzostwach Europy. Podopieczni Henrika Dettmanna wygrali wtedy swój pierwszy od 30 lat mecz w imprezie tej rangi, potem drugi, co dało im awans do dalszej rundy. Ostatecznie zajęli wtedy na Litwie przyzwoite dziewiąte miejsce. W kraju zostało to wzięte za wielki sukces. Pięciu graczy z tamtego składu występowało na co dzień w rodzimej lidze, przy czym dla 35-letniego wówczas Hanno Möttöli, grającego dla Torpan Pojat Helsinki, był to bardziej aktywny wypoczynek, niż poważne granie. 

Największym problemem panującym w koszykarskich realiach w tamtym czasie w Finlandii był brak większych tradycji w tym sporcie. I tak na dobrą sprawę cały problem zaczynał się i kończył właśnie tam. Obiektów do regularnego, profesjonalnego trenowania nigdy nie brakowało, nawet w maleńkich ośrodkach. Nie brakowało też nakładów na szkolenie młodzieży oraz wykwalifikowanych trenerów, którzy dzięki scentralizowanym programom rozwoju mieli stały dostęp do wiedzy. Dzięki temu młodzi fińscy koszykarze grali całkiem nieźle pod względem taktyki, techniki i motoryki. Problem pojawiał się w momencie podejmowania życiowej decyzji, kiedy junior wchodził w wiek seniora i powoli musiał zacząć myśleć albo o zawodowstwie albo innej drodze. Ku rozpaczy fińskich trenerów, w wielu przypadkach utalentowani pod wieloma względami gracze, nie widząc dla siebie przyszłości w niszowej w tej części świata koszykówce, decydowali się na przejście do innego sportu, póki jeszcze byli na tyle młodzi, by w miarę sprawnie przekwalifikować się np. na sporty zimowe, które często uprawiali równolegle z koszykówką lub na hokej czy piłkę nożną.
Nie każdy przecież mógł wyjechać na studia do USA, nie każdy na etapie juniora mógł zostać wypatrzony przez skautów najmocniejszych europejskich lig i nie każdy mógł dostać z rodzimej ligi kontrakt, który zapewniłby bezpieczną przyszłość.

Ale za to prawie każdy, kto zdecydował się na tym etapie rozwoju wyskoczyć z pociągu z napisem "koszykówka", ten w większości przypadków znajdował ciekawe zajęcie w innymi sporcie lub zupełnie poza nim. Logicznym, zrozumiałym i bardzo częstym było więc wybieranie bezpiecznego scenariusza.

Rannikko, wtedy w rozmowie ze mną, pokusił się też o tezę, że Finom będzie trudno o sukcesy w tak przebojowym i wymagającym kreatywności sporcie, bo oni z natury są mało przebojowi i mało pewni siebie. Swojej siły i tożsamości szukają przez to w zespołowości, a jak wiadomo, co do zasady ma to swoje plusy, ale w takim systemie trudno o produkowanie gwiazd.

Teemu chyba jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że ta filozofia, ta solidna u dołu piramida, będzie dla fińskiego basketu idealnym gruntem dla dynamicznego rozwoju tego sportu a także wylęgarnią prawdziwych talentów. Dbanie o detale, drobne rzeczy, to coś co od lat cechowało fińskich trenerów. Zaczynając od tych pracujących z małymi dziećmi na Henriku Dettmannie kończąc. Bez fajerwerków, skromnie, spokojnie, pragmatycznie. Kończenie dwutaktu lewą dłonią z lewej strony kosza, prawą z prawej. Dbałość o egzekwowanie założeń taktycznych. Znamienne jest to, że w rozgrywkach młodzieżowych w Finlandii, dla trenerów zwycięstwa i celne rzuty są zazwyczaj sprawą wtórną. Dobrze wyegzekwowana zagrywka zakończona spudłowanym, ale otwartym rzutem, na który 24 sekundy pracowała cała drużyna, jest cały czas dobrą zagrywką. Niecelne rzuty są częścią tej gry. Obrazki, w których trenerzy biją brawo drużynom, z którymi walczą, za zagranie czegoś mądrego, nie należą w Finlandii do rzadkości.

W 2013 roku na Słowenii nastąpił przełom. Finowie wygrali 4 z 5 grupowych meczów. Pokonali Turcję, Grecję, Rosję, rozgromili Szwedów. Bez problemów przeszli do kolejnej rundy. Tam dostali lekcję koszykówki od Chorwacji i Hiszpanii, ale na zakończenie swojej przygody z turniejem rozbili Słowenię i ostatecznie do awansu do ćwierćfinałów zabrakło im jednej wygranej. Rozgrywki zakończyli ponownie na dziewiątym miejscu. Fińscy fani zaczęli zaznaczać swoją obecność na koszykarskich salonach. Po pierwsze było ich wielu. Po drugie tworzyli świetną atmosferę bo skupiali się tylko i wyłączne na dopingowaniu swoich. Buczenie na rywali nie było w ich stylu.


FIBA dostrzegła i doceniła "fiński fenomen". Drużyna dostała dziką kartę na Mistrzostwa Świata w Hiszpanii w 2014 roku. 22 miejsce w żaden sposób nie oddaje tego, co działo się tamtego lata w Bilbao. Drużyna pokazała ciekawy i nowoczesny basket. Do awansu do 1/8 zabrakło jednej wygranej, a w zasadzie, to jednego celnego rzutu wolnego Koponena w meczu z Turcją. Bizkaia Arena mieszcząca zwykle po 10000 fanów, gościła co mecz ponad 8000 Finów. Atmosfera, jaką tam tworzyli, zapisała się w historii tych mistrzostw.

Dwa lata temu we Francji ekipa Dettmanna znów przeszła fazę grupową. W fazie pucharowej, po walce, po niezłym meczu odpadła z silną Serbią.

Fińska koszykówka przeszła długą drogę. Ranikko mylił się mówiąc, że Finowie, z racji swoich narodowych cech, być może nigdy nic wielkiego w koszykówce nie osiągną. Solidną, spokojną i pokorną pracą oraz dbałością o najmniejsze detale, dało się stworzyć solidny grunt dla dalszego rozwoju. Okazało się, że nawet będąc sportem niszowym, tułając się na peryferiach koszykarskiej Europy, możliwe było "wyprodukowanie" talentów nie tylko na miarę Euroligi, ale nawet dla NBA. Możliwe było też mozolne wspinanie się w górę na arenie międzynarodowej.

Wczoraj, po wygranym meczu Finów z Grekami (89:77), udało mi się zadać Teemu pytanie o tę długą drogę, z Dywizji B, przez dziką kartę do Mistrzostw Świata, aż po prawo organizacji (grupy) Mistrzostw Europy przed własną publicznością. Od trenera Dettmanna dostałem kciuk w górę za zadanie tego pytania.

"To wielka rzecz dla mnie. Swój pierwszy mecz w kadrze zagrałem w 1997 roku czyli 20 lat temu. Tak jak mówisz, to była długa droga. Z Dywizji B do Mistrzostw Świata i Europy a teraz do roli bycia gospodarzem turnieju. Najwspanialszą rzeczą dla mnie jest to, że po 13000 naszych fanów przychodzi do hali oglądać nasze mecze. Bilety na każde starcie są wyprzedane. To oznacza, że robimy coś we właściwy sposób. Świetnie, że pokonujemy kraje o znacznie większym koszykarskim potencjale i z większymi tradycjami. Ludzie chcą to zobaczyć. Gramy dla 13000 nie 700 osób, jak to bywało 10 lat temu. To coś wspaniałego. Petteri Koponen jest w kadrze od 10 lat, a teraz pojawiają się młodzi. Lauri już tyle potrafi na boisku a mamy też inne młode talenty. To wspaniały widok dla takiego starszego dżentelmena, jak ja."


Warto dodać, że ze składu, który po 16 latach, w 2011 roku zagrał w Mistrzostwach Europy, aż siedmiu zawodników broni barw Finlandii podczas tych mistrzostw. Są to Mikko Koivisto, Shawn Huff, Gerald Lee, Sasu Salin, Tuukka Kotti, Petteri Koponen oraz Teemu Rannikko.    

 

23:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 04 września 2017

Zagraliśmy dobry mecz z Finlandią. Lepszy, niż się spodziewałem. Moment - zanim odpalisz Caps Lock i zabierzesz się za komentowanie, zostań do końca. Myślałem, że jak po pierwszej kwarcie ruszyli na nas i zaczęli kąsać ze wszystkich stron, przy uciesze ponad 12 tysięcy fanów, to już po meczu. Było 18:8 po pierwszej kwarcie. Trafiliśmy w tej części gry tylko cztery rzuty. I nawet prowadziliśmy 8:6 by potem przez ponad pięć i pół minuty ani razu nie znaleźć drogi do kosza. I to są właśnie te momenty, które separują nas od bycia drużyną dobrą. Jesteśmy europejskim średniakiem, może średniakiem plus, ale nadal tylko średniakiem. Nie mamy gwiazd nie tylko na poziomie NBA, ale także na poziomie czegoś więcej, niż tylko statusu gracza solidnego w Eurolidze. I to są te różnice. Kiedy nie idzie, kiedy rywal czyta Twoją obronę jak elementarz, kiedy niepewność czy nawet strach zaglądają w oczy, wtedy Słowenia ma Dragica lub Doncica, Francja De Colo, Fourniera, Diawa, Finlandia od teraz Markkanena i tak dalej. Można by tak jeszcze długo wymieniać. My? My mamy Ponitkę, który ma momenty, Waczyńskiego, który ma momenty, paru innych, którzy mają momenty. Tyle, że to nie mogą być tylko te momenty, by marzyć o czymś więcej, niż klasie średniej w Europie. To musiałby być pewien poziom, z którego oni nigdy by schodzili. Jesteśmy drużyną średnią i gramy średnio. Możemy mieć dobre fragmenty przeciwko każdemu, ale zwyczajnie nie jesteśmy w stanie grać dobrze przez całe starcia.

Mecz z Finlandią był jednym z naszych lepszych meczów, jakie widziałem w ostatnich latach. Wróciliśmy z 14 punktów straty. I to było imponujące. Graliśmy w jaskini lwa, albo raczej w lesie wśród wilków. W takim kotle, jaki robili fińscy fani, ten powrót był naprawdę imponujący. A kiedy Ponitka trafił za trzy i dał nam dziewięć punktów przewagi na 1.33 min. przed końcem meczu czwartej kwarty, to także było imponujące. Kiedy byliśmy o jedno posiadanie od wygrania w pierwszej dogrywce, to też było imponujące. W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego, powiedziałem (zapraszam, to tylko siedem minut), że daję Finlandii 60-55% szans na wygraną, ale bardzo chciałem się pomylić. Bardzo. Przy okazji udzieliłem też wywiadu panu Markowi Ceglińskiemu dla PAPu. O kulisach tej rozmowy przy innej okazji. Teraz powiem tylko, że to było dziennikarstwo przez duże D. Ze strony pana Marka rzecz jasna.  

Czy ja staram się głaskać i usprawiedliwiać? Nie. Patrzę na to z dystansu i z dystansem. Spójrz. Mamy zawodową ligę, która w wielu aspektach jest półamatorska. Nasze kadry młodzieżowe błąkają się gdzieś po dywizjach B w Europie i nawet tam zdarza im się dostać solidny wp..ol od, zdawałoby się, mało koszykarskich nacji. Wielu, by nie powiedzieć większość, naszych trenerów młodzieżowych to pasjonaci, którzy za swoją pracę dostają głodową...pensję? Oni chyba mieliby problem z nazwaniem tego kieszonkowego pensją. Jak mają szkolić dzieci, skoro sami nie mają warunków i środków by udoskonalać siebie. Mamy rok 2017. Prowadzenie drużyn w stylu "dawać, dawać, dawać. Gramy, gramy, gramy"  bo jakoś to będzie, to już za mało. Dziś do meczu, do treningu musisz podejść z laptopem, ze strategią rozwoju, z długofalową wizją tego, co chcesz osiągnąć. Sport dziś to jest rzemiosło, wyspecjalizowana dziedzina życia, która stoi na takich samych, podobnych, a może nawet potężniejszych filarach jak inne profesje. To mityczne know how, które pozwala w sporcie mieć ciągłość. Tę ciągłość, która daje gwarancje, że dobrzy zawodnicy będą pojawiać się w kadrze seniorskiej stale, nie co pokolenie, nie w tajemniczych okolicznościach. Tak, żebyśmy nie musieli sięgać do dziecięcych lat naszych najlepszych koszykarzy i wygrzebywać historie, że ten czy tamten dobrze drybluje, bo w domu miał psa, który gryzł mu piłkę, a ten tę piłkę musiał chronić. To są fajne historie do opowiadania, ale jego panowanie nad piłką powinno być efektem treningu, który ktoś mu profesjonalnie zaplanował. Litwini zawsze będą mieć utalentowanych i wyszkolonych graczy, bo mają system, który działa od dekad. Tak samo jak Serbowie, Chorwaci, Słoweńcy, Hiszpanie. Nie możemy pracować po omacku i co parę lat zaorywać tego, co wypracowali inni, i robić wszystko od nowa, bo to nowe jest dobre, a tamto stare było złe.   

I kolejny raz gdy przegrywamy gdzieś na arenie międzynarodowej, budzi się w wielu ten wewnętrzny Nawałka czy w tym przypadku Taylor. To wszystko tak bardzo czytelnie wygląda tylko zza ekranu komputera czy telewizora, to coś jak jak granie w "Jeden z dziesięciu" - na kanapie znasz wszystkie odpowiedzi, nawet stolicę Madagaskaru. Tam, w TVP w Lublinie, to wygląda inaczej. Wiem, bo byłem dwa razy.

Patrz jak Koszarek spieprzył to podanie.

Patrz jak Taylor słabo rozrysował ostatnią zagrywkę w ataku dla Ponitki i Waczyńskiego, jak głupio zaordynował, gdy broniliśmy przewagi w pierwszej dogrywce.

Ja zawsze przy okazji tego typu rozważań mam chęć powiedzieć - "OK, kolego z internetu. Karty na stół. Co legitymizuje Twoją opinię? Czy sam jesteś trenerem, zawodnikiem? Kim? Co Ty byś zaproponował na miejscu Taylora? Karty na stół. Słucham prawdziwych argumentów." Bo o ile nielogicznym jest dla mnie pogląd wielu sportowców i grona dziennikarzy, że nie powinno się krytykować gry danego zawodnika, skoro samemu nie reprezentuje się odpowiedniego poziomu (nie gram jak zawodnik NBA, ale wiem gdy któryś z nich robi coś źle, choć sam nawet tego bym nie zrobił), o tyle w przypadku coachingu sprawa, dla mnie, jest złożona. Gdy Wojtek Zeidler mówił mi w Londynie o fajnej zagrywce, którą wyegzekwowali Magic w meczu z Raptors, to ja go słucham, bo wiem, że jest klasowym trenerem. Ale gdy anonim z internetu domaga się zwolnienia Taylora, to ja chcę wysłuchać argumentów i poznać tło danego anonima. Tylko tyle.

Jest takie koszykarskie porzekadło wyniesione z NBA, że dobrego trenera poznaje się po tym, jak jego drużyna wygląda po time outach. Zauważyłem, że jest nawet modne mówieni o tym. Więc Taylor musi być zły, skoro spieprzyliśmy wprowadzenie piłki na 12 sekund przed końcem IV ćwiartki, skoro ani Ponitka, ani Waczyński nie oddali dobrych rzutów w końcówkach, sokoro w półtorej minuty daliśmy sobie wtłoczyć dziewięć punktów. Czyli zakładacie, że Taylor nie rozrysował dobrze tych posiadań, że nie miał planu B i C oraz, że nie wziął pod uwagę, że obrona Finlandii zwyczajnie odczyta nasze zamiary? Sugerujecie, że to, co wydarzyło się na parkiecie w danych posiadaniach było wyłącznie wypadkową złej taktyki i słabego warsztatu naszych, a nie dobrej obrony Finów. Tak zakładacie? No cóż, macie prawo tak myśleć. 

To nie jest wina Łukasza Koszarka, że jest naszym pierwszym rozgrywającym. To jest wina naszego szkolenia, że w 38-milionowym kraju ciężko znaleźć lepszego od niego. To nie jest wina Taylora, że nasi mają braki w wyszkoleniu technicznym. Na tym poziomie trener nie uczy grania w koszykówkę. On jest od stworzenia tej, też modnej w ostatnich latach, kultury wokół kadry. Mam wrażenie, że ludzie u nas mają z nim problem, bo on jest za bardzo pozytywny, za bardzo amerykański, a za mało narzekająco-bigosowy. 

Mamy tendencje do dawania sobie prawa do wyrokowania o wszystkim ze sportem i polityką na czele. Gdzie dziesięciu Polaków, tam jedenaście opinii. W Finlandii ludzie są bardziej pokorni, zdyscyplinowani. Czasem do Twojego miejsca pracy potrafi przyjść z zewnątrz gość, na zlecenie szefa, by dać Ci i Twoim kolegom szkolenie z tego, jak prawidłowo ustawiać fotel przy biurku, by nie mieć problemów z plecami. Ludzie w ciszy słuchają, podnoszą dłoń gdy chcą o coś zapytać. Patrzysz na to i śmiejesz się w głębi, bo wiesz, że u nas by to nie przeszło. Ustawianie fotela. Rozumiesz?

W 2014 roku w Hiszpanii, podczas Mistrzostw Świata, Finowie spieprzyli końcówkę w meczu z Turcją. Ten mecz najprawdopodobniej kosztował ich awans do dalszej rundy. Nie przypominam sobie, żeby ktoś wtedy zwalniał coacha Henrika Dettmanna. Nikt nie wieszał psów na Koponenie, który spudłował dwa rzuty wolne w samej końcówce. Ludzie potrafili oddać mu to, że gdyby nie jego świetna gra przez wcześniejszych 39 minut tego starcia, to Finlandia nie byłaby na pozycji do wygrania.        

Co impreza, to to samo. Zapętlamy się w wydeptanych przez lata schematach. Kto zawinił? Kogo ukarać? Co dalej? Gdzie popełniono błędy? Wróciłem pamięcią do EuroBasketu sprzed dwóch lat we Francji. Po tym, jak odpadliśmy w fazie pucharowej z Hiszpanią, internet też miał wiele do powiedzenia. Sprawdź, jak masz czas. Wtedy reagowałem podobnie. Na chłodno, z dystansu i z dystansem. I wtedy ktoś próbował mi zarzucić, że jestem zbyt łagodny, bo obawiam się zwichnięcia moich stosunków z zawodnikami naszej kadry i sztabem trenerskim. Moi mili, ja nie mam nad sobą wydawcy, nikt nie wisi mi na telefonie i nie prosi mnie o teksty. Sam sobie wyznaczam deadline'y i zazwyczaj je przekraczam. Bo mogę. Gdy o coś pytam zawodników, to przede wszystkim z własnej ciekawości, dla siebie. Nie łowię kąśliwych, klikolubnych cytatów. Fajnie jest móc dostać coś u źródeł, ale to nie jest moje blogowe być albo nie być. Sam blog też nie jest moim być albo nie być w skali całego życia, więc spokojnie. Wstrzymaj swoje konie. Szanuję tych chłopaków, ale z żadnym z nich się nie przyjaźnię, nie utrzymuję pozasportowych relacji. Jeśli, z jakiegoś powodu, nigdy nie porozmawiam z żadnym z nich, to naprawdę nic wielkiego się nie wydarzy w moim życiu. Pomijając już fakt, że raczej wątpię, by któryś z nich czytywał moje wypociny.

Mecz z Finlandią boli, bo przegraliśmy wygrany mecz. Bo to był mecz, który szeroko otworzyłby nam drzwi do Turcji. Zdarza się. Rzadko, ale się zdarza. Jestem więcej, niż pewny, że gdyby nasi mogli zagrać jeszcze raz tych 90 sekund końcówki czwartej kwarty, to by wygrali. Jestem też przekonany, że z dziewięcioma punktami zaliczki moglibyśmy ustać półtorej minuty każdemu. W alternatywnej rzeczywistości Koszarek nie podaje wprost w ręce Lauri'ego i zamiast szukać nowego trenera, dziś rozpływalibyśmy nad grą naszych. Debatowalibyśmy czy ten kolektyw stać na ćwierćfinał. Tak już mamy.

Cieszę się, że to jeszcze nie jest smutne podsumowanie naszych występów podczas tych mistrzostw. Gramy jeszcze z Grecja i Francją i wszystko jest w naszych rękach. Mamy szanse większe, niż matematyczne, więc kibicujmy. Islandczycy przyjechali tu z myślą, że co mecz będą szatkowani. I tak się dzieje. Ale walczą, nawet mają swoje momenty. Kibice się cieszą i wszystko jest OK.

Jesteśmy drużyną średnią, która w Mistrzostwach Europy gra średnio. Nie jakoś zbrodniczo źle, nie jakoś porywająco pięknie ponad skalę swoich możliwości. Gramy na tyle, na ile jesteśmy w stanie grać, na tyle, ile wynoszą nasze możliwości. Wyregulujcie swoje wymagania i oczekiwania co do tej drużyny. Szkoda zdrowia, szkoda czasu, szkoda klawiatury.

fot. Ville Vuorinen.


15:51, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (10) »
czwartek, 31 sierpnia 2017

"Z racji mojej religii, nie mogę podać Ci dłoni." Zrobiło mi się trochę głupio, że w ogóle wyciągnąłem do niej dłoń, kiedy się przedstawiałem. Ale to nie była niezręczna sytuacja. Dalej rozmawialiśmy o Hamedzie Haddadi'm, o turnieju w Bejrucie i innych rzeczach. Ona dalej śmiała się z moich żartów. Poznałem ją przy okazji któregoś z meczów Iranu. Była dziennikarką irańskiej telewizji. Od tej naszej nieudanej próby połączenia dłoni minęły dobre dwie kwarty. Ja myślami nie wracałem już do tej sytuacji. Ona chyba tak. "Przepraszam, że nie podałam Ci dłoni." - powiedziała ni stąd ni zowąd. "Dobra, nie ma problemu." - odpowiedziałem, bo dla mnie faktycznie nie było problemu. Dla niej chyba jednak był. "Wiesz, co. Ja w to nie wierzę. Mało kto w Iranie w to wierzy. To znaczy, jestem muzułmanką, wierzę w swoją religię, ale nie wierzę w to wszystko wokół. Dlaczego muszę nosić tę chustę na głowie, dlaczego miałabym nie podać dłoni mężczyźnie, którego poznaję? Co w tym złego? Dla mnie nic. Większość ludzi w Iranie tak uważa i większość prowadzi podwójne życie. Nie mam tu nic złego na myśli. Po prostu nie chcemy, żeby religia dotykała każdego aspektu naszego życia. A że dotyka, to musimy się stosować, jeśli nie chcemy, żeby spotkała nas kara. Mój szef nie zgodził się, żebym sama jechała relacjonować 'męskie' zawody. Powiedziałam więc, że biorę wolne i jadę do Bejrutu prywatnie, bo lubię koszykówkę i chcę kibicować naszej kadrze."

W ciągu tych niecałych dwóch tygodni w Libanie miałem wiele ciekawych rozmówi o polityce, religii, historii. Nie wiem czy nie więcej, niż tych o koszykówce. Czasem żartuję, że z racji tego, że ukończyłem m.in. politologię jestem, w teorii, bardziej uprawniony do wypowiadania się o polityce, niż o koszykówce. Czasem mam chęć zabrać głos odnośnie "bieżących spraw", ale chyba nie mam chęci, a już na pewno czasu, żeby walczyć w komentarz z oszołomami, którzy swoją wiedzę o świecie czerpią z memów, dla których raz byłbym lewakiem, raz prawakiem. Innym znów razem faszystą czy jakimś innym -ystą, -istą. Parę razy zdarzyło mi się na fanpage'u delikatnie, w żartach, przemycić jakiś polityczny dowcip. Może nawet nie polityczny a zaledwie zabarwiony polityką. Mam więc próbkę tego, jak nieładnie mogłoby to wyglądać.

Podczas dnia przerwy od meczów postanowiłem zwiedzić inne części Bejrutu. Skorzystałem z komunikacji miejskiej. Bilet kosztował, w przeliczeniu, trochę ponad 2 zł. Kierowcy mają wyznaczone trasy, ale, co ciekawe, w ich obrębie mogą skręcić tu i tam dla wygody pasażera. Busik jest sprawnie klimatyzowany i jak mu się dobrze przyjrzeć, to nie różni się niczym od tych busów, które znasz z Polski, które wożą Cię między większymi ośrodkami miejskimi (dajmy na to między Lublinem a Warszawą). Może różnią się jedynie tym, że te w Libanie są bardziej rozklekotane i nie tak czyste w środku. Kierowca nie mówił po angielsku, ale słowa centrum i Bejrut ułożyły mu się w logiczną całość.

Bejrut jest bardzo prężnie rozwijającym się miastem. Niemal co krok widać jakieś budowy i inwestycje. Ultranowoczesne wieżowce dość ciekawie komponują się z tradycyjną zabudową. Gdzieniegdzie zobaczyć można ślady wojny domowej (1975-1990). Podejrzewam, że te podziurawione od kul ściany, stoją tam na pamiątkę, ku przestrodze, że pokój i wolność nie są wartościami, które można brać za coś pewnego. Nie w każdej części świata. Na pewno nie w Libanie. Nie widziałem skrajnej biedy, a zdarzało mi się regularnie widywać ją w Maroku czy Egipcie. Za to widziałem topowe samochody z modelami McLarena na czele. Widziałem pachnących, dobrze ubranych, zadowolonych ludzi z najnowszymi telefonami w dłoniach. Jasne, zdarzały się miejsca brudne i bardzo brudne. Cuchnące i bardzo cuchnące, ale skupianie się na tego typu rzeczach jest dla mnie stratą czasu. Jeśli w swoich obserwacjach krajów arabskich nie wzniesiesz się ponad pewną specyfikę tych miejsc, to z podróży będziesz przywozić plastikowe butelki z rowów, chude zarobaczone koty, zamiast smaku wyśmienitych potraw, niesamowitych widoków, znakomitej pogody, życzliwych ludzi. Poza tym to też kwestia postrzegania świata. Jedni z Kairu pamiętają pracowników oczyszczania miasta, którzy specjalnym sprzętem udrażniają rury z zaschniętym kałem. Inni pamiętają piramidy. Jednym w lecie jest za gorąco a w zimie za zimno. Wiem, że wiesz o czym mówię.


Przez te wszystkie dni, na swojej drodze minąłem tylko jedną żebrzącą osobę. A chodziłem dużo. Jak pisałem we wcześniejszych relacjach, do hali miałem 36 minut spacerem. Wracałem do hotelu grubo po 11 wieczorem. Gdy wstępowałem na kebab, wracałem po północy. Już po 2-3 dniach stało się to moją rutyną. Mecze, spacer, kebab, spacer, hotel. Czasem kebab przesuwałem na przerwę między ostatnim a przedostatnim meczem, by posiłkiem zamykającym dzień były lody, które pewnego dnia odkryłem w pobliżu mojego hotelu. Ani razu nie znalazłem się w sytuacji jakiegokolwiek zagrożenia. Pierwszego wieczoru, kiedy z telefonem z załadowaną mapą w dłoni wyznaczałem sobie drogę powrotną, dopadły mnie myśli, że być może robię coś nie do końca rozsądnego. Bo przecież to były ulice B-e-j-r-u-t-u, który jest w L-i-b-a-n-i-e. Potem się rozwiały. Te myśli. Nie miały podstaw by istnieć. Ani razu nikt nie zapytał mnie "która godzina" lub czy "dorzucę złotówkę na chleb/piwo/dla chorej matki." Zdarzało się, że ktoś pytał mnie o drogę, ale to zapewne z racji, że potrafię wyglądać bliskowschodnio, brano mnie za miejscowego.

Jak wygląda Bejrut? Nie tak, jak rysuje go wyobraźnia przeciętnego Europejczyka. Gdyby ktoś zapakował Cię w samolot i wysłał do Bejrutu nie mówiąc, gdzie lecisz a potem kazał zgadywać gdzie jesteś, to miałbyś kłopot. W niektórych miejscach powiedziałbyś, że to Barcelona, w innych, że to Madryt. W jeszcze innych czułbyś się jak gdzieś na południu Francji. Jasne, znalazłyby się i miejsca, które spotkać można tylko w krajach arabskich i bynajmniej nie są to eksportowe widoki. Ludzie, począwszy od wolontariuszy w hali, na sklepikarzach i postronnych przechodniach kończąc, byli bardzo mili i pomocni. Jeśli nie radzili sobie z językiem, to radzili sobie na inne sposoby. Dało się odczuć, że zależy im na burzeniu kreowanej przez zachodnie media wizji Bliskiego Wschodu jako jednego wielkiego no go zone. Pytali jak mi się podoba Liban, co już widziałem, co jeszcze chcę zobaczyć. Czy planuję jeszcze kiedyś wrócić. Byli szczerze uradowani, gdy słyszeli ode mnie same pozytywy. Ubolewali nad wizerunkiem Libanu i innych krajów arabskich w mediach z tak zwanej zachodniej cywilizacji.   

"Co to jest dżihad? Nie czuję się do końca kompetentny, żeby odpowiedzieć na to pytanie, bo jestem chrześcijaninem, ale jestem stąd więc odpowiem. Dżihad to jest wewnętrzna, codzienna walka z własnymi słabościami i niedoskonałościami w drodze do lepszego świata. Dżihad to dbanie o siebie, o swoją rodzinę. Wiem o co pytasz. Tak, dżihad jest dziś przez wielu tłumaczony jako wojna z innymi kulturami i religiami. Są tacy, którzy tym usprawiedliwiają zło. Ja jako chrześcijanin urodzony i wychowany w Libanie tak tego nie odbieram." To tylko fragment z rozmowy z jednym z wolontariuszy, który pochodził z gór z północy Libanu, z chrześcijańskiej wioski, która z racji bliskości Syrii i sporadycznych najazdów bojowników ISIS lub niezrzeszonych bandziorów, jest regularnie chroniona przez wojsko. Myślę sobie, że on miałby silne podstawy ku temu, by nie wypowiadać się o muzułmanach pozytywnie. A robi to. 

Nie bój się islamizacji tego tekstu. Czytaj więcej książek, mniej pseudonaukowych dyskusji w internecie. Podróżuj. Zobacz rzeczy na własne oczy. Ja nie jestem rzecznikiem ani PRowcem islamu. Spokojnie. Co najwyżej jestem propagatorem poszerzania własnych horyzontów, dociekania, zgłębiania wiedzy, zadawania pytań.

 

Zwycięstwo Australii wcale nie rzuca cienia na poziom azjatyckiego basketu. Oczywiście taki wniosek jest prosty i nawet całkiem logiczny, bo przecież Boomers nie przywieźli do Libanu ani jednego aktualnego zawodnika z NBA. Masz prawdo tak myśleć, a ja nie czuję się zobowiązany, żeby zachęcać Cię do zainteresowanie się azjatycką koszykówką. W żaden sposób nie dotyka mnie to lekceważenie. Bo niby dlaczego miałoby?

Tyle tylko, że takie wnioski mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Podkoszowi nowych mistrzów Azji, Angus Brandt (10 punktów, 8 zbiórek w Finale) czy Daniel Kickert (14/6) mogliby spokojnie grać w NBA. I tu nie chodzi mi o jakieś wielkie role. Rok temu, przy okazji Basketball Without Borders, widziałem z bliska m.in. Spencera Hawesa i Cole'a Aldridge'a. Brandt i Kickert są od nich lepsi.  Australijczycy przez większość meczu podwajali Haddadi'ego. Robili to bardzo sprytnie, bo często od strony, której H.H. się nie spodziewał. W ataku starali się wyciągać go spod kosza. Była to taktyka prosta, ale bardzo skuteczna. Hamed nie mógł odpuszczać na dystansie wysokich Australii, bo ci grozili rzutem. Gdy wychodził, robiło się miejsce do penetracji. Jego 18 punktów było za bardzo osamotnione by nawiązać równorzędną walkę.

Zdania, odnośnie zaproszenie Australii i Nowej Zelandii do mistrzostw Azji, były podzielone. Z jednej strony jest to niewątpliwe podniesienie poziomu i prestiżu turnieju. Z drugiej jednak, traci na tym Oceania. Z tym, że trzeba mieć na uwadze, że większość federacji tam zrzeszonych, to federacje o znaczeniu symbolicznym. Bez profesjonalnych lig, bez profesjonalnych zawodników. Nawet niektóre z nich mają w swojej nazwie "amatorski". Australii i Nowej Zelandii da to więc szansę na poważne granie, bo jaka przyjemność była dla nich z bicia biednych rybaków z Vanuatu czy Timoru Wschodniego? Większość państw/terytoriów zrzeszonych jako Oceania boryka się na co dzień ze sprawami ważniejszymi, niż koszykówka. Decyzja FIBA niewiele zmienia w ich egzystencji. Program rozwoju koszykówki raczej nie spędzam tam ludziom snu z powiek.

Honor Azji został obroniony w meczu o brąz. Korea po znakomitym spotkaniu pokonała Nową Zelandię 80:71. Tall Blacks zdominowali deskę. W całym starciu mieli 51 zbiórek, 23 w ataku, przy ledwie 31 zbiórkach, 6 w ataku, Korei. Ale to był jedyny aspekt gry, w którym Nowa Zelandia była lepsza. Ruch piłki Koreańczyków to był crème de la crème tego starcia i jak dla mnie całego turnieju. 22 z 26 celnych rzutów Korei, to były rzuty asystowane. Czterech podopiecznych coacha Jae Hura zdobyło 13 lub więcej punktów. To był kawał porządnego, nowoczesnego basketu z ich strony. 

Fadi El Khatib ostatecznie pożegnał się z kadrą. Szkoda, że w meczu tylko o piąte miejsce, szkoda, że w przegranym meczu. Pisałem wcześniej, że Chiny w koszykówce są dla mnie odpowiednikiem Niemców w piłce nożnej. Nie zawsze ładnie, nie zawsze pełni gwiazd, ale zawsze do końca, piekielnie skuteczni, cały czas w oparciu o żelazną taktykę, bez niepotrzebnych szaleństw. Liban przeważał w tym meczu, prowadził już 9 punktami. A Chińczycy spokojnie swoje. Najpierw odrobili straty, a potem wyszli na prowadzenie. Nie zrobili niczego monumentalnego, po prostu grali swoje. Fadi skończył spotkanie z 30 punktami, 8 zbiórkami i 4 asystami. Tylko jeden jego kolega przekroczył próg 10 punktów. U Chińczyków trzech graczy zdobyło po 13 punktów a dwóch innych 12 i 10.

Oddałem swój głos na pierwszą piątkę turnieju oraz na MVP. Trzech z mojego składu ostatecznie dostąpiło tego zaszczytu. MVP też się pokrył z moją wizją. Mohammad Jamshidi zastąpił Mitcha Creeka a Shea Ili Michaela Madanly'ego.


I to by było na tyle. Myślałem nad jakimś mądrym zakończeniem, ale zdaje się, że starczy tych mądrości jak na jeden raz. Jeśli planujesz wakacje w ciepłym klimacie, to weź Liban na swój radar. To tylko trzy godziny lotu. Bezpośrednio do Bejrutu polecisz np. z Pragi albo Sztokholmu. A przecież i do Pragi i do Sztokholmu możesz dostać się szybko, sprawnie i tanio.

Liban Was pozdrawia...


11:04, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (8) »
środa, 23 sierpnia 2017

Boston Celtics i Cleveland Cavaliers dogadali się w sprawie wymiany Kyrie Irvinga, który miesiąc temu poinformował klub z Ohio, że chce odejść. Do Cavs przenoszą się Isaiah Thomas, Jae Crowder, debiutant Ante Zizic oraz niezastrzeżony wybór w przyszłorocznym drafcie od Brooklyn Nets.

Co sądzę o tej wymianie? Zanim o tym napiszę, zacznijmy od tego, dlaczego Irving w ogóle postanowił odejść z Cleveland.

Plotka głosi, że Cavs mieli jeszcze przed draftem na stole projekt wymiany, który mógł wyglądać tak: Kyrie Irving do Suns za Erica Bledsoe i ich czwarty wybór tegorocznego draftu. Paul George do Cavs za wybór w drafcie, który dostaliby od Suns. W takim scenariuszu do Cleveland dołączyliby zatem Eric Bledsoe, rozgrywający ocierający się o poziom All-Star, gracz na 20 punktów, dobry obrońca oraz Paul George, All-Star, jeden z najlepszych skrzydłowych ligi. Podobno Dan Gilbert poinformował LeBrona o takiej możliwości wymiany. Powiedział, że pociągnie za jej spust, jeśli James zdecyduje się zostać w Cleveland poza następny sezon. James odpowiedział jednak, że zależy mu na tym, by być wolnym agentem za rok, co wcale nie musi oznaczać, że znów opuści Cleveland. I tutaj najprawdopodobniej pojawił się problem, który był iskrą tego pożaru. David Griffin, który negocjował dla Cavs ten potencjalny deal, nie dogadał się z klubem w sprawie przedłużenia umowy. Najprawdopodobniej to od niego Irving dowiedział się, że klub w tajemnicy handlował nim. Sfrustrowany zażądał wymiany. W jego odczuciu, klub zachował się bez szacunku dealując nim za jego plecami. Dodatkowo, miał żal do LeBrona, że to on daje tym ruchom błogosławieństwo. Jeśli jednak wierzyć źródłom, James odniósł się tylko do swojej przyszłości w Ohio a wszystkie decyzje dostawił klubowi. Ale trudno powiedzieć jak było naprawdę. 

Wracając do wymiany:

Dla obu stron może być ciekawa, ale też niesie trochę ryzyka.

Plusy dla Cavs:

- Za rozgrywającego formatu All-Star dostają rozgrywającego formatu All-Star, niezłego skrzydłowego potrafiącego bronic i rzucać za trzy punkty, młodego centra z przyzwoitym rzutem i doświadczeniem z Euroligi oraz wybór w I rundzie draftu 2018.

- Oszczędzają bardzo dużo pieniędzy. Z Irvingiem w składzie, ich podatek od luksusu wynosiłby $78.4 mln za ten sezon. Po wymianie wartość ta spada do $49.3 mln. Jest to więc oszczędność aż $29 mln. Irving zarobi w tym sezonie $18.8 mln. Thomas tylko $6.2 mln, Crowder $6.7 mln, Zizic $1.6 mln. Crowder zostaje pod (przyjaznym) kontraktem do wakacji 2020.

Jeśli już musisz stracić gracza pokroju Kyrie Irvinga, to taki pakiet jest jednym z najlepszych pakietów, jakie mogłeś wynegocjować. Ale...


Minusy dla Cavs:

- 28-letni Thomas opuścił ostatnie trzy mecze Celtów, w serii z Cavs, ze względu na kontuzję prawego biodra. Latem nie zdecydował się na operację. Mówi się że, nie będzie w 100% gotowy do gry z początkiem obozów treningowych. W minionym sezonie eksplodował talentem. Zagrał na poziomie 28.9 punktu, 2.7 zbiórki oraz 5.9 asysty. Moim zdaniem, nawet w pełni zdrowy, nie powtórzy takich rozgrywek. Jest świetnym graczem, ale nie jest graczem na 29 punktów. Ta statystyka nieco zamazywała jego realną wartość. Poza tym, ze swoim ciałem, jest i będzie minusowy w obronie. Z tym nie da się zrobić nic.

- Przyszłego lata Thomas będzie wolnym agentem. Już od roku uważa, że jest warty maksymalnego kontraktu. To może być ogromne ryzyko dla każdego, kto zdecyduje się dać mu duże pieniądze. Cavs mogą finansowo związać sobie ręce, lub po prostu stracić go za nic w czasie wolnej agentury. Gracze o ciałach Thomas, z podobnym stylem gry, nie mają dobrej historii starzenia się.

- Nadal uważam, że Cavs mogli dostać więcej. Więcej na teraz. Bo i pick Nets i Zizic, mogą okazać się perłami. Ale nie muszą. Pakiet Bledsoe, George był, według mnie, dużo wartościowszy. O ile faktycznie był prawdą.


Znaki zapytania:

- Crowder nie był w ubiegłych rozgrywkach tak dobry w obronie 1 na 1, jak choćby sezon wcześniej, czy zaraz kiedy pojawił się w Bostonie po wymianie z Dallas, kiedy jeszcze był na dorobku i pracował na swój kontrakt. Ma dopiero 27 lat więc nie sądzę, żeby stracił coś ze swojej fizyczności. Zauważam tylko takie zjawisko. W Cavs liczą, że u boku LeBrona dostanie znów motywacyjnego kopa i wróci ze swoją intensywnością.

- 20-letni Ante Zizic jest niewiadomą. Było już wielu utalentowanych wysokich Europejczyków z rzutem, którzy ginęli w NBA.

- Ten święty wybór Nets w drafcie 2018 roku wcale nie musi być taki wysoki. Przede wszystkim Nets nie tankują. To wiemy. Poza tym ta drużyna mocno wzmocniła się tego lata. Przyszli D'Angelo Russell, Allen Crabbe, DeMarre Carroll, Timofey Mozgov. Na słabym Wschodzie mogą dziać się cuda. Czy jestem w stanie wyobrazić sobie Nets chodzących do play-offów? Jestem. Może z trudem, ale jestem. To już nie musi być nawet top5.

 

Plusy dla Celtics:

- Dostają o trzy lata młodszego rozgrywającego, który jest ofensywnie równie dobry, który ma lepsze ciało, który potrafi obronić. Słowo klucz - potrafi. Kyrie, w skali minionego sezonu (i całej kariery), nie bronił dobrze, ale gdy trzeba było potrafił ustać w defensywie i nie był czarną dziurą, którą trzeba było za wszelką cenę chować po tej stronie parkietu. Irving jest pod kontraktem przez następne dwa sezony (ma opcję na rozgrywki 2019-20). Danny Ainge daje sobie trochę wytchnienia na tej pozycji na przynajmniej dwa lata.

- Pozbywając się Crowdera, C's rozładowują minuty dla Haywarda, Browna i Tatuma.


Minusy:

- Irving miewa swoje humory. Nie wiadomo czy i jak wpasuje się do nowego systemu. Będzie też musiał bardziej skupiać się na obronie. W systemie Stevensa to jeden z priorytetów. Irving pragnął znów posmakować roli lidera w nowym klubie. W Bostonie ma obok siebie dwóch innych graczy All-Star.

- Celtics Brada Stevensa grają poukładany, można by rzec akademicki basket. Irving przyzwyczajony jest do grania z piłką. W nowym systemie będzie musiał więcej grać bez niej. Czy potrafi? Czy będzie chciał?

   

 

Znaki zapytania:

 

- Jak będą wyglądać nowi Celtics? Ze składu, który parę miesięcy temu bił się z Cavs w Finałach Wschodu, zostało tylko czterech graczy (Horford, Smart, Rozier, Brown). 

- Rola lidera. Irving samodzielnie (bez LeBrona) nigdy nie wygrał z Cavs więcej, niż 33 mecze. Hayward przychodzi do nowej szatni, do nowego środowiska. Horford nie jest typem lidera. Czy to będzie ekipa silna psychicznie, dobrze kierowana z parkietu? 



Cavs mają, w teorii, nową Wielką Trójkę z LeBronem, Love'em i Thomasem. Do tego na skrzydło dostają Crowdera, który będzie zwalniał Jamesa z krycia Durantów, Wigginsów i innych George'ów. Zizic może być przyjemnym dodatkiem. Nie wspominając już o przyszłorocznym wyborze w drafcie, który mimo wszystko, może być wysoki. Z drugiej strony, latem 2018 roku może jednak okazać się, że Cavs budzą się pewnego dnia bez LeBrona, bez Thomasa (albo z nim i maksymalnym kontraktem, co w przyszłości mogłoby być tragiczne w skutkach) z wyborem Nets, który jest daleko za top 5.

Celtics być może dołożyli do składu brakujący element układanki, który pozwoli im wygrać Wschód. Irving pokazał, że w play-offach czuje się jak ryba w wodzie, że nie boi się brać na siebie odpowiedzialność, gdy ważą się losy meczu. Ale trzeba też pamiętać o czynniku ludzkim. Irvingowi może zwyczajnie nie podobać się rola w Bostonie. Danny Ainge dał tym ruchem sygnał, że chce wygrać już teraz. W takiej sytuacji Finał Wschodu jest planem minimum dla tej ekipy, której tożsamość będzie się dopiero tworzyć. 

Na ten moment trudno mi wskazać, kto jest wygranym tej wymiany. Z racji niepewnego zdrowia Thomasa, jego wieku oraz braków w obronie. Z racji faktu, że pick Nets nie musi być wysoki, daję lekką przewagę Celtom. Podkreślam jednak, że jest on lekka. Przez całe lato uważałem, że Ainge za wysoko ceni wybór Brooklynu. Moim zdaniem był to najlepszy moment, żeby się go pozbyć i dostać jak najwięcej. Celtics nie tracą pod względem sportowym. Rzuty i rolę Thomasa przejmie Irving, rolę Crowedera przejmą Hayward, Brown i Tatum.  


09:36, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (7) »
czwartek, 17 sierpnia 2017

Stoisz pod prysznicem. Przyjemny chłód wody orzeźwia Twoje zmęczone ciało. Zmywasz z siebie kurz, pot, woń nagrzanej słońcem skóry. Łudzisz się, że ten chłód, to orzeźwienie, możesz gdzieś zmagazynować i korzystać z niego w razie potrzeby. Ale gdy tylko zamkniesz za sobą drzwi klimatyzowanego pomieszczenia, cały ten rezerwuar zimna trafia szlag. A może ciepło da się magazynować? Już za niedługo może mi się przydać. To słońce w trybie 30+, to taka moja mała męczarnia mironczarnia. Nie narzekam na pogodę, ja tyko ją odczuwam i opisuję. W gruncie rzeczy, bycie mokrym od potu nie jest mi obce. Zazwyczaj przytrafia mi się jakieś pięć razy w tygodniu. Z hotelu do hali mam 36 minut spacerem. Trochę więcej, jak zachodzę gdzieś na kebab albo loda. Zabieram ze sobą dodatkową koszulkę, przebieram się na miejscu. Wracam w tej z meczu. Idą mi dwie koszulki na dzień. Taki mam patent. Po zmroku temperatura spada do 27 stopni. Mój wyjazdowy komputer jest już u schyłku swojej kariery. To jest jego ostatni międzynarodowy turniej.  

Chiny-Syria 81:79

Szkoda Syrii, ale na tym etapie rozgrywek szkoda chyba każdej odpadającej drużyny. Mecz zapowiadał się na klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem. I niewiele brakowało, aby tamten biblijny scenariusz się sprawdził. Syryjczycy (Dawid) mieli Chińczyków (Goliat) na widelcu. W czwartą kwartę weszli z 12 punktami zaliczki. Gdyby ktoś zdradził im wtedy, jak potoczy się ostatnich 10 minut tego starcia, to myślę, że w 9 przypadkach na 10, Chiny nie uciekłyby spod noża. Na ich szczęście, to był właśnie ten jeden na ileś raz. Syryjczycy szukali kontr i przy każdej możliwej okazji podkręcali tempo. Gdy tylko któryś z wysokich zbierał piłkę, już w okolicach połowy boiska było przynajmniej dwóch pędzących zawodników czekających na podania. Obwód Syrii co chwilę kąsał obronę Chin. Szybkie granie ma jednak to do siebie, że bywa niedokładne. Michael Madanly schodził z parkietu z 35 punktami (16/26 z gry), 7 asystami, 4 przechwytami, ale też z aż 10 stratami. Tarek Al Jaby dorzucił 16 punktów, 3 asysty i 3 zbiórki. Na dwie sekundy przed końcem meczu, William Alhaddad stanął na linii rzutów wolnych. Pierwszy spudłował. Drugi, po kródkiej konsultacji ze swoimi wysokimi, celowo nie trafił. Syryjczycy zdołali zebrać piłkę, ale nie starczyło im czasu na oddanie dobrego rzutu. Powtórzę raz jeszcze - gdyby ktoś powiedział Syrii, że o losach meczu będzie decydować pojedyncze posiadanie, to jestem więcej, niż pewny, że podopieczni Nenada Krdzica bardziej szanowaliby piłkę, gdy grali jeszcze z bezpiecznym buforem 8-10 punktów. Patrząc na załamanych Syryjczyków, przypomniał mi się EuroBasket z 1997 roku z naszym udziałem. Ten słynny mecz Polska-Grecja w ćwierćfinale. Wracamy do niego co jakiś czas przy różnych okazjach i zastanawiamy się co by było gdyby. Może wizja awansu na wyciągnięcie dłoni sparaliżowała, zdekoncentrowała Syryjczyków tak, jak 20 lat temu nas?

Chińczykom trzeba oddać, że koncertowo zagrali ostatnią kwartę. Wygrali ją 25:11. Chiny w koszykówce to dla mnie odpowiednik Niemców w piłce nożnej. Nie zawsze ładnie, nie zawsze pełni gwiazd, ale zawsze do końca, piekielnie skuteczni, cały czas w oparciu o żelazną taktykę, bez niepotrzebnych szaleństw. Chińczycy mogli się zagubić w ślepej uliczce bez wyjścia już w II czy III kwarcie. Gdy Syria miała swój run, Gen Li dbał jednak o to, żeby rywal za bardzo nie odjechał. W końcowym rozrachunku okazało się, że każdy z jego 19 punktów (7/12 z gry w tym 4/7 zza łuku) był na wagę zwycięstwa. Środkowy Dejun Han stoczył pod koszem prawdziwą bitwę z Ivanem Tudorovicem (naturalizowanym Macedończykiem, urodzonym w Czarnogórze). Jedno ze starć przypłacił rozbitym łukiem brwiowym, ale i tak zdołał zagrać 23 minuty i zdobyć dla Chin 14 punktów (5/6) i 6 zbiórek. Jak na Pandę Wielką, Han (215 cm) wyjątkowo dobrze się rusza. Poza tym jest bardzo silny. Australia będzie mieć z nim dziś duży kłopot.  

Ciekawostka: Syria wzięła kiedyś udział w EuroBaskecie, który rozgrywany był...w Egipcie. Był to rok 1949. Związek Radziecki, jako mistrz z 1947 roku, odmówił organizacji mistrzostw. FIBA nie chciała drugi raz z rzędu obarczać Czechosłowacji, finalisty i gospodarza turnieju 1947 roku, organizacyjnymi obowiązkami. Dlatego poproszono Egipt, trzecią ekipę wcześniejszych mistrzostw. Wiele europejskich drużyn odmówiło udziału w imprezie tłumacząc się trudnościami z dostaniem się do Kairu. W turnieju wzięło udział tylko siedem drużyn. Wygrał Egipt, przed Francją i Grecją. Dalej uplasowały się ekipy Turcji, Holandii, Syrii oraz... Libanu. 

 

Jordania-Irak 84:70

Jak to dobrze, że po raz ostatni, przy okazji turnieju w Bejrucie, a najpewniej ever, będę musiał poświęcić kilka linijek i trochę mojego cennego czasu Kevinowi Galloway'owi. Zbyt duża pewność siebie, gdy nie poparta umiejętnościami, staje się karykaturalna. Nie wiem na jakich zasadach...oj, chciałem użyć jego inicjałów, żeby było szybciej, ale nie, nie mogę... Nie wiem na jakich zasadach odbywa się jego gra w kadrze Iraku, nie wiem też czy jest tam jakiś pion odpowiedzialny za ewaluację jego występów, ale dla mnie nie ma wątpliwości - Irak z Galloway'em w składzie nie tylko nie jest lepszy. Irak z nim w składzie jest zwyczajnie gorszy na obu końcach parkietu. Było parę momentów tego meczu, kiedy miałem chęć podejść do niego i krzyknąć "weź Ty się k...a człowieku uspokój." Dziwię się, że koledzy pozwalają mu na takie zachowanie. Irak wymyślił sobie wstawki trapowania i krycia na całym parkiecie. Ale do tego, jak wiadomo, trzeba dobrej organizacji w obronie i dyscypliny. W szeregach Iraku tego akurat nie było. Zazwyczaj wyglądało to tak: Galloway próbował przeszkadzać zawodnikowi wprowadzającemu piłkę, jednocześnie wskazywał najbliższemu koledze kogo ma kryć. Problem w tym, że tenże kolega nominalnie był odpowiedzialny za kogoś innego. Tak się nieszczęśliwie składało, że ten "ktoś inny", cichaczem, biegł pod atakowany kosz, by kilka sekund później dostać podanie na łatwe dwa punkty. To było przekomiczne. Łatwe punkty Jordanii doprowadzały do szału Galloway'a, to z kolei, gdzieś podświadomie kazało mu reżyserować obroną swojej drużyny jeszcze bardziej. Tak nakręcała się ta spirala zła. Pytanie gdzie był trener, zostawię bez odpowiedzi... bo nie wiem. Gallo, pozwolę sobie tak go nazwać, spudłował 12 ze swoich 18 rzutów z gry. Tragikomiczny obraz jego występu nieładnie zamazują statystyki - 13 punktów, 8 zbiórek, 6 asyst, 6 przechwytów. Cień na jego, i tak już zacienioną, postać rzuca fakt, że po końcowym gwizdku natychmiast zniknął w szatni. Aż sam się sobie dziwię, że poświęciłem tyle czasu takiemu wieśniakowi. Gdyby jego agent zadzwonił do Waszego klubu z zapytaniem o pracę dla swojego klienta, to nie, nie polecam. Chyba, że za 1500 zł brutto, jeśli już masz trenera, który potrafi chwycić za mordę.

Gra Jordanii to był basket o kilka klas wyższy... ale tylko na tle takiego rywala. Wprawdzie aż 23 z 26 celnych rzutów z gry Jordanii, to były rzuty asystowane, ale trzeba dodać, że podopieczni Osamy Mohammada Fathi'ego Daghlasa popełnili aż 28 strat. Były momenty, że wyglądało to ohydnie. Pięciu Jordańczyków zagrało za 10 i więcej punktów. Dziś, no powiedz im Scottie, "Jordan, not Michael",dzięki, zagra o półfinał z Nową Zelandią.  

 

Środa.

Korea Południowa-Filipiny 118:86

Komplementowałem do tej pory filipiński basket XXI wieku z wymiennością pozycji oraz ich słynnym drive and kick. A wiecie, co w teorii jest najlepsze na penetracje? Stara, dobra strefa. To było takie proste a jednocześnie genialne w swojej prostocie. Koreańczycy postawili strefę 2-3, którą czasem zmieniali na 3-2. Filipińczycy praktycznie odcięci od penetracji, stracili swój spacing. Wyglądali jak kurczak, który już bez głowy uciekł swojemu oprawcy. Nagle okazało się, że boisko zrobiło się takie małe, że o dobry, otwarty rzut, jest cholernie ciężko. Istnieje kolosalna różnica między staniem strefą a bronieniem strefą. Korea ewidentnie nie stała. To było niesamowite, jak byli zdyscyplinowani, jak współpracowali ze sobą, jak reagowali na to, co dzieje się w danym momencie na boisku. Wyglądało to tak, jakby Korea już grała ten mecz wiele razy wcześniej. Gilas nie byli w stanie niczym ich zaskoczyć. Pierwszą kwartę przegrali ośmioma punktami. Terrence Romeo i koledzy przystępowali do tej konfrontacji mając w głowach to, że przegrali wcześniejsze trzy z czterech meczów z Koreą. I to było widać od początku. Mniej wygłupów, mniej teatralnych zachować. W oczach skupienie, koncentracja, respekt przed rywalem. A kto wie, może i nawet trochę strachu. O tym, jak trudny był to mecz dla Filipin, jak dobrze dysponowani byli Koreańczycy, świadczy druga kwarta. Gilas rzucili w niej 31 punktów, z których aż 22 z rąk Romeo. To było coś. Sześć trójek na bodaj osiem prób. Ciekawe ile bym wygrał wtedy, gdybym założył się z kimś, że Romeo już więcej nie zapunktuje w tym meczu? Ale ci goście z Korei byli niewzruszeni. Też rzucili 31 punktów w tej części gry, też mieli swoje momenty w ataku. Jeden Romeo był dla nich jak wypluć pestkę z kompotu z wiśni.

Po zmianie stron rozpoczęła się egzekucja. Piracka strefa Korei dała Filipinom zdobyć już tylko 36 punktów do ostatniego gwizdka. Sami nawrzucali aż 61. To był basket przez duże B, koszykówka przez duże K i defensywa przez ogromne D. Na 21 prób z dystansu, Koreańczycy trafili 16. Ponad 66% ich rzutów z gry znajdowało drogę do kosza. 34 asysty, tylko 12 strat. Coach Jae Hur, były znakomity obrońca azjatyckiej koszykówki, dał pograć jedenastu swoim zawodnikom. Każdy z nich zdobył w tym meczu punkty. Świetnie współpracowali ze sobą wysocy Sek Eun Oh (22 punkty, 5 zbiórek) oraz Jong Kyu Kim (15 punktów, 4 asysty, 2 bloki, 2 zbiórki). Mieli potężne wsparcie od obwodu, któremu przewodził Sun Hyung Kim, zdobywca 21 punktów (9/11 z gry), 4 asyst i 3 przechwytów. 

Smutek Filipińczyków już nie był teatralny, amerykański. Choć nie obyło się bez tanich, chorych gier z ich strony w samej końcówce. Na 3:55 min. przed końcem meczu, Gilas dostali przeciwko sobie w jednej akcji faul, faul niesportowy, oraz faul techniczny. Koreańczycy dostali pięć rzutów wolnych i piłkę.

Koreańska strefa zagra w półfinale z irańską strefą. A o tej drugiej poniżej.

 

Iran-Liban 80:70

Nie wiem czy strefa, to było coś, co Iran chciał grać od początku, czy raczej była to reakcja na to, jakie efekty dało to Korei z Filipinami. W każdym razie Iran też zagrał strefą w obronie, czym najwyraźniej rozbił ofensywny game plan Libanu. Tak to wyglądało. Dziesięć punktów nie oddaje tego, jak Iran zdominował ten mecz. Gospodarze trafili tylko 38% swoich rzutów, goście 50%. Hamed Haddadi zagrał potężne zawody. 23 punkty, 20 zbiórek, 3 bloki, 2 asysty i 1 przechwyt. Siedziała koło mnie dziennikarka z Iranu, z którą obserwowałem już wcześniejsze starcie Iranu. Po jednej z akcji Hameda, chciałem powiedzieć do niej "Big Fundamental" z uznaniem o jego technice użytkowej, ale się powstrzymałem. W tych okolicznościach, taki dobór słów, mógł być różnie odebrany. Haddadi już nie jest tak mobilny, jak kiedyś, ale tak samo jak Duncan czy Garnett, dzięki świetnej technice, nadal jest w stanie robić na parkiecie rzeczy, o których młodzi, wyskakani, atletyczni środkowi mogą tylko pomarzyć. Mimo, że poza parkietem lekko utyka, a lekarze Iranu muszą zużywać sporo różnych wcieranych medykamentów, żeby doprowadzać go do stanu pozwalającego na grę. Jego czucie piłki jest obłędnie dobre. Gdyby wybrał fach chirurga albo malarza obrazów, to myślę, że z takimi dłońmi też miał szansę na sukces. 

Na dwie minuty z kawałkiem przed końcem III kwarty, Haddadi skończył akcję wsadem. Był przy tym faulowany. Tablica pokazywała wynik 71:57. Środkowy Iranu krzyknął do swojej ławki "That's what I'm talking about" tak głośno, że cała hala Nouhad Nawfal Stadium mogła to usłyszeć. Przypomniał mi się Pau Gasol, który dwa lata temu we Francji uciszył publiczność w Lille.

Are you not entertained? 

   

Haddadi'ego mocno wsparł Mohammad Jamshidi, który zdobył 24 punkty (9/13, 6/7 za 3), 5 zbiórek, 4 asysty i 3 przechwyty.

Liban pewnie do dziś zastanawia się, co tam się wczoraj stało. Strefa Iranu będzie im się śnić jeszcze długo. Zabity ruch piłki, odcięte atuty. Libańczycy walili głowami w mur. Coach Butautas, który myśli, że jestem z Iranu, nie był w stanie odpowiednio zareagować w czasie meczu. To nie był wieczór Fadi'ego El Khatiba. Wprawdzie zdobył 18 punktów, ale potrzebował do tego 19 rzutów. Spudłował w kilku bardzo łatwych próbach. Koledzy nie mieli pomysłu jak wykorzystać jego atuty przeciwko strefie Iranu. W wielu akcjach zawodnicy Libanu wręcz wpadali na siebie blisko końcowej linii boiska. 24 punkty, 5 zbiórek, 4 asysty i 4 przechwyty zapisał na swoim koncie 23-letni Wael Arakji.

Teraz jeszcze więcej osób myśli, że jestem z Iranu. Była taka akcja, w której Irańczyk, już nie pamiętam kto dokładnie, rzucał po penetracji. Piłka nie dotknęła obręczy, po czym ten sam zawodnik ją złapał. Publiczność wybuchła. Libańscy dziennikarze też. W NBA jest to błąd kroków. U nas, w przepisach FIBA, coś takiego, to zwykła ofensywna zbiórka. Mimo, że piłka dotyka tylko powietrza. Oczywiście pod warunkiem, że gracz nie podaje sam do siebie, ale takie rzeczy łatwo jest odczytać. Wyjaśniłem przepis siedzącym koło mnie. Nie wiem czy uwierzyli. Wyglądali, jakby nie uwierzyli.

Po meczu udało mi się spotkać z Fadi'm. Obiecałem, że nie będę pytał o ten mecz. Nawet nie chciałem.

Zapytałem o jego wspólne treningi z Michaelem Jordanem po Mistrzostwach Świata w Indianie w 2002 roku. Smutny do tego momentu El Khatib, uśmiechnął się.

"To była najlepsza rzecz, jak mogła mi się przydarzyć w moim koszykarskim życiu. Przez całe dwa miesiące miałem okazję trenować i grać z najlepszym koszykarzem wszech czasów i jego znanymi kolegami. Miałem wtedy 22-23 lata. Rady, jakich Jordan mi wtedy udzielał, miały bardzo duży wpływ na to, jak wyglądała i jak potoczył się moja kariera. To było niesamowite przeżycie. Byłem dumny, że miałem okazję reprezentować tam nie tylko siebie, ale także mój kraj."

O tym, czy miał okazję grać z Jordanem jeden na jednego. Jak to było kryć go?

"Nie graliśmy jeden na jednego i też nie miałem okazji bronić przeciwko Jordanowi. On zawsze ustalał składy i zawsze wybierał mnie do swojej drużyny (śmiech)." 

15:26, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 sierpnia 2017

Kiedy pożartujemy już sobie z tych wszystkich Tajwanów, Iranów i innych Syrii. Kiedy odłożymy na bok geopolitykę, pozycję tych państw na arenie międzynarodowej oraz wszystko to, co o nich wiemy, albo wydaje nam się, że wiemy, to okaże, że w sferze czysto sportowej, naprawdę nie ma z czego się śmiać. W tych krajach gra się w koszykówkę a ich czołowi zawodnicy, to nie żart. Ten turniej tutaj w Bejrucie, to nie jarmark ani wakacje w Hurghadzie. Tu się gra w poważną koszykówkę. Musisz o tym wiedzieć. Obiekty oglądane z perspektywy Europy, mogą wydawać się nieco inne, niż w rzeczywistości są.

W niedziele zamknęliśmy fazę grupową turnieju. Chiny zmierzyły się z Irakiem w walce o drugie i trzecie miejsce grupy B. Później Filipiny starły się z Katarem. Dla Gilas był to mecz na miarę wygrania grupy, dla Katarczyków mecz o być albo nie być w tych mistrzostwach. Potem, niepokonane do tamtego momentu, ekipy Jordanii i Iranu zagrały o pierwsze miejsce w grupie A. W meczu kończącym dzień Syria zmierzyła się z Indiami. Stawką tego meczu było prawo gry o ćwierćfinał. Już wtedy wiedzieliśmy, że na zwycięzcę czekać będą Chiny.

Turniej w Bejrucie rozgrywany jest według, moim zdaniem bardzo ciekawego systemu. Otóż, tylko zwycięscy poszczególnych grup gwarantują sobie bezpośredni awans do ćwierćfinałów. Ekipy z pozycji 2 i 3 grają jeden dodatkowy mecz o wejście do tegoż ćwierćfinału. Z początku wydawało mi się to zbytnim komplikowaniem sytuacji, ale potem zrozumiałem, że dzięki temu mamy dodatkowe mecze i w zasadzie do samego końca nie ma spotkań o nic.

Drużyna z drugiego miejsca grupy A, gra z trzecią drużyną grupy B. Drużyna z trzeciego miejsca grupy A, gra z drugą drużyną grupy B. Analogicznie mają się sprawy w przypadku grup C i D.

Chińczycy pokonali Irakijczyków 61:60 w thrillerze, który trzymał w napięciu do ostatniego posiadania. To był dziwny mecz. Każda kwarta była jakby oderwana od pozostałych. Pierwszą siedmioma punktami wygrał Irak, drugą dziewięcioma Chiny, trzecią dziesięcioma Irak i wreszcie ostatnią, dziewięcioma Chiny. Kevin Galloway, którego znacie z poprzedniej relacji, znów forsował swój irytujący hero ball. Wstrzymywał ruch piłki, ustawiał na parkiecie kolegów, miał do nich bezsensowne pretensje. Przypomniały mi się mroczne czasy w NBA w latach, dajmy na to, 2000-2008, kiedy główną taktyką w ataku większości drużyn były izolacje i gra 1 na 1. Na szczęście dla koszykówki tak już się tego sportu nie uprawia. Można więc powiedzieć, że 29-letni Galloway jest koszykarską skamieliną. Mecz skończył z dorobkiem 8 punktów, 8 zbiórek, 10 asyst i 1 przechwytu. Spudłował aż 12 ze swoich 15 rzutów a założę się, że gdyby znów nie polował na triple-double, jego strzelanie byłoby jeszcze gorsze. Najdziwniejsze jest to, że gdzieś podświadomie życzę mu dobrze, bo to w gruncie rzeczy ambitny chłopak. Cierpi jedynie na, dość powszechną u Amerykanów grających overseas, chorobę zwaną "wiem wszystko o koszykówce, więc dajcie mi piłkę i z drogi". To, w połączeniu z wrodzoną u nich pewnością siebie, daje toksyczną mieszankę. Irak z Galloway'em na czele, zagra dziś z Jordanią o prawo gry w ćwierćfinale. Ale dość o nim. Omar Alazawi zdobył dla Iraku 22 punkty (8/13 w tym 6/8 zza łuku). Być może w dzisiejszym meczu ktoś zadba o więcej piłek w jego stronę. Dla Chin najlepsze zawody zagrał Ailun Guo (19 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty).

 

Filipiny pokonały Katar 80:74. Wynik w żaden sposób nie oddaje tego, że Gilas przewyższali rywala o kilka klas. Odnieść można było wrażenie, że podopieczni Vincenta Reyesa bardziej niż z rywalem, zmagają się z utrzymaniem odpowiedniego poziomu koncentracji. W pierwszej relacji z Bejrutu, pisałem o specyficznym sposobie bycia Filipińczyków. W meczu z Katarem mieliśmy tego próbkę. Terrence Romeo zaspał w II kwarcie w kilku akcjach w obronie. Parę razy zgubił się na zasłonach. Coach miał do niego bardzo słuszne pretensje. Ale Romeo, jako gwiazda (najlepszy strzelec filipińskiej PBA w minionym sezonie) wziął to za bardzo do siebie. Obserwowałem całą sytuację z bardzo bliska. Nakrył głowę ręcznikiem, zbunkrował się na końcu ławki, przy okazji ławka dostała z liścia gdy na niej siadał (Enes Kanter i jego krzesło pozdrawiają). Koledzy zaczęli go pocieszać, przybijać piątki. Romeo miał świeczki w oczach, chyba był bliski płaczu. To było takie teatralne, takie amerykańskie, że aż śmieszne. Romeo, swoje brewerie, przypłacił miejscem na liście najlepszych strzelców turnieju. W meczu z Katarem zdobył tylko 10 punktów i jego średnia z ponad 21 punktów na mecz spadła do 17.7, co zepchnęło go z top 3 na szóste miejsce. Jeśli chodzi o samą grę, to Filipiny przywiozły do Bejrutu świetny, nowoczesny basket. Wysokie pick and rolle, penetracje z odegraniami na obwód, wymienność pozycji, imponujący ruch piłki. 23 asysty na 28 celnych rzutów z gry mówią bardzo wiele. Ale nie wszystko. To trzeba zobaczyć. 15 z tych 28 trafień to były trójki. Każdy z dziesięciu Filipińczyków, który zagrał w tym meczu, zdobył punkty. Pięciu z nich zanotował dwucyfrowe zdobycze. Nie do zatrzymania tego wieczoru był urodzony w Kanadzie Matthew Wright (25 punktów, 9/15 z gry w tym 7/12 zza łuku). W ekipie Kataru dobre zawody zagrali Mansour El Hadary (23 punkty, 6 asyst, 3 przechwyty i 3 zbiórki) oraz Abdulrahman Saad (18 punktów, 11 zbiórek, 3 asysty, 2 przechwyty). Pisząc o meczach z udziałem Gilas, nie można nie wspomnieć o ich kibicach. Tym razem ponad 2000 Filipińczyków pojawiło się w hali wspierać swoją kadrę. Było jak zawsze - głośno, żywiołowo, na selfie sticku.    

W trzecim meczu niedzielnego wieczoru Hamed Haddadi i jego Iran starli się z Jordanią w spotkaniu o ciężarze pozycji lidera grupy A. Wygrał Iran 83:71. Przewaga podopiecznych coacha Mehrana Hatami'ego zarysowała się już na samym początku meczu. Haddadi znów rozdzielał piłki jak profesor. Skończył mecz z 17 punktami, 7 zbiórkami, 9 asystami, 1 blokiem oraz jednym zdjęciem ze mną. Na ten moment jest liderem klasyfikacji asyst ze średnią 8.7 na mecz. Czterech jego kolegów zdobyło 10 i więcej punktów. Strzelcom liderował Behnam Yakhchali, który do 20 punktów dorzucił 10 zbiórek i 3 asysty. 25 z 29 celnych rzutów z gry Iranu to były rzuty asystowane. To był kawał dobrej koszykówki. Jordańczycy zagrali całkiem niezły mecz. Czterech ich zawodników punktowało dwucyfrowo. Najlepszy był Mahmoud Abdeen (22 punkty, 9 asyst, 4 zbiórki).

Historia z tym zdjęciem związana jest taka, że po meczu nie było konferencji, więc zawodnicy nie musieli z nikim rozmawiać. Zapytałem czy Haddadi wyszedłby na chwile z szatni. Poszli spytać. Hamed pyta skąd. Co, z Polski? Rozmawiać nie ma chęci, bo jest cały obolały i ma nogi obłożone lodem, ale może wyjść zrobić zdjęcie, podać dłoń. Wziąłem, co dawali. Poprosił, żeby zdjęcie zrobić tak, żeby nie było widać jego nóg.

Starciem kończącym gorący, niedzielny dzień w Bejrucie była konfrontacja Syrii i Indii. Mecz wcześniej byłem świadkiem antykoszykówki w wykonaniu Indii. W niedzielę przecierałem oczy ze zdumienia. Nie tylko ja. Nenad Krdzic, trener Syrii, łapał się za głowę po każdej trójce Hindusów. W tym meczu musiał to zrobić aż 12 razy. Piszę aż, bo Indie w poprzednim meczu tylko sześć razy ukąsiły zza łuku. Tam nie zaszły żadne zmiany. Jedyną było to, że Indie trafiały rzuty, które normalnie by im nie wpadały. Nie było tak, że w ledwie 48 godzin nauczyli się kozłować, biegać, stawiać zasłony, znajdować dobre pozycje do rzutów, a co najważniejsze, dobrze rzucać. To nadal były te Indie, które mają przed sobą jeszcze długą drogę do przebycia. Oglądając ich mecze fajnie jest pomyśleć, że ma się przed oczami najlepszych dwunastu koszykarzy z kraju o potencjale ludzkim na poziomie 1.3 miliarda. Oczywiście odjąć kobiety, dzieci i starców. Ciężko to sobie wyobrazić, ale Indie prowadziły w tym spotkaniu już 19 punktami (16 do przerwy)! Po zmianie stron Syryjczycy wzięli się w garść. Drugą połowę wygrali 52:27 i w nagrodę dziś powalczą z Chinami o ćwierćfinał. 

 

Poniedziałek.

Skończyły się żarty. Przegrani pakują się i wyjeżdżają z Bejrutu. W pierwszym z dwóch meczów tego dnia Koreańczycy zagrali z Japonią. Stawką było prawo gry w ćwierćfinale z Filipinami. Wygrała Korea 81:68. Wynik nie oddaje jednak poziomu obu ekip. Był bardzo zbliżony. Kosz za kosz graliśmy przez trzy kwarty. Potem Japończycy przestali trafiać. A szkoda, bo bardzo chciałem móc dalej oglądać Irę Browna, naturalizowanego Amerykanina. 35-letni obieżyświat (grał w USA, Meksyku, Argentynie i Japonii) jest przeciwieństwem Kevina Galloway'a. Cichy, może nawet za cichy, dobrze współpracujący z drużyną. Gdyby nie był czarny, niczym nie różniłby się do pozostałych Japończyków. Zdobył 14 puntów z ledwie 6 rzutów z gry (spudłował jeden). Do tego zapisał 5 zbiórek, 5 przechwytów, 3 bloki i 1 asystę. To był poprawny mecz koszykówki, ale tylko poprawny. Nie będziemy po latach wracać do niego i przywoływać jakieś historie. Tych historii nie było. 

Meczem wieczoru był mecz gospodarzy czyli Libanu z Tajwanem. Niesieni dopingiem swoich fanów, którzy znów bardzo licznie pojawili się w hali, Libańczycy wygrali 90:77. Fadi El Khatib zdobył 30 punktów, 7 zbiórek, 4 asysty i 2 przechwyty. Tygrys gra bardzo energooszczędnie, co na myśl przywołuje mi Jordana w ostatnich latach w Bulls. Fadi porusza się spokojnie po parkiecie, ale kiedy trzeba, błyskawicznie przyspiesza. Kiedy nie trzeba, elegancko stąpa po parkiecie. Jego łatwość w dostawaniu się pod kosz jest imponująca. Niestety już w ćwierćfinale pożegnam się z jednym z moich dwóch ulubionych graczy tego turnieju. Liban El Khatiba zagra o półfinał z Iranem Haddadi'ego.

Po meczu, na konferencji, jeden z zawodników Libanu, z rozbrajającą szczerością, powiedział, że wiedzieli, że wygrają z Tajwanem. Spojrzeliśmy na siebie w tym momencie z pewnym Amerykaninem z FIBA, którego znam od paru lat, i tylko uśmiechnęliśmy się do siebie. Fajnie jest czasem usłyszeć coś takiego. On nie był zarozumiały. On tylko powiedział to, co czuł. Tyle i aż tyle. Tak często tego brakuje w rozmowach z zawodnikami NBA.

Trener Libanu, Litwin, zapytał mnie czy jestem z Iranu. Jakiś dziennikarz jednego z arabskich krajów, zapytał czy jestem z Chin, ale tutaj to już chyba przesadził. Sprzedawcy w sklepach, na pewniaka, mówią do mnie po arabsku. Ludzie mają kłopot z tym, żeby mnie rozgryźć. Ale to zazwyczaj rodzi miłe i interesujące konwersacje. Poza rozmowami o koszykówce, politykujemy. Może o tym też napiszę.

Według źródeł, Liban ma mi zaproponować obywatelstwo a następnie powołać do kadry. Będziemy celować w Mistrzostwa Świata 2019 w Chinach. 


19:44, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (5) »