Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
MENU:
niedziela, 11 czerwca 2017

Dokładnie 20 lat temu, 11 czerwca 1997 roku miał miejsce mecz zapamiętany przez historię jako "Flu Game". Po czterech meczach Finałów 1997 roku, w rywalizacji Chicago Bulls - Utah Jazz było 2:2. Piąte starcie grano na piekielnie trudnym dla gości parkiecie w hali Delta Center w Salt Lake City.

Michael Jordan kilkanaście godzin wcześniej dostał grypy żołądkowej, połączonej z zatruciem pokarmowym. Choć złośliwi twierdzą, że najzwyczajniej w świecie "zapił". Nie wiem, nie było mnie tam. W każdym razie, bez względu na przyczyny, był odwodniony, głodny, miał 38 stopni gorączki oraz duże kłopoty z podniesieniem się z hotelowego łóżka. Ludzie, którzy widzieli go tamtego dnia byli pewni, że nie zagra. Zagrał. A reszta to historia.

38 punktów, 7 zbiórek, 5 asyst, 3 przechwyty, 1 blok. Jazz wygrali pierwszą kwartę 29:16, ich najwyższe prowadzenie w tym meczu wynosiło 16 punktów. Phil Jackson nie miał komfortu dania Jordanowi odpoczynku. M.J. spędził na parkiecie aż 44 minuty! Oglądałem ten mecz na żywo w telewizji. Przy okazji licznych przebitek kamer na Jordana, zdawało się, że ten trzyma się na nogach bardziej dzięki sile woli, niż mięśni.

Na 45 sekund przed końcem meczu, przy stanie 85:85, Jordan zebrał piłkę po swoim własnym niecelnym rzucie z linii. 20 sekund później, z podania Scottie Pippena, trafił arcyważną trójkę. Bulls wygrali 90:88 i w serii objęli prowadzenie 3:2. Po końcowym gwizdku skrajnie wyczerpany M.J. słania się na nogach i pada w ramiona Scottie'ego.  Sprawę mistrzostwa Bull rozstrzygnęli w kolejny starciu, po powrocie rywalizacji do Chicago. 

Ten występ, to było coś więcej, niż wygrany mecz, zdobyte punkty, prowadzenie 3:2 w Finałach. To była manifestacja charakteru Jordana. Tego legendarnego charakteru, dzięki któremu zbudował swoją karierę, swoją postać i został dla koszykówki, dla sportu ogółem, dla popkultury tym, kim został.

21:15, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 czerwca 2017

Bardzo ciekawy materiał nagrany podczas tegorocznego Weekendu Gwiazd w Nowym Orleanie, a opublikowany wczoraj przez stację ESPN. LeBron James, Draymond Green, raper 2 Chainz oraz goście (m.in. Charles Oakley) poruszają całe spektrum tematów. Dotykają NBA, Igrzysk Olimpijskich, futbolu amerykańskiego i wielu, wielu innych interesujących tematów. Klimat utrzymany w konwencji luźnej rozmowy podczas wizyty u fryzjera, co samo w sobie jest bardzo atrakcyjne. W poniedziałek, przy okazji relacji z meczu nr 2 Finałów, pisałem o relacjach między ludźmi z NBA.

"Zawodnicy i trenerzy w obrębie NBA lubią się i szanują bardziej, niż wielu się wydaje. Widziałem to po meczach w Toronto, w Londynie, przy okazji obserwowania kadry USA w Hiszpanii, we Francji na EuroBaskecie i przy parku innych okazjach. Walka na parkiecie. Poza nim szacunek i przyjaźń, w wielu przypadkach autentyczna przyjaźń." 

Ten materiał tylko to potwierdza.

13:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 czerwca 2017

W alternatywnej rzeczywistości Kyle Korver trafia z lewego rogu rzut, który wcześniej w karierze trafiał miliony razy. W innej wersji tejże rzeczywistości LeBron nie podaje a sam punktuje, ewentualnie w następnym posiadaniu, broni skutecznie przed sztyletem Duranta zza łuku. Mielibyśmy 1:2 i potencjalnie wielkie emocje przed piątkową nocą, w której momentum mogłoby przenieść się do Ohio przed powrotem do Oakland na piąty mecz. W tej alternatywnej rzeczywistości są też Spurs, mistrzowie z 2013 roku, z niecelnym rzutem Ray'a Allena z prawego narożnika i moim tekstem o tym, że są mistrzami. Są tam też Utah Jazz mistrzowie NBA 1998 roku, razem z niecelnym rzutem Michaela Jordana nad Bryonem Russellem. Obok nich masz Sacramento Kings, mistrzów NBA z 2002 roku, w pakiecie z niecelnym rzutem Roberta Horry'ego. Patrz, tam idzie Twoja była. Jesteście cały czas razem. Razem z tymi wszystkim słowami, które padły a paść nie powinny były, oraz tymi, które nie padły, a mogły. A szkoda. Kręcą się tam wszystkie te should've would've could've, które co raz przelatują Ci przez głowę.

Rzeczywistość jest taka, że na ten moment nie potrzebujemy nawet piątego meczu, by poznać nowego mistrza ligi. Gdyby ktoś Ci przed starciem trzecim powiedział: LeBron - 39 punktów (15/27 z gry), 11 zbiórek, 9 asyst, przechwyt i blok. Kyrie - 38 punktów (16/29 z gry), 6 zbiórek, 3 asysty. I dorzucił do tego: Love - 13 zbiórek, 6 przechwytów. Smith - 16 punktów (5/10 zza łuku). To co byś pomyślał? Że to nie mogła nie być wygrana Cavs? Pewnie przeciwko każdej innej z pozostałych 28 ekip NBA tak właśnie by było. Ale Warriors to inna historia.

I pewnie gdyby Cavs mogli zagrać jeszcze raz te trzy ostatnie minuty meczu, to zagraliby je inaczej. Ale przecież to samo mogą powiedzieć Warriors o ostatnich minutach, ostatniego meczu Finałów sprzed roku.

Jeśli kibicujesz Cavs, to zapewne jesteś rozbity jak oni. Jeśli kibicujesz Warriors, to jesteś w siódmym niebie i już (od roku) chłodzisz szampana. Jeśli jesteś po prostu koneserem dobrego basketu, to pewnie zgodzisz się, że to był dobry mecz. Bo to był dobry mecz. Spokojnie czymś takim można promować ligę. Póki co, ani razu nie miałem kłopotu żeby wstawać na mecze, ani żeby nie usypiać w ich trakcie. Nie wiem czy to świadczy dobrze o tych Finałach, czy raczej o tym, że dla mnie ta pora roku, to nadal czas wyjątkowy. 

Pierwsza kwarta była zdrową wymianą celnych ciosów. Widać było, że Cavs chcą od razu uruchomić J.R. Smitha. Oraz, że popróbują trapowania kozłującego Curry'ego. Pierwsza taktyka była w miarę OK. Druga się nie sprawdziła. Warriors 7 ze swoich 16 trójek trafili w pierwszych 12 minutach, m.in. dlatego, że Steph znajdował niepilnowanego przez moment kolegę, co z kolei uruchamiało znakomity ruch piłki. Można by rzec, że pierwsza kwarta była idealnym papierkiem lakmusowym całej tej serii. Cavs trafili 60% swoich rzutów z gry (!), zdobyli 32 punkty...a i tak przegrywali siedmioma. Warriors są dla Cavs za dobrzy, za bardzo poukładani, mają za szeroki skład, dają minimalny margines błędu a jednocześnie sami sobie mogą bezkarnie pozwolić na błędy, bo te potrafią niwelować równie perfekcyjnie zarówno w obronie jak i w ataku. Cavs wygrali kwarty II i III 62:50. 12 punktów w dzisiejszej koszykówce, to cztery posiadania. To znaczy, kiedyś też 3x4 równało się 12, ale kiedyś trójka nie bywała nawet drugą opcją w kontrze.

Kyle Korver zadunkował w drugiej kwarcie. Po raz 24 w 14-letniej karierze. Chciałem przez moment wyłączyć wszystko i iść spać. Żartuję. Próbuję być zabawny.  

Kolejny raz kłopoty z faulami miał Draymond Green, ale gdy był na parkiecie, grał świetnie. 8 punktów, 8 zbiórek, 7 asyst, blok i przechwyt. Warrios z nim na placu gry byli +14. Kilku, z jego znakomitych podań, nie powstydziliby się najlepsi rozgrywający z CP3 na czele. A ci nie najlepsi mogliby mieć spory kłopot z odtworzeniem czegoś takiego w warunkach meczowych. 

Klay miał 16 punktów już po 7 minutach gry. Skończył mecz z 30 (11/18) i tylko jedną stratą. Znów był świetny. Znów był cichy. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz widziałem w Finałach tak nienachalne, subtelne, wręcz aksamitne 30 punktów. Klay od jakichś dwóch sezonów puka do drzwi z napisem "moi ulubieni zawodnicy w obecnej NBA". Zdaje mi się, że jakiś czas temu już mu otworzyłem.   

Aż 19 z 20 pierwszych trafień z gry Warriors było asystowanych! Wykrzyknik. To jest kwintesencja zespołowości. Za cały mecz wyglądało to tak - 40 celnych rzutów z gry, 29 asyst. Nadal znakomicie. U Cavs - tyle samo celnych rzutów z gry, ale aż 12 mniej asyst. Możesz nie kibicować Warriors, możesz potępiać Kevina Duranta za przejście do ekipy, która go pokonała w play-offach, która wygrała 73 mecze i była o posiadanie, lub dwa od tytułu, ale jeśli rozmawiamy o czystej, prawilnej koszykówce, tu i teraz, bez żadnych dodatkowych historii, to po porostu musisz doceniać styl Warriors. Pastor James Naismith, jeśli patrzy na to gdzieś tam z góry, to pewnie szczerze się uśmiecha. Tak to miało wyglądać. Oczywiście tylko co do zasady.

Cavs po wygraniu III kwarty 33:22 postanowili kontynuować dobrą passę. Ich Wielka Trójka z Jeffersonem i Korverem zaczęła ostatnią ćwiartkę. Warriors zaczęli rezerwami. Czy to zemściło się na nich w ogólnym rozrachunku? Draymond Green powiedział po meczu, że zauważył po trzeciej kwarcie, że LeBron szedł do swojej ławki mocno zmęczony. Steve Kerr zalecił swoim graczom cierpliwość. Był przekonany, że gwiazdy Cleveland w końcu opadną z sił, i że będzie to moment do ataku. Miał rację. Czy wyglądałoby to inaczej, gdyby coach Lue też zaczął ostatnią kwartę rezerwami? Być może, ale mogło być też tak, że zmiennicy Cavs zostaliby zjedzeni i po paru minutach, zamiast bronić prowadzenia, trzeba by było odrabiać dwucyfrową stratę. Tego nie dowiemy się nigdy. 

Na 3.09 min. przed końcem meczu J.R. Smith trafił za trzy punkty po podaniu Jamesa. Było 113:107 dla Cavs. W odpowiedzi swoją trójkę spudłował Durant. Po przestrzelonym rzucie Smitha, ofensywną zbiórkę zaliczył James. Na zegarze było już tylko 2.31 min do końca. Zdawało się, że Cavs mają wszystko pod kontrolą. Nie najgorzej wyglądało to też, gdy 40 sekund później Irving wyrwał piłkę Durantowi po swoim niecelnym rzucie a wynik brzmiał 113:109. Kto by się wtedy spodziewał, że trafienie Smitha to były ostatnie punkty Cavs, że Warriors zrobią 11:0 run (7 punktów K.D.) i wyrwą serca graczom i fanom Cavs?

Raz jeszcze otworzyliśmy debatę czy LeBron umie grać końcówki ważnych meczów. Rozmawiamy o sferze psychicznej. Czy podanie do Korvera, powinno być, w takiej a nie innej sytuacji, jego pierwszą opcją? James po meczu bronił swojej decyzji. Powiedział, że gdyby przyszło mu zagrać tamtą akcję jeszcze raz, to postąpiłby tak samo. Przypomniał mi się szósty mecz Finałów 2013 roku. Jeśli nie pamiętacie, to przypomnę Wam - LBJ w końcówce IV kwarty, wyglądał decyzyjnie bardzo, bardzo źle. Dziś to już jest historia, bo Ray Allen zrobił to, co zrobił. Ale gdyby nie trafił, to James miałby jeden tytuł mniej a na barkach (zapewne) ciężar tamtej porażki. Jasne, to jest rozmawianie o niczym, o alternatywnej rzeczywistości, ale...ale... przygotowuję tekst na ten temat. Znając życie, to znaczy jak znam sam siebie, najpewniej wyląduje obok pudła Jordana nad Russellem.

 

Czy 11 zbiórek środkowego to dużo? To zależy od meczu. A 11 zbiórek w trzech meczach? Bo tak to wygląda u Tristana Thompsona. Do tego 8 punktów, 2 bloki i 2 przechwyty. Oczywiście łącznie.

Jeśli mówimy o jedenastkach, to Deron Williams jest 0/11 z gry w tej serii. W ciągu 37 minut na parkiecie. Pamiętacie jak zimą LeBron mówił, że potrzebuje pier..nego rozgrywającego? Cóż, D-Will gra jak jakiś pier..ony rozgrywający. Taka ciekawostka dla kibiców za bardzo siedzących w statystykach. Z Williamsem na parkiecie Cavs byli +4, z Irvingiem -9. Zadzwoń do Lue. Powiedz, że odkryłem mu nową rotację na Golden State.

Warriors są głębocy jak Rów Mariański. Tak głębocy, że 26 punktów, 13 zbiórek (!), 6 asyst, 2 przechwyty, tylko 1 strata Stepha, nie były ani nagłówkami tekstów po tym meczu, ani nawet kolejną historią tego starcia. A Steph gra po cichu wyśmienite play-offy i wyśmienite Finały.

Kolejny raz, na tym etapie rozgrywek, rozmawiamy o typach na Finały. Jak się czuje swoim Cavs in six? Bardzo dobrze. Dzięki, że pytasz. Dzięki za maile i komentarze. Na dziś wygląda to tak: Pomyliłem się, póki co, tylko raz w całych tegorocznych play-offach. W serii Clippers-Jazz. Może ze zdrowym Griffinem, miałbym czyste konto. Może nadal nie. Typowanie w play-offach, przewidywanie scenariuszy na każdy kolejny sezon, granie w Drive to the Finals, nie jest punktem mojego honoru. Nie gniewam się na sport za to, że nie jest przewidywalny. Ba, ja uwielbiam sport za to, że taki jest. Przy czym bądźmy szczerzy - o jakiej nieprzewidywalności ja tu mówię? Przecież Dubs byli silnym faworytem tej serii, więc tam nie dzieje się nic niezgodnego z przewidywaniami. Na mojej kartce ten matchu-up wyglądał dobrze. Na kartce Kevina Love'a też tak wyglądał. Mam to szczęście, że od wielu lat (z małymi wyjątkami) kibicuję tylko i wyłącznie dobrej koszykówce. Mam też swoją bardzo subiektywną listę zawodników, którym życzę tytułu w pierwszej kolejności. That's all. Więc jeśli próbujesz mi pojechać, to...hmm jesteś w stanie to zrobić, ale nie na polu typowania play-offów w NBA. Nie bądźmy śmieszni. Jeśli poziom tego bloga, moje zdolności do analizy, łączenia faktów, odbiegają od Twoich oczekiwań i standardów, to...tam na górze po prawej stronie masz krzyżyk. Ja Cię serdecznie zapraszam, ale na siłę nie zatrzymuję.

Dziś w nocy game 4. Postaram się przygotować coś dobrego do jedzenia. Przychodzi do mnie kolega. Może dwóch, może trzech. Jeśli to będzie ostatni mecz sezonu 2016-17, to godnie go przyjmiemy.    

Cavs 113, Warriors 118.
W rywalizacji 0:3
Mecz nr 4 w piątek w Cleveland.

14:54, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
czwartek, 08 czerwca 2017

Bleacher Report wypuścił w właśnie kolejną część "Game of Zones". Twórcy serii nadaj w świetnej formie! Znakomity Trash talk Westbrooka i Hardena, przegląd starych rycin i Magic w roli narratora. Do tego cała masa aluzji i nawiązań do świata NBA. Jak zawsze. 



20:29, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 czerwca 2017

Jalen Vs. Everybody to komediowy projekt (piszę projekt bo nie do końca wiem z jaką formą będziemy mieć do czynienia), w którym Jalen Rose, były koszykarz NBA, a obecnie człowiek mediów, zabiera widzów do swojego prywatnego życia. Poniżej pilot tej produkcji. Kobe ma talent aktorski!

19:21, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 czerwca 2017

Jak dobrze liczę, będzie to szósty z rzędu rok, kiedy włączam się w patronat medialny turnieju Alco Cup. Jeśli macie wolną najbliższą sobotę, to wpadajcie do Lublina. Jestem więcej niż pewny, że nie pożałujecie. Dużo basketu, cała masa szalonych na punkcie koszykówki ludzi a wieczorem jakaś zacna impreza. Wiesz, Lublin to jest studenckie miasto. I wiesz o czym mówię...

Oddaję głos organizatorom: "Agencja eventowa Weather Brothers oraz partner tytularny Firma ALCO mają zaszczyt zaprosić wszystkich miłośników koszykówki na dziesiątą edycję ogólnopolskiego turnieju koszykówki Ulicznej 3x3 ALCO CUP 2017. Jubileuszowe granie rozpocznie się 10 czerwca (sobota) od godziny 10:00. Najpierw rywalizować będzie młodzież, zaś od godziny 12:00 planowane jest rozpoczęcie turnieju w kategorii OPEN. Mecze, jak co roku, rozgrywane będą na boiskach Akademickiego Ośrodka Sportowego UMCS przy ulicy Langiewicza 22 w Lublinie. Udział w turnieju jest otwarty dla każdego."

Poza samymi meczami, rozegrane zostaną konkursy wsadów, rzutów za trzy punkty oraz konkurs zwany Big Shot czyli rzuty z połowy boiska.

Więcej informacji znajdziecie na Facebooku, na oficjalnej stronie wydarzenia TUTAJ

Zgłaszać drużyny można przez formularz zgłoszeniowy, który znajduje się na stronie Alco. Link do formularza TUTAJ. 

Kontakt: weatherbros@gmail.com / 512-836-698

Tak było rok temu.

23:35, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 czerwca 2017

Carlos Santana w wieśniackich dresach wykonał swoją wersję amerykańskiego hymnu. To nie jest raczej miejsce, a już na pewno nie czas, żeby na drugą szalę wagi położyć n.p. Marka Torzewskiego i pogadać o różnych obliczach patriotyzmu w czasach pokoju. Jeśli interesujesz się NBA od przynajmniej kilku lat, to dobrze znasz ten przaśny styl Amerykanów. I na tym skończmy bo są ciekawsze tematy do omówienia. Są Finały NBA! Wiesz, że trwają Finały NBA?!

Od czego by tu zacząć? Może od tego, że jutro będziemy dokładnie rok od drugiego meczu Finałów 2016. Wtedy też Warriors prowadzili 2:0. Nie pamiętam już jak małe dawało się szanse Cavs na cokolwiek, ale jestem pewny, że dziś tych szans daje się im jeszcze mniej. Dlaczego? Dlatego, że LeBron James zostawiony wtedy na Harrisonie Barnesie, mógł chować się w defensywie, kumulować energię, by eksplodować nią w ataku (plus blokować z pomocy i zbierać). Po tamtym 2:0, nawet gdy Cavs byli łącznie -48 punktów w obu starciach, w których trafiali poniżej 40% swoich rzutów, istniał cień nadziei, swego rodzaju oczekiwanie, że coś się zmieni. Że po powrocie do domu talentem błyśnie Irving, że do dobrego grania wróci Love i wreszcie, że LeBron będzie LeBronem i odwróci losy serii. W tym roku tej gwarancji nie ma. Niepewność nazywa się Kevin Durant. LeBron może cały czas dominować w ataku, zresztą do pewnego stopnia robi to, ale niestety dla siebie i dla Cleveland, w obronie nie ma już wakacji w Hiszpanii. Coach Lue nie ma nikogo, kogo mógłby rzucić na K.D. i oczekiwać jako takich efektów, dlatego LBJ musi siadać na nim dłużej, niż by tego chciał. Inni idą jedynie na pożarcie. Był taki, wiele mówiący obrazek, bodaj z końcówki III kwarty, kiedy wyczerpany James siadał na ławkę. Dawno, a może nawet nigdy, nie widziałem go tak zmęczonego grą. To wiele mówi o tej serii. Ale jeszcze więcej mówi to - Steph Curry zaliczył 32 punkty, 10 zbiórek, 11 asyst i 1 przechwyt... a nie był nawet najlepszym zawodnikiem swojej drużyn. Wiesz, kto nim był. 33 punkty, 13 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty i 5 bloków. Durant gra najlepszą defensywę w swojej karierze. W połączeniu z od lat wybitnym atakiem, daje to zabójczą mieszankę. Durant jest póki co MVP tych Finałów. Był taki fragment tego meczu, kiedy Durant zagrał na środku. Niby nic. Po prostu najwyższy w small-ballu. A jednak. Love dostał piłkę w izolacji, tyłem do kosza, na Durancie. Kozioł, kozioł i blok od K.D. Ten i parę innych obrazków z tego meczu, to takie punkty zastanowienia nad całą tą serią. Co jak co, ale przewagę siły Love'a nad Durantem, do wczoraj brałbym w ciemno.  

Znakomitą wiadomością przed meczem było to, że Steve Kerr był w stanie być przy ławce. James, Lue i parę innych osób z obozu Cavs serdecznie przywitało go podczas rozgrzewki. Przy tej okazji zanotowałem sobie, żeby w relacji uwypuklić pewien fakt - zawodnicy i trenerzy w obrębie NBA lubią się i szanują bardziej, niż wielu się wydaje. Widziałem to po meczach w Toronto, w Londynie, przy okazji obserwowania kadry USA w Hiszpanii, we Francji na EuroBaskecie i przy parku innych okazjach. Walka na parkiecie. Poza nim szacunek i przyjaźń, w wielu przypadkach autentyczna przyjaźń. Miejcie to na uwadze, gdy kibicując jednym i niejako z automatu macie "kosę" z innymi.  

To był mecz, który przez trzy, albo raczej dwie i pół kwarty mógł się podobać. Cavs postanowili zadbać o piłkę. Stracili ją już tylko 9 razy (20 w meczu otwarcia). LeBron atakował obręcz. Do przerwy tylko jeden jego rzut został oddany spoza pola trzech sekund. Javale Mcgee mocno sfaulował Jamesa atakującego kosz. W koszykówce FIBA byłby to co najmniej faul niesportowy. W NBA to zwykły faul. James nie tylko nie upadł, ale zdołał dokończyć akcję, jak chyba nikt dziś w NBA. Aktywny był Love (27 punktów, 7 zbiórek w meczu). Cavs dobrze wyglądali w pierwszych minutach gry. Prowadzili 11:6, co w tych okolicznościach brzmiało jak duże prowadzenie. Ale potem Warriors zrobili 13:2 run. Atakujący Cavs mieli do przerwy 36 punktów z pola trzech sekund (w poprzednim całym meczu tylko 30). Ta serią, na ten moment, wygląda jak pojedynek Supermana z Batmanem. Cavs są Batmanem - niby groźnym, ale tylko człowiekiem. Warriors są z innej planety. I nikt nie wie gdzie jest kryptonit. 

Jak na razie analizy obu meczów kończą się w trzecich kwartach. W nich Durant i koledzy prowadzą łącznie 68:44. Warrios skaczą Cavs po głowach. Zdobywają punkty drugiej szansy. A jeśli połączyć to z zabójczym wczesnym atakiem, normalnym atakiem, kontrami i świetną obroną, to w skrócie, mamy obraz tego, co tam się dzieje.

Tristan Thompson jest na razie wyjęty z tej serii. Łącznie 8 punktów, 8 zbiórek (Curry ma dwa razy więcej) i 0 bloków. I kiedy używam słowa "wyjęty" mam chęć zażartować z faktu, że (jak donoszą amerykańskie serwisy plotkarskie) T.T. i Khloe Kardashian spodziewają się dziecka. To nie jest temat, który spędza mi sen z powiek, ale gdy już o tym pomyślę, to zaczynam się zastanawiać jak to możliwe, że z zawodników NBA, którzy mieli z nią do czynienia, można by było zmontować prawie całą drużynę? All-Kardashian Team.

Jeśli mówimy o Thompsonach, to znów świetny był Klay. Tym razem do tytanicznej, tak tytanicznej, obrony, dołożył po atakowanej stronie (22 punkty z ledwie 12 rzutów, do tego 7 zbiórek). Lubię jego spokój. Sprawia wrażenie gościa, który jest skupiony wyłącznie na grze a na wszystko inne w czasie meczu ma klasycznie wyj..ne.  

Ciekawy fragment miał Iman Shumpert (6 punktów, 4 zbiórki, 3 przechwyty). W kilku posiadaniach dobrze bronił K.D. W ataku starał się być agresywny. Raz w kontrze wszedł pod Duranta i wymusił faul. To jest coś, czego Cavs muszą poszukać od I.S., lub kogoś innego, przez całe mecze, nie tylko pojedyncze posiadania. O ile ktoś jest w stanie to robić tak długo. Shump był podobno na skraju odwodnienia po meczu i musiał przyjąć dużą ilość płynów.

Zmęczony LeBron i tak zdołał zagrać bardzo dobry mecz. 29 punktów (12/18 z gry), 11 zbiórek, 14 asyst, 3 przechwyty i 1 blok. Było to jego ósme triple-double w Finałach. Tylko Magic Johnson może pochwalić się podobnym rekordem. Poza nimi, nikt w historii nie ma na koncie w Finałach więcej, niż dwóch tego typu meczów.


Steph zagrał świetny mecz, ale znów włączyło mu się wożonko. W meczu nr 1 dziwne fetowanie swoich celnych rzutów. Wczoraj jakieś niezrozumiałe miny, grymasy (n.p. po faulach). No i ten moment, kiedy leżał na parkiecie przy ławce z ręcznikiem na głowie, że niby śpi. Wiecie, o co chodzi? Przypomnę, bo już o tym pisałem.
Jak wiecie, Curry (Thompson też) jest synem zawodnika NBA. W domu nigdy nie brakowało mu ani na stole ani w kieszeni. To duża różnica w porównaniu z wieloma, jeśli nie większością, swoich kolegów z ligi, dla których koszykówka była w wielu przypadkach nie tylko przepustką do lepszego życia ale w ogóle do... życia.
Steph, tak jak Drake,
bardzo chce być ghetto, hip-hop, ale jak widać, to nie działa w ten sposób. Już trochę mnie to męczy. Przecież nikt nie oczekuje od niego, żeby był twardzielem. Ma rzucać i trafiać do kosza. A to przecież robi wyśmienicie. Cała ta cool otoczka jest, jak dla mnie, zbędną. Mały insider - Steph obniża głos, gdy rozmawia z dziennikarzami. W prywatnych rozmowach, gdy nikt nie nagrywa barwa jego głosu jest delikatnie inna.

 

Przed tą serią wyglądało na to, że mamy do czynienia z NBA dwóch prędkości. Cavs i Warriors, dalej gdzieś tam, Spurs, Celtics, Rockets, Jazz i inni. Teraz zdaje się jednak, że w obrębie obecnej NBA mamy trzy ligi - 3. Reszta, 2. Cavs i 1.Warriors, przy czym ta liga Warriors, to jest coś zupełnie innego. Cavs nagle nie zapomnieli jak się gra w koszykówkę.  Nadal są lepsi o kilka klas od Celtics, Raptors i Pacers. To Warriors sprawiają, że Cavs wyglądają jak swoi właśni rywale sprzed paru tygodni. Łącznie z ośmiu rozegranych do tej pory kwart, Kawalerzyści wygrali tylko jedną (!). Rok temu, na tym etapie, mieli wygrane dwie ćwiartki.

Jeśli Cavs, obrońcy tytułu, chcą odwrócić losy tej serii, coach Lue będzie musiał spowolnić grę i zaatakować Duranta. Pierwsze dwa mecze pokazały, że w otwartej wymianie ognia Cavs są w stanie ustać maksymalnie do połowy III kwarty. Ekipa z Ohio, w dwóch starciach u siebie musi przejąć rolę krupiera rozdającego karty. To, co Shumpert robił w meczu 2 fragmentami, ktoś (może on sam) będzie musiał robić regularnie. K.D. musi popracować w obronie. Miejsce w wyjściowej piątce oddać powinien J.R. Smith, wyjęty z tej serii jeszcze bardziej niż Tristan Thompson.

Ten wpis wyciągnął ode mnie tyle, co K.D. od Shumperta. W niedzielę sędziowałem w Sztokholmie, wróciłem po 23. Poszedłem spać, wstałem na mecz. Po nim wróciłem do łóżka. Po pracy położyłem się na dwie godziny. Taki był plan. Przyszedł on, a konkretnie ona. Ciri. Kot sąsiada. Przychodzi jak do siebie. Nie daję jej jeść. Przychodzi po uczucia, trochę ciepła. Przychodzi na 10-15 minut, a jak się już nacieszy, to wychodzi. I tak ze 2-3 razy w ciągu dnia. Brakuje jej człowieka. Sąsiad marynarz, więcej go nie ma, niż jest. Marynarzowa zapracowana. Kot z permanentnym deficytem uczuć. Dziwne jest to, że ma brata, który trzyma się od nas z daleka. Jego strata. Znawcą kotów nie jestem, ale wiem, że nie reagują na wołanie i nie dają się głaskać po brzuchu. No i drapią. Ten kot jest zaprzeczeniem tego wszystkiego. W tle niebieski koc. Jeden z trzech, które tworzą mój kokon podczas oglądania NBA.

Warriors 132, Cavs 113.
W rywalizacji 2:0
Mecz nr 3 w środę w Cleveland.

23:57, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (9) »
sobota, 03 czerwca 2017

Bleacher Report wypuścił w czwartek kolejną część "Game of Zones". Czy to może być najlepszy odcinek serii? Może.

22:30, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 czerwca 2017

Obejrzałem większość meczów tegorocznych play-offów. Ale muszę przyznać, że sporą ich część w dzień z odtworzenia. Finały to inna bajka. To jest świętość. Oglądam je od 1991 roku. Na żywo od bodaj 1994 lub 1995. Nieprzerwanie. Nastawiłem budzik na za pięć mecz, ale obudziłem się sam z 10 minut przed budzikiem. Odpaliłem sprzęt, poszedłem do kuchni po małe Conieco. Zawsze jem, lub raczej podjadam gdy oglądam NBA. W meczu otwarcia postawiłem na lody rumowe z rodzynkami (jeszcze nie wiem na jaki kulinarny line-up postawię w drugim starciu). W moim prywatnym rankingu rumowe z rodzynkami są w top3-4 moich ulubionych lodów. Ja swoją wersję wzbogacam o kakao. Rozsiadłem się na kanapie, zawinąłem się w trzy średniej wielkości koce, które połączone razem tworzą coś na kształt kokonu. Obok miałem notes i długopis, komórkę, wspomniane wcześniej lody z kakao... Tak bardzo chciałbym napisać z kakaem, a najlepiej z kakałem, kakałkiem, ale profesor Miodek powiedział, że tylko w mowie potocznej. A to przecież jest poważny wpis, więc z kakao. I tak siedziałem sobie w kokonie, Cavs i Warriors zaczęli grać, zabrałem się za jedzenie. Nie! Sypnąłem za dużo. Kakao. Zacząłem z niecierpliwością czekać na pierwszą przerwę, żeby iść do kuchni i zmienić proporcję. Dołożyć lodów rzecz jasna. Z pomocą przyszedł mi coach Lue, który poprosił o czas. Było 12:12.

To nie był rewelacyjny mecz, nawet po tygodniu oczekiwania. Ale to są Finały, a one rządzą się swoimi prawami. Na końcu mało kto będzie pamiętał o stylu. Kevin Durant był w tym starciu Mojżeszem, a obrona Cavs Morzem Czerwonym. Wyglądało na to, że game plan Cleveland na tę serię był taki, żeby skupić się na bronieniu trójek. Była taka jedna znamienna akcja, kiedy J.R. Smith zamiast próbować zatrzymywać pędzącego z piłką K.D., pognał do roku za Curry'm. To dodatkowe podanie, ten extra pass, którym Warriors cały czas grożą, to coś, co śni się obronie Cavs od tygodnia, a może nawet przez cały ten sezon, bo przecież scenariusz na to, kto zagra w tych Finałach był nakreślany przez wielu jeszcze przed sezonem. Warriors mieli aż 8 zbiórek w ataku i aż 7 wsadów w pierwszych 12 minutach. Obrona Cleveland była gorsza, niż dzieci w Sejmie w Dzień Dziecka.

60:52 do przerwy nie brzmiało źle, biorąc pod uwagę, że Cavs niemal zapraszali Duranta i jego kolegów pod swój kosz. Nie brzmiało to źle, jeśli wziąć pod uwagę, że zawodnicy, którzy nie nazywają się James lub Irving byli 5/22 z gry (16 punktów). Ci, którzy się nazywają James i Irving byli za te pierwsze dwie kwarty 12/21 z gry (36 punktów). Warriors przez ponad połowę drugiej kwarty grali niskimi składami. Na boisku nie było w tym czasie ani Pachulii, ani Westa, ani McGee.

W połowie III kwarty można było już w zasadzie gasić światło. Warriors mieli 20 punktów przewagi. Raczej jasnym było kto ten mecz wygra. Mimo, że do końca meczu był jeszcze szmat czasu, to nie czuło się, że Cavs będą w stanie szybko zatamować krwawienie. Szalał Curry, który wygląda jakby wrócił fizycznie i mentalnie swoich sezonów z MVP. 28 punktów, 10 asyst, 6 zbiórek, 3 przechwyty. Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale w porównaniu z poprzednimi rozgrywkami, Curry dodał kilka kilogramów mięśni. Chętniej i lepiej, niż kiedyś sam stawia zasłony, co by sugerowało, że nie tylko czuje się silniejszy, ale po prostu jest silniejszy. Ale to tylko taka dygresja.

Cavs zaliczyli 20 strat w tym meczu i tylko 15 asyst. Warriors natomiast, 31 asyst i tylko 4 straty. Tak mała liczba straconych piłek jest wyrównaniem rekordu Finałów (Pistons 2005 oraz Spurs 2013). Osiem z tych strat Cavs należało do Jamesa (jego niechlubny rekord w tej klasyfikacji to 9). LBJ jest teraz 1:7 w meczach otwierających Finały NBA. Jego 28 punktów, 15 zbiórek, 8 asyst i 2 bloki gdzieś rozmyło się między bezbarwnym meczem Cleveland a kolorowym występem Golden State. 

W śmieciowym czasie na boisku cały czas byli Durant, Curry, Thompson i Green, co było dla mnie bardzo dziwne. Tym bardziej, że Lue już wcześniej wywiesił białą flagę. Dla Cavs po boisku biegali już Dahntay Jones i James Jones. Stawia to (kolejny raz w tych play-offach) pod delikatnym znakiem zapytania czas reakcji Mike'a Browna na boiskowe wydarzenia. Być może nie będzie to kosztowne w tej serii, ale czasem w meczach przespanie nawet 2-3 minut, zmienia całe momentum. Warriors muszą być na to wyczuleni.

Zanim powiesz, że Klay Thompson zagrał słaby mecz (3/13 z gry, 0/5 zza łuku) miej na uwadze, że bronieni przez niego zawodnicy Cavs byli w tym meczu 1/12 z gry! Mamy 2017 rok, a obrona Klay'a jest nadal niedoceniana. Za mało się o niej mówi i pisze. To 1/12 to nie jest sucha statystyka. Wróć do tego meczu i zobacz jak na nogach pracuje Thompson i jak bardzo przeszkadza rywalom w oddawaniu rzutów.

K.D. zaliczył 38/8/8 bez strat. Wrażenie pozostawił takie, że gdyby trzeba było zagrać lepiej, to by to zrobił. Tak jak pisałem wczoraj, Cavs nie mają na niego match-upu w obronie i z dnia na dzień go nie wyhodują. LeBron nie może dać z siebie 100% w defensywie, bo za bardzo zabraknie go w ataku. Chyba, że Irving i Love przejmą role dostarczycieli punktów. W co śmiem wątpić, jeśli mówimy o zamianie ról 1:1. No chyba, że zamieniony w tytana obrony James stanie się historią tej serii. O ile to się stanie i o ile odmieni to losy serii. No i czy w ogóle po jednym meczu, można już mówić o jakichś losach? 

Kyrie zagrał niezły mecz (24 punkty), ale Cavs by marzyć o powrocie do dobrego grania, będą potrzebowali od niego jeszcze więcej. Na obu końcach parkietu. 

Kevin Love zrobił złudne 15 punktów, 21 zbiórek i 3 bloki. Złudne, bo patrząc na same liczby zdawać by się mogło, że był w grze. Nie do końca. Wiele z tych zbiórek to były śmieciowe zbiórki, które też w kilku przypadkach dały mu łatwe dobitki.

Warriors są 13:0 w tych play-offach. Nikt nie miał czegoś takiego w historii w pojedynczej kampanii. 13 wygranych w postseason na przestrzeni dwóch łączonych rozgrywek mieli Lakers (1988-89) oraz ci Cavs (3:0 w tamtym roku + 10:0 do porażki z Celtics). 

Cavs, jeśli są w stanie, to będą musieli wynieść swoją obronę na poziom, na jakim jeszcze jej nie było w tym sezonie. Rihanna krzycząca "brick" do rzucającego Duranta, to stanowczo za mało na Warriors. Pytanie czy Cavs, nawet w tych play-offach wygrywający głównie atakiem, są w ogóle w stanie wejść o jeden, a najlepiej dwa, poziomy wyżej w defensywie. To nie tylko sfera mentalna, bo przecież w Finałach nie powinna być problemem.  To nie jest  rok 2012, James nie ma u boku Shane'a Battiera, który zwykł był zajmować się najlepszymi atakującymi rywali.  

Warriors 113, Cavs 91.
W rywalizacji 1:0
Mecz nr 2 w niedzielę.  

 

23:52, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 czerwca 2017

Kontynuujemy typowanie w konkursie NBA play-offs. Zasady znacie. Jeśli nie, to odsyłam do pierwszego wpisu. Jest to trzecia i ostatnia odsłona konkursu. Grę kontynuują osoby, które zaczęły typować w II rundzie. Nowe osoby nie mają czerwonego światła, ale raczej ciężko im będzie nadrobić z punktami. Bardzo mi pomożecie, jeśli w typach na Finały NBA dopiszecie ile zdobyliście punktów za II rundę oraz Finały Konferencji. Ja oczywiście wszystko później zweryfikuję i potwierdzę.  


A zatem:
Golden State Warriors kontra Cleveland Cavaliers.

- Za poprawne wytypowanie zwycięzcy Finałów dostajesz dwa punkty. Za dokładne wytypowanie w ilu meczach skończy się ta rywalizacja, dostaniesz dodatkowy punkt. Maksymalnie możesz więc zgarnąć trzy punkty.

- Jeśli całkowicie się pomylisz - to znaczy jeśli Twój faworyt nie sięgnie po tytuł, wtedy tracisz trzy punkty z puli do tej pory zgromadzonych.


Jasne?

Mam nadzieję, że tak. Na typy czekam do rozpoczęcia pierwszego meczu serii czyli do 3.00 tej nocy.
Typujemy na moim FB w komentarzach pod tym wpisem. Dla tych, którzy FB nie mają i mieć nie będą, jest miejsce w komentarzach pod tym wpisem bezpośrednio na blogu (choć jednak preferuję FB). UWAGA - Komentarze "edytowane" na FB, z przyczyn oczywistych, nie będą brane pod uwagę.
Jeśli komentujesz tutaj na blogu, to podajesz swoje imię lub jak chcesz być nazywany, pa potem piszesz do mnie maila: "Tu (imię) biorę udział w konkursie. W komentarzu z typami podpisałem się jako "...")", żebym mógł Cię zapisać na listę biorących udział.

 

Przypominam o nagrodach. Nagrodzone zostaną trzy najlepsze osoby. Każda dostanie po książce od Wydawnictwa SQN, parze opasek kompresyjnych na łydki od Compressport oraz po nagrodzie niespodziance od Under Armour. Gromkie brawa dla Under Armour,Compressport oraz Wydawnictwa SQN! Możecie klikać w każdą z nazw.

Powodzenia! Walczymy!


 

19:05, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »