Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
MENU:
wtorek, 07 lutego 2017
30 lat temu, 7 lutego 1987 roku, w sobotę, Michael Jordan wygrał swój pierwszy w karierze konkurs wsadów. W 1985 roku Dominique Wilkins w pięknym stylu, po niesamowitej walce pokonał M.J.'a, wówczas pierwszoroczniaka. Ze względu na złamanie lewej stopy, Jordan szansę na zwycięstwo dostał dopiero w 1987 roku, podczas Weekendu Gwiazd w Seattle. Niestety dla widowiska, ze względu na kontuzję, imprezę opuścił Wilkins. W kolejnym roku los połączył ich drugi i ostatni raz, ale jest to historia na osobny tekst.

Rozgrywki 1986-87 były indywidualnie bardzo udane dla Jordana. Po kontuzji stopy nie było śladu, zagrał we wszystkich 82 meczach. Jego średnie sięgnęły 37.1 punktu (najwyższa w karierze), 5.2 zbiórki, 4.6 asysty, 2.9 przechwytu oraz 1.5 bloku. Pierwszy raz w karierze został królem strzelców. Przy okazji pierwszym zawodnikiem od czasów Wilta Chamberlaine'a, który w jednym sezonie przekroczył próg 3000 punktów. Został też pierwszym w historii zawodnikiem, który w jednych rozgrywkach zaliczył ponad 200 przechwytów i 100 bloków. Aż 37 razy przekraczał próg 40 punktów.
Był to jego trzeci sezon w lidze, ale ta liga powoli zaczynała stawać się jego ligą.

Podczas samego konkursu, Jordan wykonał kilka wsadów, które zapisały się w historii NBA. Łącznie z tym finałowym, z linii rzutów osobistych.  


       
       
       
       




Ciekawostka: Dokładnie 23 lata temu, Jordan został oficjalnie baseballistą. Podpisał kontrakt z Chicago White Sox z Minor League Baseball


poniedziałek, 06 lutego 2017
Isaiah Thomas z Boston Celtics i Steph Curry z Golden State Warriors zostali wybrani Graczami Tygodnia jako przedstawiciele swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze rozgrywane od poniedziałku 30 stycznia do niedzieli 5 lutego. Obaj zawodnicy parę dni temu zostali wybrani graczami stycznia. 

Thomas pomógł Celtom wygrać wszystkie cztery mecze w tamtym tygodniu. Podopieczni Brada Stevensa mają na koncie w sumie siedem zwycięstw z rzędu. Statystyki Thomasa sięgnęły 37.8 punktu (najlepszy w lidze), 6.8 asysty, 2 zbiórek oraz 1 przechwytu.
Celtowie z bilansem 33:18 są na drugim miejscu na Wschodzie.


Curry z kolei pomógł Warriors wygrać dwa z  trzech meczów w ubiegłym tygodniu. Jego statystyki wyniosły 34.3 punktu, 4 zbiórki, 9.3 asysty oraz 3 przechwyty. W punktach i przechwytach był najlepszy na Zachodzie, w asystach drugi. Rozgrywający Warriors trafiał 57% swoich rzutów z gry oraz aż 56.4% zza łuku (22/39). W środowym meczu z Hornets, Steph trafił aż 11 trójek (na 15 prób).
Warriors z bilansem 43:8 są niezmiennie najlepszą ekipą NBA.

Do nagrody nominowani byli także Yogi Ferrell, James Harden, Jeff Teague, Hassan Whiteside, Devin Booker, Kawhi Leonard, Gordon Hayward oraz John Wall.

https://cdn0.vox-cdn.com/thumbor/6SMDRgWVWE2n5HyNT4qHVgv6C0E=/0x213:2832x1806/1600x900/cdn0.vox-cdn.com/uploads/chorus_image/image/47249338/usa-today-8414988.0.jpg
21:43, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lutego 2017
5 lutego 1999 roku, Paul Pierce zagrał w Bostonie swój pierwszy w karierze mecz. Dokładnie 18 lat później, zagrał swój ostatni.

Doc Rivers wstawił 39-letniego Pierce'a do pierwszej piątki Clippers na to starcie. To był świetny, symboliczny gest Riversa, który razem z Pierce'em Garnettem, Allenem i Rondo zdobyli dla Bostonu mistrzowski tytuł w 2008 roku.

Liga, na tę okoliczność, przygotował kompilację kilki materiałów video.

Tak się zaczęło...


       
       
       
       


"Prawda" na przestrzeni lat...


       
       
       
       


Zawsze lubił sobie pogadać...


       
       
       
       


Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. Przed ostatnim występem w Bostonie...


       
       
       
       


No i w końcu dzisiejszy wieczór. Boston przyjął go tak, jak trzeba. Emocjonalnie. Nie było cienia wątpliwości, że tak właśnie będzie. Paul jest jedną z legend tego klubu. Jego nazwisko można wymieniać jednym tchem z tymi największymi.


       
       
       
       


Trójka na pożegnanie.


       
       
       
       

Paul Pierce w kronikach Boston Celtics:

- 24021 punktów (drugi).
- 6651 zbiórek (siódmy).
- 1583 przechwytów (pierwszy).
- 1823 celne rzuty za trzy punkty (pierwszy).
- 6434 celne rzuty wolne (pierwszy).
- 1102 rozegrane mecze (trzeci).
- Dziesięciokrotny All-Star.
- Mistrz NBA z 2008 roku. MVP Finałów.

http://karolsliwa.blox.pl/resource/pp.jpg
23:48, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 lutego 2017
Fatalne wieści z Minnesoty. Zach LaVine ma zerwane więzadło krzyżowe przednie (ACL) w lewym kolanie. Oznacza to, że przejdzie operację i straci resztę tego sezonu.
Do urazu doszło w III kwarcie wczorajszego meczu Pistons-Wolves. LaVine wrócił potem na parkiet. Ostatecznie, z grymasem bólu, opuścił go na początku ostatniej części gry. Badanie rezonansem magnetycznym potwierdziło rodzaj kontuzji. Termin operacji zostanie ustalony w najbliższych dniach.
21-letni LaVine grał w tych rozgrywkach (47 meczów), swoim trzecim w NBA, na poziomie 18.9 punktu, 3.4 zbiórki oraz 3 asyst.

https://cbsminnesota.files.wordpress.com/2016/03/lavine.jpg?w=640&h=360&crop=1
23:36, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
Yogi Ferrell. Kto? Yogi Ferrell, 23-latek z Indiany, który pojawił się w Dallas 27 stycznia, na mocy 10-dniowego kontraktu i od tamtej pory śni z Mavs na jawie. Tylko niech nikt go nie szczypie bo się obudzi. W teorii, dziś miał podpisać drugi, ostatni 10-dniowy kontrakt. A potem mocno trzymać kciuki, żeby Mavs zatrzymali go do końca sezonu. Ale nie podpisze, bo tak historia kończy się jeszcze lepszym happy endem. 

Nie wybrał go nikt w drafcie 2016 roku. Do swojego składu na Summer League zaprosili go Brooklyn Nets. Trzymali go u siebie przez obóz treningowy i kilka meczów przedsezonowych ale zwolnili przed rozpoczęciem rozgrywek.
W listopadzie zlitowali się nad nim Long Island Nets - klub z D-League pod parasolem Brooklyn Nets.
Dziewięć dni później wezwali go do siebie Nets - ci z Brooklynu. Po trzech tygodniach odesłali go znów do Long Island. Następnego dnia, a był to pierwszy grudnia, Nets znów zapragnęli go mieć na swojej ławce. Pragnienie trwało cztery dni. 5 grudnia Yogi znów był zawodnikiem Long Island. Nie skończyła się doba, gdy Nets znów poczuli palącą potrzebę posiadania go u siebie. Tym razem uczucie trwało trzy dni. 8 grudnia klub z Brooklynu postanowił na dobre zwolnić 23-latka. Dwa dni później jego talenty kolejny raz kierowały się w stronę Long Island. Tym razem na trochę dłużej. Półtora miesiąca małej stabilizacji. 16 meczów, w których miał okazję pokazać, że umie grać w koszykówkę.

Wypatrzyli go Dallas Mavericks i postanowili dać szansę. Dalej jest bajkowo. Albo jak w trybie "kariery" w grze 2K. Albo jak parę lat temu w Nowym Jorku, gdy swój sen na jawie miał Jeremy Lin.
Mavs, z Yogi'm w składzie są 4:0. Pokonali kolejno Spurs (na wyjeździe), Cavs i 76ers u siebie oraz Blazers na wyjeździe. W związku z kontuzją Derona Williamsa, Ferrell dostał od razu szansę gry w pierwszej piątce. I z szansy skorzystał. I to jak!

Zaczął spokojnie od 9 punków, 7 asyst, 2 zbiórek i 2 przechwytów z San Antonio. Przeciwko mistrzom zanotował 19 punktów, 5 zbiórek, 3 asysty i 4 przechwyty. Z Szóstkami zagrał za 11 punktów, 5 asysty, 3 zbiórki, przechwyt i blok.
Minionej nocy, na wyjeździe z Blazers, zagrał mecz, który najprawdopodobniej ustawił mu życie w sferze ekonomicznej na najbliższe lata. Piszę najprawdopodobniej bo nie wiem jak lekka jest ręka Yogi'ego do wydawania pieniędzy.

32 punkty, 5 asyst, 2 zbiórki. 9/11 zza łuku w tym arcyważne trafienie na 19 sekund przed końcem meczu, które dało Dallas prowadzenie 105:101 a ostatecznie wygraną 108:104.
Mavs zrezygnowali z drugiego 10-dniowego kontraktu dla Ferrella tylko po to by...dać mu gwarantowaną dwuletnią umowę!
Ferrell został zaledwie trzecim w historii NBA nie wybranym w drafcie debiutantem, który potrafił zagrać za 30+ punktów. Pozostali dwaj to Connie Hawkins i Anthony Morrow.

Średnie Ferrella z czterech meczów w barwach Mavs to 17.8 punktu, 5 asyst, 3 zbiórki oraz 1.8 przechwytu.

I nagle Mavs wracają do walki o play-offy. Z bilansem 20:30 są na dziesiątym miejscu na Zachodzie. W tej chwili tracą już tylko 2.5 meczu do ósmych Nuggets.


       
       
       
       
 

http://l.yimg.com/ny/api/res/1.2/Hg1XE0jmx8nGgpo0.qPS4A--/YXBwaWQ9aGlnaGxhbmRlcjtzbT0xO3c9NzQ0O2g9NTEx/http://media.zenfs.com/en/homerun/feed_manager_auto_publish_494/0cf8aa7e4dba9808c20952c62402a36a
21:35, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 lutego 2017
Poniżej grafika z uczestnikami wszystkich konkursów, które odbędą się w sobotni wieczór podczas tegorocznego Meczu Gwiazd w Nowym Orleanie. Jak się zapatrujecie na te nazwiska? Kto według Was jest faworytem poszczególnych zawodów?
Jeśli o mnie chodzi, to to skillsach stawiam na Isaiaha Thomasa.
W trójkach C.J.'a McColluma  a w dunkach na Arrona Gordona. Ale to tak wszystko z przymrużeniem oka. Liczę na dobry poziom konkursów i nie wygra najlepszy.

22:53, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lutego 2017

Isaiah Thomas z Boston Celtics oraz Steph Curry i Kevin Durant z Golden State Warriors zostali wybrani Graczami Miesiąca jako przedstawiciele swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze rozgrywane w styczniu.


Thomas pomógł Celtom wygrać 10 z 14 meczów w styczniu. Jego średnie za poprzedni miesiąć wyniosły 32.9punktu (najlepszy w lidze), 6.9 asysty oraz 3.1 zbiórki oraz 1.5 przechwytu. Trafiał prawie 50% swoich rzutów z gry, 43.2% za łuku oraz 94% z linii. Osiem razy przekraczał próg 30 punktów. Nie zszedł poniżej 20 punktów od 33 kolejnych spotkań! Nikt w lidze nie może pochwalić się podobnym osiągnięciem w tym sezonie. Niespełna 28-letni Thomas, drugi raz w swojej karierze, został wybrany do Meczu Gwiazd. Thomas zdobywa średnio 29.7 punktu na mecz w tym sezonie. W historii klubu z Bostonu wyższą średnią za jeden sezon miał tylko Larry Bird (29.9) w rozgrywkach 1987-88.

Celtics z bilansem 31:18 są na drugim miejscu na Wschodzie.


Curry i Durant poprowadzili Warriors do bilansu 12:2 w ubiegłym miesiącu. Pierwszy zdobywał średnio 27.8 punktu a drugi 27.4, co było czwartym i piątym najlepszym wynikiem na Zachodzie. Steph notował dodatkowo 6.9 asysty, 4.5 zbiórki oraz 1.5 przechwytu. Trafił w styczniu 62 trójki, co było najlepszym wynikiem w lidze. Czwarty rok z rzędu Curry będzie staterem podczas Meczu Gwiazd. Durant do swoich zdobyczy punktowych dokładał 7.1 zbiórki, 4.6 asysty, 1.1 przechwytu oraz 2.1 bloku (drugi na Zachodzie).
Warriors z bilansem 42:7 są niezmiennie najlepszą ekipą NBA.


Do nagrody nominowani byli także Paul Millsap, Nikola Jokic, James Harden, Paul George, Goran Dragic, Joel Embiid, Eric Bledsoe, Devin Booker, C.J. McCollum, Kawhi Leonard oraz Kyle Lowry..


Wśród trenerów też królowali Wizards i Warriors. Nagrodą dla trenera miesiąca wyróżniono Scotta Brooksa oraz Steve'a Kerra.

Wśród debiutantów Graczami Miesiąca zostali Joel Embiid z 76ers oraz Marquese Chriss z Phoenix Suns.

http://cdn.abclocal.go.com/content/kgo/images/cms/1615477_1280x720.jpg
23:55, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 stycznia 2017
Londyn jest miastem, które ma w moim sercu specjalne miejsce. Dzieli je z Hiszpanią i paroma innymi lokacjami, rzeczami, osobami, zdarzeniami. To właśnie w Londynie jako nieopierzony dwudziestolatek stawiałem pierwsze samodzielne kroki w wielkim świecie. Na rynku pracy i na innych polach. To tam uczyłem się dbać o samego siebie. To tam zgłębiałem tajniki samodzielnego prania, sprzątania, gotowania, robienia zakupów. Dotarło do mnie, że ciepły posiłek na stole nie jest zapisany w konstytucji, że tak się wyśpisz, jak sobie pościelesz.
Uczyłem się na błędach, na małych sukcesach, na obserwacjach. Londyn otworzył mi oczy na wiele spraw, pogłębił ciekawość świata, innych kultur, innych ludzi. Czasem wracam pamięcią do tamtych dni. Dni bez mądrych telefonów, ba bez jakichkolwiek telefonów osobistych, bez Facebooka, bez zawsze obecnego
(dziś) na wyjazdach laptopa. Dni z kafejkami internetowymi i boxami telefonicznymi obsługiwanymi przez Jamajczyków.
Niewinne dzieci w mieście, które bywa okrutne, które potrafi pogryźć i wypluć, zanim się zorientujesz. Londyn dawał i zapewne do dziś daje wiele możliwości rozwoju, ale jednocześnie krył i pewnie do dziś kryje w swoich ciemnych zakamarkach jeszcze więcej pokus. Narkotyki, alkohol, egotyczne kobiety, hazard. Jeśli miałeś hajs. No i oczywiście jeśli chciałeś. Poznałem wiele przypadków Polaków, którym pierwsza większa wypłata przewróciła w głowie. Niektórzy potrafili wypłynąć na powierzchnię po pierwszym, chwilowym zachłyśnięciu. Inni poszli na dno lub w jego okolice.
Była to też dla mnie okazja, żeby oddzielić nieprawdziwych kolegów od prawdziwych przyjaciół. Poznałem dziewczyny, które ledwie po kilku tygodniach od przyjazdu, zostawiały swoich polskich chłopaków dla bogatszych miejscowych, nie zawsze Anglików. Wcześniej wydawało mi się, że to scenariusze bardzo filmowe.
Pracowałem jako butler (niestety nie Jimmy) na żydowskich imprezach - Bar micwy, wesela i jakieś tam jeszcze żydowskie eventy. Najmłodszy w Londynie, 20-letni butler. Podobno. Kolega doradził
mi, żebym mówił, że mam 22 lata (jakby 22 a 20 robiło różnicę), bo butlerzy zwykle miewają po 30+. Być może dlatego na bar micwach brali mnie czasem za jednego z gości, co bywało całkiem śmieszne. Czasem czułem się jak maskotka, wśród starych wyjadaczy silver service'u.
Mimo, że Londyn odwiedzam regularnie, to dopiero w tym roku miałem okazję pojechać na chwilę na swoje stare śmieci - Manor House, Finsbury Park. Skłamałbym, gdybym napisał, że czułem się jakby tamten czas odbył się wczoraj, choć faktycznie wiele wspomnień i obrazów ma w mojej pamięci tyle samo kolorów, co wtedy.
Różne miejsca zapamiętuję przez zapachy. Dworzec centralny w Sztokholmie pachnie zawsze kawą i bułkami z cynamonem. Londyńskie metro pachnie specyficznie. Nie wiem czym, ale z zamkniętymi oczami, po samym zapachu, poznałbym gdzie jestem. Charakterystycznie pachną też londyńskie ulice, gdzie mieszają się kuchnie, kultury, ludzie i ich perfumy.

Ale hej, gdzie tu o NBA?
Temu wyjazdowi nie towarzyszyło aż tyle emocji, co w poprzednich latach. Po pierwsze byłem w trakcie maratonu. Fizycznego i psychicznego. Chyba nadal w nim jestem. Po powrocie z Toronto były Święta w Polsce, potem basket w Lund, potem powrót do domu na dosłownie pięć godzin, tylko po to by za chwilę ruszać do Finlandii. Poniedziałek w domu to było nic dla ciała i umysłu, bo we wtorek rano zabierałem już swoje talenty do Sztokholmu, żeby wieczorem polecieć do Londynu. Nawet zastanawiałem się przez krótką chwilę czy nie odpuścić sobie wyjazdu w tym roku. Tym bardziej, że po powrocie w piątek, tym razem po siedmiu godzinach w domu, miałem w planach być znów na promie płynącym do Sztokholmu. Ostatecznie znalazłem się jednak na pokładzie samolotu, choć nie czułem wielkiego podekscytowania z tym związanego, które zwykle towarzyszyło mi w takich momentach.

Być może był to chwilowy przesyt NBA na żywo (say what?!), związany z wyjazdem do Toronto, może zmęczenie, ale chyba najpewniej fakt, że ani Nuggets ani Pacers nie mają w swoich składach zawodników, którzy bardzo mnie ekscytują. Tak, nawet Paul George. Tak, nawet (ostatnio) Nikola Jokic.
Przyłapałem się na tym już wiele razy, kiedy stałem koło zawodników NBA młodego pokolenia i nie czułem "tego czegoś" z faktem ich bliskiej obecności związanego. Z kolei czułem "to", gdy rozmawiałem choćby z Mike'iem Millerem, Marcusem Camby'm czy Dikembe Mutombo. Żeby wymienić tylko kilku z długiej listy.

"To coś" to według mnie mieszanka szacunku i swego rodzaju uwielbienia wywodzącego się z dziecięcej fascynacji. Jako brzdąc idealizowałem, niejako odczłowieczałem gwiazdy NBA. Tamta liga lat 90' poprzedniego wieku, to było coś tak nierealnego, tak bardzo
nie na wyciągnięcie ręki, że dziś kiedy mam czasem okazję tego faktycznie dotknąć, trudno jest mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. NBA w TVP dla kilkunastoletniego mnie to nie były mecze koszykówki. To była ekranizacja zapierającej dech w piersiach baśni, która za każdym razem zabierała mnie w podróż do nieistniejącego świata.  
Kiedy po latach, już w dorosłym życiu dane mi jest widzieć na żywo i rozmawiać z tymi, których plakaty miałem na ścianach, przeżywam to w trudny do opisania sposób. Przynajmniej tak to wygląda w moim przypadku ale zakładam, że taki właśnie jest schemat działania ludzkiego umysłu w tej materii.
Tak miałem, gdy pierwszy raz udało mi się porozmawiać z Jasonem Kiddem, człowiekiem którego plakat do dziś wisi w moim dawnym pokoju, w domu moich rodziców. Tak miałem za każdym kolejnym razem, gdy naprzeciwko mnie stawali Kevin Garnett, Paul Pierce, David Stern i wiele innych wielkich osobowości ligi.  

Wejście do O2 w środowe przedpołudnie rozwiało wszystkie ciemne chmury skłębione w mojej głowie. Ale też nie chcę przesadzać, że było ich aż tyle. Po prostu nie skakałem z radości na myśl o godzinach na promie, na lotniskach, w autobusach. Samo NBA? Chyba wiesz...
Odebrałem akredytację, ruszyłem na parkiet. To znów było to. Znów zaświeciło słońce. Ta magia nigdy się nie nudzi. Akurat trenowali Pacers. Nuggets odwołali swoje zajęcia w O2. Odbyli je gdzieś w innym miejscu w Londynie. Było to miejsce, które nazywało się "nie chce mi się tam jechać". Nad porządkiem na linii media - gracze NBA czuwała znów ta sama pani, którą poznałem rok temu, którą roboczo nazwałem wtedy Betty.
Dziś, mając bagaż doświadczeń z dwóch wypraw do Ameryki w 2016 roku, wiem że działalność cioci Betty, w porównaniu z tym, co dzieje się na regularnych meczach NBA, jest działalnością mocno pokrytą różowym futerkiem. Uśmiechnąłem się sam do siebie, gdy usłyszałem, że Betty zaprasza media do opuszczenia jednej części parkietu i udanie się do innej. "Z-a-p-r-a-s-z-a."


       
       
       
       


NBA w Londynie to przedsięwzięcie, które jak powieść "Mistrz i Małgorzata" rozgrywa się na kilku poziomach. Pierwszy podstawowy to oczywiście mecz koszykówki, który europejscy kibice mogą zobaczyć na żywo. Europa jest nadal głodna NBA z pozycji parkietu. To był mój piąty mecz w O2. Bez względu na to kogo by liga nie wysłała, hala za każdym razem jest pełna. To musi być coś, co spędza sen z powiek Adama Silvera. Z jednej strony robi wiele, żeby rozładować zawodnikom kalendarz i dać więcej drogocennego odpoczynku, ale z drugiej strony wizja istnienia w Europie na stałe, jeśli nie dywizji, to przynajmniej jednej drużyny, a jeśli nawet nie drużyny, to czegoś więcej, niż tylko jednego meczu na rok, z finansowego jak i marketingowego punktu widzenia z pewnością rozbudza jego wyobraźnię. Oficjalnie mówi, że to być może melodia dalekiej przyszłości. Nieoficjalnie, po jego łysej, idealnie wypolerowanej łysinie biegają tysiące pomysłów jak spieniężać marketingowy sukces NBA. 
Drugi poziom to szeroko rozumiana promocja ligi. NBA przybija swoją pieczątkę do całej masy różnych wydarzeń, które dzieją się przed, w trakcie, jak i po właściwym meczu. Jeśli mecz rozgrywany jest w czwartki, to dzieje się już w zasadzie od poniedziałku. Kliniki dla trenerów, pokazowe treningi dla młodzieży oraz cały wachlarz podobnych inicjatyw.
Trzeci poziom, niewidoczny w telewizji, nieporuszany w mediach, a być może najciekawszy, to biznes. Adam Silver spotyka się w kuluarach z przedstawicielami FIBA oraz ludźmi, których możemy nazwać inwestorami. Chciałbym móc coś więcej powiedzieć o tych ludziach i spotkaniach, ale niestety jeszcze nie udało mi się otworzyć tych drzwi. I na ten moment nie jestem pewien, czy chciałbym je otwierać. To już nie jest koszykówka. To jest dojenie krowy. Nie chcę powiedzieć, że uważam, że to coś złego. Chcę tylko powiedzieć, że interesuje mnie to jedynie w skali bardzo ogólnej.
Drzwi, które udało mi się otworzyć miały napis Dikembe Mutombo. I z tego jestem bardzo zadowolony. Wcześniej widywałem go na żywo przy kilku okazjach, raz nawet był moim trenerem (tak mu się wydawało) podczas konkursu rzutów za trzy punkty, który wygrałem, ale w wtedy nie było czasu ani możliwości by dłużej porozmawiać. Deke jest bardzo zapracowanym człowiekiem. Jako ambasador NBA, pojawia się w różnych częściach świata w przeróżnych rolach. Jako były wielki zawodnik, legenda ligi, jako trener podczas koszykarskich klinikach dla najmłodszych, jako człowiek reprezentujący Afrykę, mówiący o palących potrzebach i problemach tego kontynentu. Często go widać, ale rzadko można go złapać. Tym bardziej cieszę się, że udało mi się namówić go na nagranie krótkiego promo video oraz na małą rozmowę.



Spotkanie z Marcusem Camby'm było też swego rodzaju sentymentalną podróżą w przeszłość. Pogadaliśmy o Finałach 1999 roku. Knicks, dla których wówczas grał Camby, zostali pierwszą w historii ekipą, która z ósmego miejsca w play-offach, zaszła do samych Finałów. Tam wielka przygoda się skończyła, bo naprzeciwko (kontuzjowanego) Ewinga, Houstona, Sprewella, Camby'ego, Johnsona stanęli Robinson, Popovich i młodziutki Tim Duncan. Spurs zamknęli serię w pięciu meczach. 42-letni dziś Camby bardzo ucieszył się, kiedy przywołałem wspomnienia. Pogadaliśmy trochę o tamtej serii, tamtych czasach.
Nie przesadzam, gdy mówię, że tamta seria ukierunkowała moje dalsze życie.
Napisałem pracę magisterską o Martinie Lutherze Kingu, bo podczas tamtej właśnie serii przeczytałem gdzieś jak Larry Johnson mówi do Avery’ego Johnsona „Przecież obaj pochodzimy z tej samej plantacji bawełny pana Johnsona.” Zainteresował mnie temat niewolnictwa. Język angielski, światowa polityka, historia, socjologia i tak dalej… Wiele gałęzi moich zainteresowań pochodzi z tego jednego wspólnego pnia - zainteresowania NBA w dziecięcych latach. Dlatego spotkanie z Camby'm było dla mnie takie ważne i ciekawe.
 

  

Mike Miller. Człowiek klasa. Gość, którego karierę śledziłem od samego początku. Od Orlando, przez Memphis, Minnesotę, Waszyngton, Miami, Cleveland aż do teraz w Denver już tylko w roli mentora w szatni. Specjalista od trójek spotyka specjalistę od trójek.



Miałem też świetną rozmowę z Marko Milicem. Możecie nie kojarzyć, bo w NBA zagrał tylko 44 mecze (co zawsze było dla mnie zagadką, dlaczego nie zagrzał miejsca w lidze na znacznie dłużej) i w sumie byłem zaskoczony widząc go trenującego z dziećmi u boku Mutombo, w roli jednego z ambasadorów ligi.
To była taka zdrowa, normalna, serdeczna rozmowa jak na braci Słowian przystało. Bez napinki, bez wyświechtanych banałów, okrągłych uogólnień i potoku pustych słów. Obśmialiśmy kilka rzeczy związanych z NBA, poruszyliśmy temat zmieniającej się koszykówki. Marko zapytał mnie czy znam Andreja Urlepa. Powiedziałem, że tak, choć nie osobiście. Okazało się, że jest jego sąsiadem. Zapytałem czy nadal dałby radę zadunkować nad samochodem. Zaśmiał się. Powiedział, że normalne wsady, bez stojących przeszkód, nadal robi. Tamtego nawet nie próbuje. "Chyba, że chodzi Ci o wsad nad samochodem, jaki zrobił Blake Griffin w konkursie wsadów. Taki mogę spróbować." Śmiech. Tak sobie stałem i rozmawiałem z Milicem, a gdzieś tam w sobie dziwiłem się, że ta rozmowa jest taka...normalna.
Tu dla tych, którzy nie znają. Oraz coś z NBA. TUTAJ.
 

       
       
       
       
    
Spotkałem też chudego młodzieńca, który łaził za mną i pytał o ładowarkę do telefonu. Ktoś kojarzy?




I tak to mniej więcej wyglądało moi mili w tym roku. Pragnę na koniec dodać, że przed meczem spotkaliśmy się w kilkuosobowym gronie fanów NBA z Polski w jednym z barów w O2. Poruszyliśmy kilka ważnych dla świata tematów. Ktoś rzucił, że być może jest to zalążek czegoś, co w przyszłości może być spotkaniem ludzi, którym zdarza się odwiedzać czasem mój blog. Pomysł bardzo ciekawy.
By the way - mecz wygrali Nuggets 140:112. 


23:35, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Dion Waiters z Miami Heat i DeMarcus Cousins z Sacramento Kings zostali wybrani Graczami Tygodnia jako reprezentanci swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze grane od poniedziałku 23 stycznia do niedzieli 29 stycznia.

Waiters pomógł Heat wygrać wszystkie cztery mecze w tamtym tygodniu i przedłużyć serię wygranych drużyny do siedmiu. Jego statystyki za ten okres sięgnęły 23.3 punktu (czwarty na Wschodzie), 4.5 zbiórki oraz 5 asyst. 25-latek trafił 12 trójek w tamtym tygodniu. Jedna z nich to poniedziałkowy game-winner w starciu z Warriors. Druga, dwa dni później, to kluczowe trafienie na 6.8 sekundy przed końcem wyjazdowego meczu z Nets. 

Heat z bilansem 18:30 są na trzynastym miejscu na Wschodzie.

Cousins z kolei poprowadził Kings do trzech wygranych w czterech meczach. Jego indywidualne średnie kształtowały się na poziomie 27.8 punktu, 14.5 zbiórki (drugi na Zachodzie), 6 asyst, 1.5 przechwytu oraz 1.3 bloku. Podkoszowy Sacramento każdy z ubiegłotygodniowych meczów kończył z double-double na koncie. Łącznie, jego nieprzerwana seria z tego typu występami wynosi obecnie dwanaście.

Kings z bilansem 19:28 są na dziesiątym miejscu na Zachodzie. Do ósmego tracą 2.5 meczu.  


Do nagrody nominowani byli także Isaiah Thomas, Stephen Curry, Paul George, Marc Gasol, Goran Dragic, Eric Bledsoe, Damian Lillard, C.J. McCollum, Bradley Beal oraz John Wall.

https://storage.googleapis.com/afs-prod/media/media:ad7a6668c8b848649a397ad3883dee53/800.jpeg
23:13, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 stycznia 2017
Liga ogłosiła po siedmiu rezerwowych obu Konferencji do tegorocznego Meczu Gwiazd, który 19 lutego odbędzie się w Nowym Orleanie.

Oto oni:

Wschód:

Isaiah Thomas.*
John Wall.*
Kevin Love.
Kyle Lowry.*
Paul George.*
Kemba Walker.*
Paul Millsap.
Zawodnicy opatrzeni gwiazdką, znaleźli się w moim wczorajszym zestawieniu. W miejsce Love'a i Millsapa miałem Wade'a i Melo. Nie mam większego problemu z wyborem Love'a, który gra bardzo dobry sezon (20/10), który wrócił do elity najlepszych silnych skrzydłowych w lidze. Millsap gra dobrze, ale bez jakiegoś większego błysku. Chętnie w jego miejsce zobaczyłbym w Nowym Orleanie którąś z prawdziwych wielkich (nadal) gwiazd NBA, mam oczywiście na myśli Melo lub D-Wade'a. Obaj grają na poziomie nie gorszym niż Millsap.

Zachód:

Russell Westbrook.*
Klay Thompson.
Draymond Green.
DeMarcus Cousins.*
Marc Gasol.*
DeAndre Jordan.
Gordon Hayward.*

Na Zachodzie trenerzy wybrali Greena, Thompsona i Jordana. Reszta pokrywa się z moimi wyborami. Ja w miejsce tej trójki miałem Conley'a, Lillarda i Karla Anthony-Townsa.
Tu jest o czym dyskutować.
DeAndre Jordan nie gra jak All-Star. Jeśli nie KAT, i jeśli już miałbym na siłę przepchnąć do składu jakiegoś wysokiego, to przed środkowym Clippers, miałbym też Rudy'ego Goberta (choć ja nie mam ciśnienia na wybór podkoszowego za wszelką cenę). Jazz są tylko jedną wygraną za Clippers, jeśli ma to jakieś znaczenie. Jordan jest kotwicą w obronie Clipps, ale moim zdaniem nie jest graczem formatu All-Star. Oczywiście jego wybór się broni, bo jest gwarancją lobów na niebotycznym pułapie. Ale przecież Francuz dostarczyłby czegoś podobnego, prawda?
Czy gdyby Draymond Green i Klay Thompson nie grali dla Warriors, najlepszej ekipy NBA, to dostaliby miejsce w składzie All-Star? Twierdzę, że nie. Thompson, poza historycznym meczem za 60 punktów, gra sezon co najwyżej dobry, w żadnym wypadku nie wybitny. Tylko trzy razy osiągał pułap 30 punktów w tym sezonie (łącznie z tym występem za 60). Nie mówię już nawet o porównywaniu go z Lillardem. Klay, moim zdaniem, przegrywa nawet z C.J. McCollumem, którego nawet nie mamy w tej konwersacji (odsyłam do statystyk C.J.'a).
Postać Lillarda wygrywa, w mojej ocenie, w porównaniu z każdym z tych trzech graczy wybranych przez trenerów. Jego najbardziej mi zabrakło.
Tak jak pisałem wczoraj, wyboru Conley'a się nie spodziewałem, więc jego pominięcie mnie nie zaskakuje. 
W miejsce Draymonda Greena, gdybym miał szukać wśród "czwórek", wybrałbym LaMarcusa Aldridge'a. Ale jeszcze raz podkreślę - Damian Lillard ponad każdym z trójki Thompson, Jordan, Green.

Jestem ciekaw Waszych opinii. Kogo najbardziej zabrakło? Kto nie zasłużył na wybór?  

 
https://pbs.twimg.com/profile_images/773850369981943808/6_ZNLJDi.jpg
09:58, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »