Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
MENU:
czwartek, 14 czerwca 2018

Finały 1998 roku były, według telewizyjnych ratingów, najbardziej oglądanymi Finałami w historii NBA a Game 6 tychże Finałów, był najbardziej oglądanym pojedynczym meczem, w historii NBA.

Sezon 1997-98 był ostatnim sezonem, w którym Michael Jordan i Scottie Pippen walczyli razem w barwach Bulls pod wodzą Phila Jacksona. W szatni Byków nazywano te rozgrywki "ostatnim tańcem". Niby istniała szansa, mała ale zawsze, że M.J., Pippen, Rodman i Jax wrócą na kolejne rozgrywki, ale w zasadzie nikt w to nie wierzył. Pippen był obrażony na zarząd Bulls, który przez lata nie potrafił, przede wszystkim finansowo, docenić jego statusu gwiazdy ścisłej elity NBA. Jackson powoli zaczynał czuć się wypalony psychicznie i potrzebował albo silnego bodźca motywacyjnego albo dłuższej przerwy w coachingu. Jordan nie chciał grać dla innego trenera, niż Jax i nie chciał rozstawać się z Pippenem. Rodman czekał na rozwój wydarzeń.
Bulls wygrali w tamtym sezonie 62 mecze, ale nie dało im to przewagi parkietu na całe play-offy. Mieli ją Utah Jazz, dzięki wygraniu obu bezpośrednich starć, przy takim samym bilansie ogólnym.
Zapis video z ostatniej kwarty tego legendarnego meczu nr 6 pokazuje w skondensowany sposób to, co czyniło Jordana najlepszym graczem NBA przez wiele lat a ostatecznie uczyniło go najlepszym w historii tej gry.
Ostatnie trzy akcje meczu zdają się wyreżyserowane. Dopiero po latach, po milionowym odtworzeniu, dociera do nas jak niesamowity był to wyczyn Jordana.
35-letnie ciało, błagające o odpoczynek, stojące, niemal słaniające się na miękkich nogach. Tylko tak silny charakter mógł zmusić je do ostatecznego wysiłku.
45 punktów Jordana z 87 całej drużyny. Angażowanie kolegów w atak? Nie, nie, to nie ta bajka. Jordan oddał 35 ze wszystkich 67 rzutów, które Bulls oddali w tamtym meczu. Zanotował 1 (jedną) asystę. Jestem więcej niż pewny, że koledzy nie mieli i po latach nie mają mu za złe, że za często nie podawał im piłki tamtego wieczoru w Salt Lake City.

Dopiero po latach potrafiłem docenić jak świetną drużyną byli tamci Jazz, jak świetnym trenerem był Jerry Sloan, jak świetni byli Karl Malone i John Stockton. Gdyby nie Bulls, Jazz mieliby dwa mistrzowskie tytuły na koncie. Jestem tego pewny.

Gdyby Jazz wygrali ten szósty mecz, najprawdopodobniej też wygraliby game 7. Mam poważne wątpliwości czy Jordan byłby wtedy w stanie zregenerować swoje ciało w 48 godzin i doprowadzić je do stanu używalności, a pisząc używalności mam na myśli formę na grubo ponad 40 minut w meczu i przynajmniej 35-40 punktów. Podejrzewam, że nawet i jego charakter miałby poważne problemy z dźwignięciem tych spracowanych nóg. Tak po prostu, fizycznie. Jordan, eksploatowany przez całe play-offy jak transkontynentalna lokomotywa XIX-wiecznej Ameryki, grał mecz 6 jak profesor. Zero zbędnych ruchów, żadnych niepotrzebnych wydatków energetycznych. Czytał obronę i brał z niej tyle, ile mógł. To była wersja Jordana jako koszykarza ostatecznego. Trzeba to przypomnieć i mocno podkreślić - Bykom nie wystarczało wtedy 20-25 punktów od swojego lidera, tak, jak choćby dwa lata wcześniej w serii ze Seattle. Oni potrzebowali z jego rąk przeszło 30 punktów a w obliczu kontuzji pleców Pippena, które po Finałach zoperował, i nierówno grającej ławki, nawet więcej. Warto też pamiętać, że wyczyny Jordana w ataku, zawsze mocno w cień odsuwały jego grę w obronie. A ta była tytaniczna, wzorowa i mimo wszystko, trochę niedoceniana. No i oczywiście kosztowała go mnóstwo energii. 

35-letni Jordan, za całe play-offy 1998 roku (21 meczów), notował średnio 32.4 punktu, 5.1 zbiórki, 3.5 asysty oraz 1.5 przechwytu. 

A teraz nalejcie sobie czegoś do szklanki, usiądźcie wygodnie, ustawcie video na pełny ekran. Cofamy się w czasie o dokładnie 20 lat...

14 czerwca, rok 1998. Salt Lake City, hala Delta Center.  

A tutaj cały mecz:

http://www.mymj.nl/michaeljordan/wp-content/uploads/2010/02/jordan-vs-jazz.jpg


17:50, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 czerwca 2018

Z Michałem i Przemkiem rozmawiamy o Finałach, o LeBronie, raz jeszcze o odejściu K.D. z Oklahomy oraz o wielu innych ważnych rzeczach. Zapraszam!

Jeśli chcecie zadać jakieś pytania, zaproponować tematy, które powinniśmy poruszyć podczas transmisji, to piszcie w komentarzach lub bezpośrednich wiadomościach na wszelkich, możliwych platformach, na których istniejemy. Dajcie znać, co Wam się podoba, zasugerujcie co możemy poprawić, co zmienić. Jesteśmy bardzo ciekawi odbioru i odczuć słuchaczy. 
Do usłyszenia/przeczytania!


08:12, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2018

Żałuję, że nie będę mógł być w najbliższy weekend w Lublinie. Jak dobrze liczę, jest to siódmy z rzędu rok, kiedy włączam się w patronat medialny turnieju Alco Cup. Jeśli macie wolną najbliższą sobotę, to wpadajcie do Lublina. Jestem więcej niż pewny, że nie pożałujecie. Dużo basketu, cała masa szalonych na punkcie koszykówki ludzi, a wieczorem jakaś zacna impreza. Wiesz, Lublin to jest studenckie miasto. I wiesz o czym mówię. Fajnie jest w Lublinie!

Oddaję głos organizatorom: "Witajcie, uwierzycie w to, że za nami już dziesięć edycji turnieju?! Czas rozpocząć kolejną dyszkę turniejową! Pierwszy seryjny i najstarszy turniej koszykówki 3x3 na Lubelszczyźnie. Zaczynamy pisać nową historię, a zatem - Agencja Weather Brothers oraz Partner Tytularny Firma ALCO mają zaszczyt zaprosić wszystkich miłośników koszykówki na jedenastą Edycję Ogólnopolskiego Turnieju Koszykówki Ulicznej 3x3 ALCO CUP 2018. Już 16 czerwca (sobota) od godziny 10:00. Najpierw rywalizować będzie młodzież, zaś od godziny 12:00 planowane jest rozpoczęcie turnieju w kategorii OPEN. Jak co roku, turniej odbędzie się na boiskach Akademickiego Ośrodka Sportowego UMCS przy ulicy Langiewicza 22 w Lublinie. Udział otwarty jest dla każdego. Rozgrywamy dwie kategorie U16 (Alco Cup Juniors 5) oraz OPEN. Poza samymi meczami, rozegrane zostaną konkursy dla publiczności i najmłodszych kibiców, konkursy wsadów, trójek, big shot (rzut z połowy boiska), konkurs skills challenge (FRESH!). Turniejowi towarzyszyć będzie profesjonalna oprawa muzyczna i spikerska, food truck i szereg innych atrakcji!

Więcej informacji znajdziecie na Facebooku, na oficjalnej stronie wydarzenia TUTAJ

Zgłaszać drużyny można przez formularz zgłoszeniowy, który znajduje się na stronie Alco. Link do formularza TUTAJ. 

Kontakt: weatherbros@gmail.com / 512-836-698

Tak było rok temu:


21:41, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »

Nick Nurse będzie nowym trenerem Toronto Raptors. 50-latek przez ostatnich pięć sezonów pracował w Toronto, jako jeden z asystentów Dwane'a Casey'a, którego klub z Kanady zwolnił w ubiegłym miesiącu.

Nurse przez ponad dekadę pracował w Europie, w Anglii, Belgii i we Włoszech. W angielskiej BBL sięgnął po dwa mistrzowskie tytuły z drużynami Brighton Bears i Manchester Giants. Dwukrotnie był też wybierany trenerem roku tamtejszej ligi. W międzyczasie, równolegle, pracował jako jeden z asystentów przy reprezentacji Wielkiej Brytanii, z którą brał udział w Mistrzostwach Europy (2009 w Polsce oraz 2011 na Litwie) oraz Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Przez sześć lat prowadził też drużyny z G League. W tym czasie sięgnął po dwa mistrzowskie tytuły z ekipą Iowa Energy. W 2013 roku dołączył do trenerskiego sztabu Toronto Raptors.

20:25, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »

Czytaj z ruchu moich ust...

10:16, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 czerwca 2018

Miesiąc po odejściu z Toronto Raptors, trener Dwane Casey znalazł nową pracę. 61-letni szkoleniowiec, od najbliższych rozgrywek, poprowadzi Detroit Pistons. Strony dogadały się w sprawie pięcioletniego kontraktu. 

Casey pracował w Toronto przez siedem lat. W dwóch pierwszych sezonach pod jego skrzydłami, Raps wygrali tylko 23 i 34 mecze. Później, w pięciu kolejnych latach, za każdym razem meldowali się w play-offach. W 2016 roku dotarli do Finałów Konferencji, w dwóch kolejnych odpadali w II rundzie. W każdym z tych trzech przypadków na ich drodze stawał LeBron James i jego Cavs.

Casey zastąpi w Detroit Stana Van Gundy'ego, który po czterech latach pracy został zwolniony na początku maja. W ciągu czterech sezonów pracy w Detroit, Van Gundy tylko raz poprowadził Pistons do play-offów (2015-16). Był to też jego jedyny sezon z dodatnim bilansem (44:38). W pozostałych, jego drużyny wygrywały tylko 32, 37 i 39 meczów.

W jednym z pierwszych wywiadów po ogłoszeniu tej informacji, Casey przyznał, że chce zwiększyć wachlarz odpowiedzialności, ale także boiskowych możliwości Blake'a Griffina. Casey nakreślił swoją wizję, w której Griffin, jak wcześniej w Toronto DeMar DeRozan, rozszerza swoją grę o pewny rzut za trzy punkty oraz o obowiązki rozgrywania piłki.

23:51, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 czerwca 2018

Golden State Warriors zostali mistrzami sezonu 2017-2018! Kevin Durant, drugi rok z rzędu, został wybrany MVP Finałów!

Myślę, że rozbieranie tego meczu na czynniki pierwsze, mogłoby nigdzie nas nie zaprowadzić. Był on, ten mecz, idealnym podsumowaniem charakteru tej serii. Warriors bombardowali, przyćmiewali, tłamsili, zawstydzali, onieśmielali swoją siłą rażenia. A Cavs? A Cavs mieli swoje momenty, kiedy się odgryzali, kiedy trzymali prawidłowo gardę, ale za każdym razem wrażenie było takie, że jest to raczej garda leżącego, kopanego gościa, który resztką sił i przytomności, za wszelką cenę stara się chronić głowę, choć i tak dobrze wie, jaki będzie finał tej kanonady, niż garda boksera na równym poziomie, który po odparciu ataku rywali, sam przejdzie do natarcia. LeBron i Cavs przegrali mecz różnicą 24 punktów (108:85). Na przestrzeni tych czterech meczów, Warriors byli lepsi aż o 60 punktów. W 2007 roku, gdy Spurs zmiatali Cavs i młodego, 22-letniego LeBrona w czterech meczach, ich łączna przewaga wynosiła jedynie 24 punkty. W 2002 roku, Gdy Lakers zmiatali Nets, byli od nich lepsi łącznie o 37 punktów. 60 punktów to największa deklasacja w historii dziewięciu wygranych do zera w Finałach.

Rok temu, przy takim samym wyniku po trzech meczach, Cavs potrafili wykrzesać z siebie resztkę sił, talentu, woli walki, i wygrać czwarte starcie. Różnica była taka, że w tamtym meczu dostali 23 punkty od Love'a (6/8 zza łuku), dostali też triple-double od LeBrona (31 punktów, 10 zbiórek, 11 asyst). Aha, no właśnie. Dostali też 40 punktów od Kyrie Irvinga (15/27 z gry, w tym 7/12 zza łuku). Cavs trafili w tamtym starciu aż 24 razy zza łuku. Co cały czas jest rekordem NBA. W sumie rzucili aż 137 punktów, czyli jakby nie liczyć, aż o 52 punkty więcej, niż dziś. Ot i cała tajemnica.

To był brzydki mecz. Cavs jechali na oparach. Warriors wyglądali, jakby w baku mieli jeszcze dużo paliwa. W zasadzie już od połowy III kwarty oglądaliśmy śmieciowy czas. Wyobrażasz sobie? 18-19 minut śmieciowego czasu w Finałach! Cavs zdobyli tylko 13 punktów w trzeciej ćwiartce. Gdyby to była walka bokserska, z narożnika Cleveland ktoś rzuciłby na parkiet biały ręcznik.

Kevin Durant znów był świetny (20 punktów, 12 zbiórek, 10 asyst, 3 bloki, 1 przechwyt). Po słabym meczu trzecim, fantastyczny występ zaliczył Steph. 37 punktów (7x3), 6 zbiórek, 4 asysty, 3 przechwyty, 3 bloki i świetna obrona na LeBronie, o której, nie wiem czemu, za mało się trąbi. 

Durant został zaledwie szóstym w historii graczem, który w dwóch kolejnych latach sięgnął po mistrzowski tytuł i nagrodę MVP Finałów. Piątka, która zrobiła to przed nim to LeBron James, Kobe Bryant, Shaquille O'Neal, Michael Jordan i Hakeem Olajuwon.

K.D. został też zaledwie trzecim zawodnikiem w historii, który za całe Finały notował średnio przynajmniej 25 punktów, 10 zbiórek i 5 asyst. Przed nim zrobili to Hakeem Olajuwon i LeBron James (trzy razy).

Podobało mi się, jak K.D. zakończył swoją konferencję prasową


Spece z Nike przygotowali materiał video na okoliczność drugiego z rzędu tytułu dla Duranta i Warriors.



05:29, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 czerwca 2018

Bleacher Report wypuścił wczoraj ósmy i niestety już ostatni odcinek, piątej serii "Game of Zones."

 


08:35, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 czerwca 2018

Dziś mija dwudziesta piąta rocznica tragicznej śmierci Drazena Petrovica. Gdyby żył, 22 października tego roku, obchodziłby 54 urodziny. W swojej bogatej kolekcji koszykarskich osiągnięć miałby przynajmniej jeden mistrzowski pierścień, miejsce w Galerii Sław (co w 2002 roku stało się faktem) oraz status najlepszego Europejczyka w NBA. Nie mam co do tego wątpliwości. I nie zapominam o Dirku Nowitzkim i Tony'm Parkerze.

Pamiętam, nie tak, jakby to było wczoraj, raczej tak, jak przez mgłę, dość szczątkowo. Mój pierwszy trener zebrał nas wszystkich w trakcie zajęć. Sam usiadł na ławce a my na parkiecie naprzeciwko niego.
"Drazen Petrovic nie żyje. Miał wypadek na autostradzie w Niemczech." - powiedział. Wyglądał na załamanego. To był 7 czerwca 1993 roku, szkolna sala gimnastyczna, Margonin.

To były czasy, kiedy my, mali fani koszykówki oglądaliśmy już NBA w polskiej telewizji. Kojarzyliśmy największe gwiazdy, ale z tego co pamiętam, byliśmy równie mocno zapatrzeni w naszego trenera.
Gość dobrze zbudowany, ale bez przesady, tak zdrowo zbudowany. Trenował z nami koszykówkę ale plotka puszczona przez naszych starszych kolegów głosiła, że kiedyś, a może i równolegle, związany był z karate. Nie mieliśmy odwagi pytać.

Kiedy na rozgrzewkach, na treningach robiliśmy rzeczy, które wtedy wyglądały nam na dziwne i bardzo niekoszykarskie, patrzyliśmy na siebie porozumiewawczo, uśmiechaliśmy się delikatnie i w tych naszych małych rozumkach pojawiała się myśl "to coś z karate." Dopiero po latach, dotarło do mnie, że były to ćwiczenia jak najbardziej koszykarskie, że basket to w gruncie rzeczy złożony sport, który porusza nawet najmniejszy mięsień Twojego ciała. Mięsień, o którego istnieniu i nazwie dowiadujesz się dopiero gdy boli.

Nie przypomnę sobie co czułem tamtego dnia. Po latach, gdy już trochę więcej wiem o koszykówce, o jej historii, dociera do mnie, że był to bardzo smutny i tragiczny dzień dla tego sportu.

Są koszykarze bardzo utalentowani, są też koszykarze z idealną psychiką i charakterem do uprawiania tego sportu i do bycia gwiazdami, liderami. Są też tytani ciężkiej pracy. Petrovic łączył w sobie wszystkie te cechy tak, jak przed nim i po nim udawało się tylko nielicznym. To są te cechy, za które ich podziwiamy a oni sami dzięki ich łączeniu, potrafią przez całe dekady nie tracić motywacji do stawania się lepszymi, do wygrywania, do codziennego wylewania potu, mimo milionów na kontach. W słownikach tych graczy nie ma takich pojęć jak odpuszczanie, czy granie na pół gwizdka. Czy to trening o 8 rano w sobotę w połowie stycznia, czy mecz w jakimś Milwaukee w końcówce sezonu regularnego, czy letni trening na plaży, jeszcze przed wchodem słońca. Nieważne. Zawodnicy tego typu, wychodzą na trening, żeby wyzionąć ducha i kolejny raz pokonać samych siebie, a na parkiet, żeby co wieczór wygrać. Taki właśnie był Drazen Petrovic. Mogę bez żadnego nadużycia powiedzieć w jednym zdaniu Michael Jordan, Kobe Bryant, Kevin Garnett, Steph Curry, Kevin Durant, LeBron James, Drazen Petrovic, no i oczywiście inni.

Europejczyk w NBA, w końcówce lat 80', na początku lat 90', był egzotyką. Ci, którym udało się dostać do ligi, pokornie czekali na swoje miejsce, na swój czas. Gdy już zaczynali grać, czuli ogromny respekt, graniczący niebezpiecznie z czymś w rodzaju bojaźni, wobec swoich amerykańskich kolegów. Drazen był inny. Nie czuł, że jest komuś coś winien. Respekt do znanych i utytułowanych rywali, zostawiał w szatni. Trash talk z Reggie Millerem? Proszę bardzo! Pojedynek strzelecki z samym Michaelem Jordanem? Oczywiście! Uwielbialibyście Drazena. Jego charakter wyprzedzał swój czas o jakieś dwie dekady.  

Możemy popuścić wodzę fantazji i zastanowić się jaka przyszłość mogła wtedy rysować się przed niespełna 29-letnim koszykarzem, gdyby w pewnym miejscu w Bawarii, pewien kierowca, pewnej ciężarówki zachował więcej ostrożności a sam Drazen miał więcej szczęścia.

Ale możemy też bazować na "suchych faktach" i z dużą dozą pewności postawić tezę, że Petrovic najlepsze lata miał dopiero przed sobą.
W swoim ostatnim sezonie w NBA, zaledwie czwartym ogółem, zagrał na poziomie 22.3 punktu, 3.5 asysty, 2.7 zbiórki oraz 1.3 przechwytu. Trafiał z gry 51.8% swoich rzutów (44.9% zza łuku oraz 87% z linii rzutów wolnych). Został wybrany do All-NBA 3rd Team. W rozgrywkach międzynarodowych zdążył sięgnąć po: Mistrzostwo Świata (1990), Mistrzostwo Europy (1989), Wicemistrzostwo Olimpijskie (1988, 1992), brąz Mistrzostw Świata (1986), Igrzysk Olimpijskich (1984), Mistrzostw Europy (1987).  

Poniżej dwa filmy, które moim zdaniem trzeba obejrzeć:

Oraz słynny "Once Brothers" z serii 30 for 30 produkcji ESPN. W rolę narratora wydarzeń wcielił się sam Vlade Divac. Świetny dokument. Nie tylko dla fanów koszykówki.


Spójrz na to. Od prawej Drazen, dalej Mitch Richmond a po lewej mały Steph Curry na kolanach taty Della. Przyglądał się brzdąc tym nadgarstkom, wdychał to powietrze, chłonął jak gąbka.



13:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »

9 czerwca, 2017 roku, czyli niemal dokładnie rok temu, napisałem coś takiego: "W alternatywnej rzeczywistości Kyle Korver trafia z lewego rogu rzut, który wcześniej w karierze trafiał miliony razy. W innej wersji tejże rzeczywistości LeBron nie podaje a sam punktuje, ewentualnie w następnym posiadaniu, broni skutecznie przed sztyletem Duranta zza łuku. Mielibyśmy 1:2 i potencjalnie wielkie emocje przed piątkową nocą, w której momentum mogłoby przenieść się do Ohio przed powrotem do Oakland na piąty mecz. W tej alternatywnej rzeczywistości są też Spurs, mistrzowie z 2013 roku, z niecelnym rzutem Ray'a Allena z prawego narożnika i moim tekstem o tym, że są mistrzami. Są tam też Utah Jazz mistrzowie NBA 1998 roku, razem z niecelnym rzutem Michaela Jordana nad Bryonem Russellem. Obok nich masz Sacramento Kings, mistrzów NBA z 2002 roku, w pakiecie z niecelnym rzutem Roberta Horry'ego. Patrz, tam idzie Twoja była. Jesteście cały czas razem. Razem z tymi wszystkim słowami, które padły a paść nie powinny były, oraz tymi, które nie padły, a mogły. A szkoda. Kręcą się tam wszystkie te should've would've could've, które co raz przelatują Ci przez głowę."

W tym roku, w alternatywnej rzeczywistości, mamy 2:1 dla Cleveland i z wypiekami na twarzach, z czymś dobrym w lodówce, czekamy na piątkową noc na starcie czwarte, które mogło być nowym rozdaniem w tej serii. Spójrz, nie byliśmy od tego aż tak daleko. Hill trafia drugi rzut wolny a Cavs, przez niecałe pięć sekund, bronią jednopunktowego prowadzenia. W alternatywie, do tej alternatywy, J.R. Smith nie dostaje zaćmienia i a) trafia swój rzut, b) bierze szybko czas lub c) podaje do LeBrona. Mecz trzeci był przez Cavs do wygrania. 

Spotkanie rozpoczęło się tak, jak sądziłem, że się rozpocznie. Cavs wyszli agresywnie. Zaczęło się od 14:4. Byli głodni i skupieni...ale tylko w ataku. Szybko zbudowali dziesięciopunktowe prowadzenie, ale dwa kosze, które stracili, mogły niepokoić fanów tej drużyny. Oba po bardzo prostych błędach w komunikacji w obronie. Ale chyba taki scenariusz, w starciach z Warriors, braliby zawsze w ciemno. Po trójce trafili Love i Smith. LeBron spokojny, asystujący, jakby chciał od samego początku zaprosić do gry swoich kolegów. Było 22:14 a LeBron nadal trzymał się w cieniu. Miał 4 punkty, ale za to Love i Smith mieli już po 7. Każdy ze starterów Cavs miał już punkty.

 

Warriors, jak to Warriors, przetrwali pierwszą falę uderzeniową, po czym sami przystąpili do natarcia. Kwarta skończyła się minimalnym prowadzeniem Cavs (29:28). Raczej żadna ze stron nie mogła być z niej zadowolona. Może poza kibicami. Bo tam było kilka fajnych wymian. LeBron miał tylko sześć punktów, co można było czytać na dwa sposoby. Dobrze, bo w końcu i on włączy się do zdobywania punktów w dalszej części meczu, wiec na wagę złota mogło być to, że partnerzy już dojechali. Źle, bo pasywność w grze LeBrona, to nie jest obrazek, który chcesz oglądać, jako kibic jego talentu i drużyn, w których gra. Pisałem dwa lata temu, też przy okazji meczu nr 3: "Teraz musi znaleźć balans między zaufaniem, atakowaniem obręczy i oddawaniem rzutów z wyskoku. Zbilansowany James, to najlepszy James. James "pass first", to zły James albo raczej dobry tylko w odpowiednich okolicznościach - na spacer z Hawks czy na deser z Raptors. James taran, to też zły James. Te penetracje wiele go kosztują, Warriors dobrze je bronią. James, inteligent z jajami, to jest to, czego potrzebuje jego drużna, czego potrzebuje on sam dla swojego legacy, o którym pisałem wczoraj."

W tych play-offach, w tych Finałach, robił to znakomicie, rzekłbym po profesorsku. W tym meczu mi tego zabrakło. James zaliczył 33 punkty, 10 zbiórek, 11 asyst, 2 przechwyty i 2 bloki. Było to jego dziesiąte triple-double w Finałach. Tak, to prawda. Ale 13/28 z gry, to nie jest coś, co chcesz oglądać. Jak dodasz do tego kilka złych selekcji rzutowych, lub nawet bardzo złych jak na lebronowskie standardy, to wychodzi mi, że ten mecz mógł, czy nawet powinien był wyglądać zgoła inaczej.  

58:52 do przerwy dla Cavs to mogłoby coś, co coach Lou brałby w ciemno przed meczem. W jego trakcie czuło się, że po wypracowaniu 13 punktów przewagi, momentum Cavs zaczyna delikatnie odjeżdżać do Oakland. Fakt, że po 24 minutach gry Steph i Klay byli łącznie 3/15 z gry i mieli wspólnie tylko siedem punktów, można było interpretować na dwa sposobny. Z jednej strony zatrzymanie, bez względu w jaki sposób się to odbyło, tak znakomitych strzelców, bierzesz i nie pytasz o szczegóły. Z drugiej strony, wiadomo było, albo raczej można było się spodziewać, że druga połowa w ich wykonaniu, lub przynajmniej jednego z nich, już tak zimna nie będzie.

A jednak była!

Curry i Thompson skończyli mecz z dorobkiem 11 i 10 punktów. Łącznie spudłowali 20 ze swoich 27 rzutów, w tym aż 12 z 15 prób zza łuku. Gdyby pokazać komuś tę statystykę i dodać do tego, że odkurzony z ławki Rodney Hood wyprodukował dla Cavs 15 punktów (7/11) i 6 zbiórek, że Kevin Love dostarczył trzecie z rzędu 20/10 (tym razem 20 punktów, 13 zbiorek, 3 asysty i 1 przechwyt), to można by pokusić się o tezę, że LeBron i koledzy dali sobie wszystkie możliwe szanse na wygranie tego meczu. I tak było.

Tylko, że Warriors to od dwóch lata ekipa, która z poziomu elitarnej, weszła na poziom drużyny nie do zatrzymania. Tak to wygląda. Możesz pokonać ich kilkanaście razy w sezonie, w meczach, które w ogólnym rozrachunku nie mają znaczenia. Możesz urwać im jakieś mecze w serii play-off, ale żeby pokonać ich cztery raz na siedem prób, musisz...no właśnie, co? Ja nie wiem. Tak samo, jak od dwóch lat nie wie tego 29 drużyn NBA. 

Stev Kerr nazywa go luksusem, bo do składu z trzema zawodnikami formatu All-Star i reprezentacji Stanów Zjednoczonych, do składu, który w sezonie regularnym wygrał rekordowe 73 mecze, dołączył gracz, być może nawet jeszcze nie w swoim prime, gracz którego talent i możliwości powszechnie ocenia się na top2 ligi. Tylko tyle i aż tyle. Tu nie chodzi o zaawansowane X i Y. Tu chodzi o bogactwo talentu, które aż wylewa się z klubowego autobus Warriors.

43 punkty (rekord kariery w postseason) przy znakomitej skuteczności z gry (15/23). Do tego 13 zbiorek, 7 asyst i przechwyt. Cavs robili, co mogli, a i tak, gdzieś tam na końcu był K.D. ze swoimi sztyletami, ze swoimi rzutami, które na zimno cięły serca i marzenia fanów Cavs. Dość symboliczna i wymowna była jego trójka na niecałe 50 sekund przed końcem meczu, kiedy ze 103:100 dla Warriors, zrobiło się 106:100. Sztylet! Zimny, przeszywający, niszczący. To była niemal identyczna trójka, z niemal tego samego miejsca, tylko trochę dalej, jak ta sprzed roku, też z meczu trzeciego. Durant był 3/3 tego wieczoru z rzutów z dziewiątego (lub dalej) metra. Do tego starcia, po przejściu do Warriors, był tylko 2/17 w tego typu rzutach. Ale to tylko ciekawostka, bo liczbami wieczoru i tej serii są trójka i zero. 

 

Cavs 102, Warriors 110
W rywalizacji 0:3
Mecz nr 4 w piątek, w Cleveland.



05:38, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »