Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
MENU:
czwartek, 25 sierpnia 2016

„Zdarzało mu się wysikać na podłogę, potrafił wciągnąć Tawannę za włosy po schodach”. Kent Babb o ekscesach Allena Iversona


Za niespełna tydzień książka Kenta Babba „Iverson. Życie to nie gra” trafi do księgarni w całej Polsce. W biografii koszykarza nie brakuje szokujących fragmentów dotyczących jego alkoholowych ekscesów. Przed Wami kolejny fragment książki. Przypominam też o konkursie, w którym do wygrania są gadżety związane z „The Answer”: fragment jego koszulki, parkietu, na którym grał, ubrania z logiem 76ers, opaski. Szczegóły konkursu na www.wsqn.pl/iverson-konkurs

Przypominam o rabacie na książkę w przedsprzedaży do wykorzystania na www.labotiga.pl/iverson-pakiety:

- Z kodem KAROLIVERSON rabat 25% (nie obowiązuje na pakiety)

- cena po obniżce: 29,90 zł – oszczędzasz aż 10 zł!

- wysyłka od zaraz – książka jeszcze przed premierą w Twoich rękach!

Od 31 sierpnia książka dostępna w salonach Empik w całej Polsce.


Fragment (drugi) książki:

Kiedy kolejnego popołudnia wchodził do gabinetu lekarskiego w pobliżu lotniska Hartsfield, był przekonany, że wytrzeźwiał na tyle, że bez problemu przejdzie testy. Poprzedniej nocy wypił wprawdzie w końcu trochę więcej niż ten jeden czy dwa drinki, ale przecież była już czwarta po południu, minęło mnóstwo czasu i alkohol na pewno zdążył wyparować mu z organizmu. Problem w tym, że Iverson zawsze przeceniał swój metabolizm, nawet wcześniej, kiedy jeszcze nie skończył 37 lat. Teraz miał już bardziej opuchniętą twarz, a jego brzuch i ramiona były słabsze niż w czasach, kiedy w 2001 roku był wybierany najbardziej wartościowym zawodnikiem NBA, kiedy poprowadził Philadelphię 76ers do finałów NBA, a jego zaangażowanie i poświęcenie pokazały światu, że sportowca i człowieka nie można oceniać tylko na podstawie tego, jak wygląda.

Wtedy zdarzało mu się jeszcze być na nogach do późnej nocy, kiedy kumple pomagali mu dotrzeć do hotelu w Atlantic City po nocnym maratonie spędzonym na uprawianiu hazardu albo Tawanna prowadziła go po schodach do łóżka, a następnego dnia funkcjonować na tyle dobrze, że pojawiał się na czas w hali, po czym rzucał 40 punktów, wywracał obrońców rywali swoimi crossoverami, po czym wpadał pod kosz, przepychając się przez gąszcz rywali, często prawie dwa razy wyższych od niego. Teraz jednak dobiegał czterdziestki, a czas wcale nie obszedł się z nim łaskawie. Pił jeszcze więcej, a kac nie chciał ustąpić. Alkohol sprawiał, że był poirytowany, bardziej niecierpliwy i obleśny. Zdarzało mu się wysikać na podłogę na oczach dzieciaków, a jeśli z jakiegoś powodu nie spodobał mu się wzrok Tawanny, potrafił wciągnąć swoją szkolną miłość za włosy po schodach albo podeptać ją po nogach swoimi timberlandami, jakby próbował zgasić papierosa. Czasami przypominał jej o swoich znajomościach w mrocznym światku i straszył, informując, że zlecenie jej morderstwa nie kosztowałoby go zbyt wiele. Iverson wyceniał jej życie na około pięć tysięcy dolarów.

Uważała, że Allen jest alkoholikiem i że nie ma takich próśb czy gróźb, które mogą go zmusić do pozostania w domu i trzeźwości. Tawanna rozmawiała z matką Allena, Ann Iverson, i błagała ją, żeby ta spróbowała przemówić synowi do rozsądku. Prześladowała Gary’ego Moore’a, mentora Iversona od czasów dzieciństwa, obecnie jego menedżera, prosząc, żeby ten spróbował pogadać z Allenem, bo jeśli jej mąż miałby w ogóle kogoś wysłuchać, to nikt nie byłby do takiego zadania lepszy niż Gary. Płakała i łagodnie prosiła, a gdy to nie skutkowało, pokazywała kły i wściekle żądała, rozbijając butelkę szampana o ścianę i grożąc, że jeśli nie przestanie pić i niszczyć swojego życia, zabierze ze sobą dzieci i resztę jego pieniędzy. Mówił jej bez przerwy, że jeśli tylko by zechciał, to mógłby w każdej chwili przestać, ale że nikt nie ma prawa mu rozkazywać i że Allena Iversona nie da się do niczego zmusić. Aż w końcu zrobiła to, co zapowiadała; w 2010 roku złożyła pozew o rozwód, po czym powiedziała Iversonowi, że zgodzi się dać mu jeszcze jedną szansę i po raz ostatni się do niego wprowadzi, pod warunkiem, że podpiszą jednostronną umowę majątkową.

W 2012 roku złożyła kolejny pozew rozwodowy, wynajęła sławnego adwokata, specjalistę od rozwodów, i poinformowała go, że boi się powierzać Allenowi dzieci. Tak było w czasach tuż po ich narodzinach, a on był tak pijany, że zapominał o najważniejszych uroczystościach, takich jak narodziny pierwszego syna, i tym bardziej było tak teraz, kiedy jego stan się pogorszył. Jedną z pierwszych decyzji sądu był nakaz poddania się badaniom na uzależnienie, żeby zbadać, na ile poważny jest stan Iversona. Ocena dokonana przez lekarza specjalistę od uzależnień, doktora Michaela Fishmana miała być podstawą dla ustalenia warunków opieki nad dziećmi i spotkań z nimi.


O książce:

Niesamowity sukces i niewiarygodny upadek złotego dziecka koszykówki.

Syn alkoholiczki i recydywisty, który życia uczył się na niebezpiecznych ulicach Wirginii. Nie miał łatwego dzieciństwa, miał za to coś innego – wyjątkowy talent do koszykówki.

Był sportowym fenomenem. Unikał ciężkich treningów i przedmeczowych rozgrzewek, a w szatni zajadał się stekiem z frytkami, popijając je sprite’em. A potem wychodził na parkiet i zdobywał 50 punktów, ośmieszając przy tym samego Michaela Jordana.

Biografia Allena Iversona, jednego z najlepszych koszykarzy NBA przełomu wieków, to opowieść o tym, jak z dna dostać się na sam szczyt. I trafić z powrotem do piekła, przepuszczając po drodze ponad 150 milionów dolarów.

Autor: Kent Babb

Tytuł oryginału: Not a Game: The Incredible Rise and Unthinkable Fall of Allen Iverson

Tłumaczenie: Michał Rutkowski

Data wydania: 31 sierpnia 2016

Cena okładkowa: 39,90 zł

Format: 150 x 215 mm

Liczba stron: 336 tekst i 8 zdjęcia

ISBN: 978-83-7924-677-9

http://www.wsqn.pl/media/iverson%20-%20kent%20babb/iverson-front_1500px.jpg

19:06, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Jak to zacząć, żeby nie zabrzmiało banalnie? Kevin Durant jest lepszy, niż Wam się wydaje? Słabo. Kevin Durant ma większe jaja, niż sądzicie? Też nie. Kevin Durant to świetny koszykarz? Ale to przecież ten banał, którego się obawiałem.
Przyjmijmy więc, że wstęp mamy za sobą a Ty już, mniej więcej wiesz, o co mi chodzi.

W 2010 roku, w Turcji, gdy K.D. miał niespełna 22 lata, bronił się przed rolą lidera jak tylko mógł. U
pierał się, że jest, że chce być jednym z wielu. W końcu jednak zrozumiał, że nie jest i nigdy nie będzie jednym z wielu w tamtym i w żadnym innym składzie. Dotarło do niego, że to on jest twarzą reprezentacji, nieprzeciętnym talentem zamkniętym w równie nieprzeciętnym ciele, i że to on będzie decydował o losach turnieju w Turcji a w przyszłości wielu innych meczów.

W ćwierćfinałowym starciu z Rosją, które Amerykanie wygrali 89:79 był skuteczny (33 punkty), skupiony a dodatkowo bardzo emocjonalny. Po końcowym gwizdku zasalutował w kierunku amerykańskich kibiców i powiedział "Yes Sir!". Na butach zapisany miał m.in. rok 1972, żeby upamiętnić kontrowersyjną porażkę USA ze Związkiem Radzieckim w finale Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Tak się złożyło, że Durant i koledzy grali dokładnie 38 lat po tym wydarzeniu.

W półfinale z Litwą był jeszcze skuteczniejszy i jeszcze bardziej emocjonalny. Mecz grany był 11 września - dokładnie 9 lat po zamachu na WTC. Durant rzucił Litwinom 38 punktów czym pobił rekord drużyny USA należący od 2006 roku do Carmelo Anthony'ego (35 punktów w meczu z Włochami) a co ważniejsze poprowadził drużynę do wygranej 89:74.

W finale znów wziął kolegów na swoje barki i zabrał ich do długo wyczekiwanej "ziemi obiecanej". 28 punktów, 7 trójek. Turcja, mimo własnej publiczności, nie miała szans. 81:64 brzmiał końcowy wynik. K.D. był 22-letnim Kapitanem Ameryką. Wygrana miała znaczenie symboliczne, ponieważ tytuł mistrzów świata wrócił do Ameryki po długich 16 latach. Jak łatwo policzyć, K.D. miał 5 lat gdy Shaq, Reggie Miller, Shawn Kemp i paru innych wielkich graczy sięgało po tytuł w 1994 roku w Kanadzie.

Dwa lata później, w 2012 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich w Londynie, mimo obecności LeBrona Jamesa, Kobe Bryanta, Dwyane'a Wade i kilku innych graczy z ligowego szczytu, to właśnie Durant prowadził Amerykanów po złoto.

Finał był bardzo wyrównany. Hiszpanie, jak nikt inny w świecie, zmusili Amerykanów do ostatecznego wysiłku. Byli w grze do samego końca. Przegrali 107:100. Tamtej drużynie nie brakowało niczego by wygrywać, może jednego Duranta? To był mecz jak dobre starcie w play-offach NBA. Durant zdobył 30 punktów (5x3), 9 zbiórek, trafiał kiedy punkty były na wagę złota - dosłownie. 19 i 17 dorzucili, odpowiednio, LeBron i Kobe.

W 2014 w Hiszpanii, podopieczni Mike'a Krzyżewskiego, ku mojej rozpaczy (początkowej bo i tak było pięknie), musieli bronić tytułu mistrzów świata bez K.D. i kilku innych topowych graczy NBA. Durant mówił, że jest zmęczony sezonem. Złośliwi twierdzili, że zajmują go negocjacje w sprawie nowej umowy butowej. Jak się później okazało, jego ciało było faktycznie skrajnie wyczerpane. Nie wytrzymała kość w prawej stopie. Wraz z nią pękło marzenie Thunder o czymś wielkim w rozgrywkach 2014-15.

No i doczłapaliśmy się do roku 2016. Rio. Kadra B łamane przez C, po niezłych meczach kontrolnych, pojawiła się w Brazylii by trzeci raz z rzędu na imprezie rangi olimpijskiej sięgnąć po złoto.

Po dwóch łatwych meczach zdawało się, że turniej będzie formalnością. Po trzech kolejnych, że jednak nie. Ćwierćfinał z Argentyną przywołał stare czasy a półfinał z Hiszpanią namieszał w głowach jeśli chodzi o analizę sił.

Finał z Serbią miał być trudną walką a okazał się zabawą w piaskownicy. 30 punktów przewagi (96:66) Amerykanów nie oddaje tego, jak zdominowali ten mecz. Kto widział, ten wie. Durant znów był wielki. Niby mecz był łatwy ale przecież każdy run od czegoś się zaczyna. Gdy tylko Serbowie próbowali coś zrobić, Durant karcił ich dalekimi trójkami i agresywnymi penetracjami. Znów był Kapitanem Ameryką.  

Amerykanie wygrywali swoje mecze w Rio średnio o 21.4 punktu. To o ponad 10 mniej, niż cztery lata temu w Londynie. Oryginalny Dream Team z Barcelony wygrywał różnicą 43.8 punktu.
Zanim zaczniesz mlaskać...

Pamiętam finał z Sydney z roku 2000 kiedy po średnim a momentami słabym meczu Amerykanie pokonali Francję 106:94. Ludzie mówili, że czas wielkich przewag już się skończył, że Amerykanie w końcu będą przegrywać. Tak było - Mistrzostwa Świata 2002 w Indianie, Igrzyska Olimpijskie w Atenach 2004, Mistrzostwa Świata w Japonii w 2006 i dopiero od 2008 powrót na swoje miejsce - na szczyt.
Koszykówka reszty świata poczyniła ogromny krok w przód od czasów oryginalnego Dream Teamu więc śmieszy mnie a jednocześnie dziwi ilekroć ktoś mówi "ok Amerykanie wygrali ale... tylko tyloma punktami, w takim stylu itp." Czego oczekujesz? Jeszcze raz sprawdź składy drużyn narodowych najlepszych ekip świata. Ilu znajdziesz graczy z NBA, ilu z przeszłością w lidzie? No właśnie. Ilu było graczy spoza USA w NBA w 1992 roku? No właśnie.
Zamiast marudzić, ze Amerykańska drużyna koszykarska to już nie "Dream Team", ciesz się że koszykówka na świecie idzie do przodu, że nasz ulubiony sport cały czas się rozwija. Słabi zaczynają być dobrzy a dobrzy są jeszcze lepsi. Nie każdy sport może powiedzieć to samo.

Kobieta w tańcu, koń w galopie, Kevin Durant z piłką...

http://www.gannett-cdn.com/-mm-/0cb971f13c43f4396f3af86b126ec44b5bc17cb3/c=135-644-2528-3832&r=537&c=0-0-534-712/local/-/media/USATODAY/USATODAY/2014/08/07/1407451449000-USATSI-6982856.jpg
19:39, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
piątek, 19 sierpnia 2016
Pogadajmy o ekipie Stanów Zjednoczonych, która w Rio walczy o olimpijskie złoto. Być może po meczu z Argentyną (105:78), temat jest już martwy, ale po starciach z Serbią (94:91), Francją (100:97) a wcześniej Australią (98:88) modnym było pytanie dlaczego Amerykanie grają słabo.
Pominę kwestię tego, czy faktycznie grają słabo. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Brzmi ona LeBron James, Steph Curry, Chris Paul, Russell Westbrook, James Harden. Może ktoś jeszcze? Na pewno ktoś jeszcze!
Wyjmij po 2-3 najlepszych graczy z każdej z drużyn narodowych, walczących w Rio, zagraj turniej tym, co zostało, sprawdź wyniki. To naprawdę tylko tyle i aż tyle.
Amerykanie grają w dalszym ciągu składem imponującym i ociekającym talentem ale dwóch obecnie najlepszych koszykarzy globu siedzi w domu. To są fakty.  

Z jednej strony wiele mówi się o ogromnym rozwoju koszykówki poza Stanami Zjednoczonymi ale gdy tegoż procesu da się fizycznie dotknąć, to ludzie zaczynają tracić głowy i przestają wyciągać logiczne wnioski.

46 zawodników z ważnymi kontraktami w NBA, gra lub grało do ubiegłego poniedziałku w Rio. Dodatkowych 18 koszykarzy miało w przeszłości do czynienia z ligą. Szybki rachunek: 64-12=52. Pięćdziesięciu dwóch facetów, poza składem USA, było lub jest zawodnikami najlepszej ligi świata. A trzeba przecież dodać, że
"reszta świata" ma w swoich szeregach ludzi, którzy w NBA, z różnych przyczyn nie grają ale są na poziomie NBA. 
A skoro tak, to ta "reszta świata" ma argumenty, motywację i możliwości by z Amerykanami zagrać o wygraną a nie tylko o honorową porażkę.
Tutaj naprawdę nie trzeba odwoływać się do żadnych zaawansowanych statystyk.

Dwunastka, wystawiona przez USA, to skład bezsprzecznie z największą sumą koszykarskiego talentu ale jednocześnie, mam wątpliwości czy ogółem jest to najlepsza dwunastka tego turnieju.
  
Minęły czasy, kiedy starałem się przekonywać ludzi do koszykówki w wydaniu NBA. Mam to gdzieś. Nie chcesz, to nie. Możesz mieć swoje mokre sny na temat Euroligi, dobrego występu Serbii i Francji przeciwko USA. A ja nadal wolę oglądać tańczącego z piłką Kevina Duranta, bardziej niż
Mirka Raduljicę - łobuza spod bloku.

Lubię patrzeć jak biegają, lubię podziwiać ich atletyzm. Podoba mi się jak potrafią upraszczać schematy, jak mogą chwycić rywali za gardła i stłamsić w obronie. Ale też, równolegle, imponuje mi basket proponowany przez Hiszpanów, Australijczyków i Serbów. Lubię patrzeć jak Milos Teodosic rozwiązuje na parkiecie zadania z matematyki z kilkoma niewiadomymi.
Zamiast strzępić klawiaturę i rozpływać się nad tym, jak ci Amerykanie są słabi, doceń jak dobrych mają rywali. Bo ci rywale są, a raczej bywają, naprawdę dobrzy.

Dygresja - Po dwóch pierwszych, gładkich, meczach z Chinami i Wenezuelą, zaczęły powstawać tezy, że "reszta świata" jest słaba. Po kolejnych dwóch, a nawet trzech starciach, tezy te umarły. Zabiły je tezy o tym, jak to Amerykanie są słabi.   
   

Po meczu z Argentyną, przed wielkim (mam nadzieję) meczem z Hiszpanią, widziałem wywiad z Mike'iem Krzyżewskim.
Coach K komplementował Hiszpanów, z głowy wymienił chyba ponad połowę ich składu. Jakaż to jest zmiana jakościowa, pomyślałem. Jaką drogę, jaką mentalną przemianę przeszli Amerykanie przez tę dekadę z kawałkiem. Przypomniał mi się rok 2006, Mistrzostwa Świata w Japonii.

"System był słuszny ale podejście nadal nie to. Amerykanie łącznie z coachem K mieli przeważnie mgliste pojęcie przeciwko komu grali. Na konferencji po meczu z Grecją, Krzyżewski komplementował numery nie nazwiska rywali - po prostu ich nie znał i nie robił z tego tajemnicy mimo, że dla tysięcy Europejczyków kilku z nich było koszykarskimi pół-bogami.
Jasnym stało się, że wywalczenie złota nie leży już tylko w sferze systemu czy składu ale odpowiedniego podejścia. Nie wystarczyło już tylko przyjechać i zagrać w silnym składzie przeciwko każdemu kogo tylko wystawi "reszta świata". Colangelo i Krzyżewski w końcu zrozumieli, że ich system nigdy nie będzie skuteczny jeśli nie wprowadzą pełnego profesjonalizmu do tego co robią. Dlatego mimo porażki w Japonii nie zrezygnowano z wytyczonego szlaku. Co niespotykane do tej pory oszczędzono większość ze składu z Pekinu dodając Kobe Bryanta, Derona Williamsa i Tay'a Prince'a. Amerykanie zrozumieli, że bez względu na różnice punktowe, ilość wsadów, alley-oopów czy pięknych podań, bez względu na to czy to jest "dream" czy już tylko "team" zespół ten rozliczany przez koszykarski świat będzie już zawsze tylko i wyłącznie za trzy mecze: ćwierćfinał, półfinał i finał. Cala reszta to tylko otoczka, smakowity kąsek dla dziennikarzy i kibiców."
- tak napisałem w 2010 roku, po tym jak Amerykanie po 16 latach znów mogli mówić o sobie jako mistrzach świata.

Parę miesięcy temu, w "Poniedziałkowych Inspiracjach", analizowałem program drużyny USA za panowania Krzyżewskiego i Colangelo. O efektach tej pracy, o zmianie kultury, filozofii, podejścia Amerykanów do imprez międzypaństwowych, nadal mówi się za mało, więc przywołam ten tekst w całości.

#PoniedziałkoweInspiracje, 14 grudnia 2015.

"Ostatnio myślałem o kadrze USA a konkretnie o programie ratowania twarzy amerykańskiej koszykówki na arenie międzynarodowej powołanym w 2005 roku. Myślę, że nadal za mało mówi się o tym, jak niesamowitą pracę w tym czasie wykonali i nadal wykonują Mike Krzyżewski i Jerry Colangelo. Bo wiecie, dziś granie dla drużyny narodowej jest w USA znów sexy. Dziś namówić jakąś gwiazdę NBA na grę w imprezie międzynarodowej, na przyjazd latem na camp w Vegas już nie graniczy z cudem. Powołania dla graczy pokroju Raefa LaFrentza są na szczęście prehistorią. Usprawiedliwienia typu - muszę odpocząć po sezonie, żenię się, mam inne sprawy są po prostu słabe i nie za dobrze odbierane wśród samych graczy. Kiedyś było inaczej.


Pragnę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że jest całe pokolenie wielkich gwiazd NBA zupełnie straconych dla kadry narodowej.
Po historycznym Dream Teamie z Barcelony z 1992 roku był bardzo silny skład z Atlanty z 1996 roku. Cztery lata później w Sydney udało się zebrać całkiem niezłą ekipę, ale nie najmocniejszą z możliwych. Potem na długich osiem lat nad amerykańską koszykówką zawisła czarna kurtyna.

Spójrzcie:

Shaq O'Neal - Tylko dwa występy dla kadry. Atlanta 1996 oraz Mistrzostwa Świata w Kanadzie dwa lata wcześniej. Shaq przez dekadę był niszczycielem strefy podkoszowej. Międzynarodowa koszykówka nie miałaby na niego odpowiedzi - nie licząc sędziów FIBA. Niestety z jego wielkiego ciała nikt nie zrobił użytku w kadrze.

Kobe Bryant - Najlepszy przykład na działanie programu. Kobe ma na koncie dwie imprezy międzynarodowe z tym, że przygodę z kadrą zaczął dopiero w 2008 roku w Pekinie. Cztery lata później w Londynie obronił z kolegami olimpijskie złoto. Wcześniej, gdy był najlepszym zawodnikiem globu, nie interesowały go występy w barwach narodowych. Kobe marzy by pojechać przyszłego lata do Rio i w ostatnim rozdziale swojej kariery znów powalczyć o olimpijskie złoto.

Kevin Garnett - K.G. ma na koncie tylko jedną imprezę międzynarodową. Zdobył złoto w Sydney. Tyle go widziano.

Paul Pierce - Mistrzostwa Świata w USA w 2002 roku. I tyle.

Ray Allen - Podobnie jak K.G. tylko Igrzyska w Sydney.

Jason Kidd - Sydney 2000 a po latach Pekin 2008 ale to już, jak w przypadku Bryanta, efekt Krzyżewskiego i Colangelo.

Tim Duncan - Ateny 2004 zakończone w trzecim miejscu. That's it.

Vince Carter - Sydney 2000. V.C. przeskoczył przez wysokiego człowieka i skończył reprezentacyjną karierę. 

Allen Iverson -
Ateny 2004 zakończone w trzecim miejscu. That's it.

Chris Webber - Zero.   

Tracy McGrady - Zero. 


A teraz spójrzcie na efekt pracy Krzyżewskiego i Colangelo. Przeanalizujmy pokolenie graczy, którzy zaczynali swoje kariery tuż przed lub już po tym, jak przemodelowano program działania Teamu USA:


LeBron James - Ateny 2004 (IO), Japonia 2006 (MŚ), Pekin 2008 (IO), Londyn 2012 (IO). Chce pojechać do Rio.

Carmelo Anthony -
Ateny 2004 (IO), Japonia 2006 (MŚ), Pekin 2008 (IO), Londyn 2012 (IO). Chce pojechać do Rio.

Chris Paul - Japonia 2006 (MŚ), Pekin 2008 (IO), Londyn 2012 (IO). 

Dwyane Wade -
Ateny 2004 (IO), Japonia 2006 (MŚ), Pekin 2008 (IO).

Chris Bosh -
Japonia 2006 (MŚ), Pekin 2008 (IO).

Steph Curry - Turcja 2010 (MŚ), Hiszpania 2014 (MŚ).
Chce pojechać do Rio.

Kevin Love
- Turcja 2010 (MŚ), Londyn 2012 (IO). Chce pojechać do Rio.

Kevin Durant - Turcja 2010 (MŚ), Londyn 2012 (IO). Chce pojechać do Rio.

Russell Westbrook - Turcja 2010 (MŚ), Londyn 2012 (IO). Chce pojechać do Rio.

Początki były trudne ale z czasem Krzyżewski i Colangelo wypracowali pewną kulturę wokół kadry narodowej. Zawodnicy czują się teraz dumni z możliwości reprezentowania swojego kraju. A kiedy widzą, że w kadrze, podobnie jak w ich klubach, wszystko odbywa się skrajnie profesjonalnie, bez grama amatorstwa, że na wszystko jest konkretny plan działania, to tym chętniej świadomie rezygnują ze sporej części swojego prywatnego czasu i decydują się na grę w barwach narodowych. Drużna nie jest montowana naprędce na kilka tygodni przed ważną imprezą. Sztab trenerski doskonale ma rozpracowanych rywali i mimo, że ma potencjał pokonać jakąś ekipę różnicą 50 punktów, to staranny scouting jest już standardem ich pracy.
Amerykanie mają świadomość, że gdy jadą bić się o złoto to nie są traktowani, jak każda inna drużyna. Jest to zrozumiałe bo przecież skład zbudowany jest z gwiazd NBA. Krzyżewski wiele razy podkreślał to w Hiszpanii a ja miałem ten zaszczyt słuchać tego na własne uszy. Oczy koszykarskiego świata zwrócone są na nich, dlatego im zależy na tym, żeby nie tylko wygrywać, nie tylko wystawiać silne drużyny ale też robić to wszystko we właściwy sposób. Profesjonalizm przez wielkie P.
LeBron i Melo są w kadrze od 11 lat! Obaj w tym czasie opuścili tylko Mistrzostwa Świata w Turcji w 2010 roku. Wokół programu jest świetna atmosfera. Przez moment pojawiły się obawy, że wszystko skończy wraz z odejściem Krzyżewskiego, który po Rio kończy z kadrą, ale powołanie na to miejsce Gregga Popovicha daje gwarancję, że wysokie standardy będą tutaj nadal normą."


01:48, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
piątek, 12 sierpnia 2016
LeBron James i Cleveland Cavaliers dogadali się w sprawie nowego kontraktu. Jego wartość to $100 mln, płatne w trzy sezony. Ostatni rok umowy jest opcją gracza.

James zarobi $31 mln w nadchodzącym sezonie, co uczyni go, pierwszy raz w karierze, najlepiej zarabiającym koszykarzem NBA.
W kolejnym roku jego gaża wzrośnie do ponad $33 mln, co z kolei będzie najwyższą pensją za pojedynczy sezon w całej historii ligi.
W rozgrywkach 1997-1998 Michael Jordan dostał od Chicago Bulls niemal równe $33 mln. Dokładnie były to 33 miliony i 140 tysięcy dolarów. LBJ w rozgrywkach 2017-2018 dostanie więcej.

W ostatnich dwóch latach, lider Cavs decydował się na roczne umowy ze swoim klubem. Na początku lata, wiele wskazywało na to, że i tym razem będzie tak samo.

James, w oficjalnym oświadczeniu, pisze, że jest podekscytowany faktem, iż Cavs staną przed szansą obrony mistrzowskiego tytułu. Dalej dodaje, że nie może doczekać się zobaczyć całą ekipę razem, podkreśla wielką rolę fanów w sukcesie drużyny a na koniec wyraża nadzieję, że
J.R. Smith (nadal wolny agent) w najbliższej przyszłości dogada się z Cavs w sprawie nowej umowy.

LeBron ma za sobą 13 sezonów w NBA. Do tej pory, z samych kontraktów w lidze, zarobił $172 mln.

http://a1.fssta.com/content/dam/fsdigital/RSN/Ohio/2014/07/30/073014-FSO-NBA-LeBron-James-smiles.vadapt.955.medium.0.jpg
02:40, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 sierpnia 2016
Przy okazji promocji książki  „Życie to nie gra", zacząłem wspominać stare czasy, gdy Allen Iverson był kimś w NBA.
Z
racji warunków fizycznych, z którymi mogłem się utożsamiać (183 cm zrostu w butach, koło 70 kg wagi) był wtedy jednym z moich ulubionych graczy. Ale nie tylko za to go lubiłem. A.I. był przede wszystkim przedstawicielem wąskiej grupy zawodników, dla których mecz koszykówki, to nie jak 8h w robocie i do domu. Dla niego każde wejście na parkiet było sprawą życia lub śmierci. Dla niego nie istniało pojęcie meczów o nic, meczów, w których można się było oszczędzać. Graczy z takim podejściem jest zazwyczaj garstka na całe koszykarskie pokolenie.
 
Poświęcenie, pasja i ten specyficzny, zarozumiały charakter dawały mieszaninę, która tworzyła dwa skrajne sposoby patrzenia na Iversona. Pierwszy - to obraz bezkompromisowego sportowca zawodowego, który w meczach nigdy nie kalkuluje, nie cofa nogi, poświęca swoje wątłe ciało, gra choć niejednokrotnie zamiast na parkiecie, powinien spędzać czas w gabinetach lekarskich.
Drugi - lekkoduch, który nie wylewa za kołnierz, gość z dość lekceważącym podejściem do treningu, z lekką ręką do wydawania pieniędzy, mało odpowiedzialny, mocno balansujący w życiu prywatnym na granicy prawa i dobrych obyczajów.

Załóż gumowe rękawiczki, spryskaj obserwowaną powierzchnię dobrym środkiem do czyszczenia, weź gąbkę i szoruj. Pod tą warstwą brudu, zaschniętego, lepkiego alkoholu, niedopałków różnych ziół, pod warstwą spoconych białych t-shirtów znajdziesz prawdziwy, koszykarski skarb.

Nie znam nikogo, kto miałby idealną receptę na przejście przez życie bez wpadek i błędów. Dlatego staram się nie oceniać koszykarzy jako ludzi. Oceniam ich za to kim są i co robią na parkiecie. Kim jestem, żeby ich oceniać?

Dwa lata temu, w tekście o źle parkującym Gortacie, napisałem: "
Chcę się wzorować na koszykarzu NBA, gdy jest na parkiecie i w niedościgniony sposób uprawia ten sport, chcę słuchać muzyki, którą grają moi ulubieni wykonawcy, chcę oglądać filmy z moimi ulubionymi aktorami w rolach głównych. Tylko i aż tyle.
Nie zapytam ich jak żyć, nie poproszę o wychowanie mi dzieci, nie zdziwi mnie gdy zobaczę ich źle parkujących samochody, pijących alkohol, gadających głupoty. Oni są też tylko ludźmi - jak my. Moje zainteresowanie nimi kończy w momencie, gdy schodzą z parkietu, ze sceny, z desek teatru.
Marcin Gortat (i inni znani ludzie) robi wiele różnych rzeczy przez 365 dni w roku. Wchodzimy z aparatami i kamerami w jego życie, gdy tylko powinie mu się noga."

 

Iverson rozegrał w NBA 14 sezonów z czego 10 z kawałkiem w barwach 76ers. Na 135 meczów przeniósł się do Denver. Potem zaliczył nieudany sezon w Detroit Pistons. To właśnie tam, z różnych przyczyn, A.I. zamknął sobie drogę do NBA. Wprawdzie w kolejnych rozgrywkach (2009-10) był jeszcze w lidze ale grą trudno było to nazwać. Zaliczył ledwie trzy mecze w barwach Memphis Grizzlies po czym zniknął. Pomocną dłoń wyciągnęli do niego Sixers. W swoim drugim rozdziale w klubie, który wybrał go z pierwszym numerem draftu w 1996 roku, zapisał jedynie 25 meczów. Jak się potem okazało były to jego ostatnie mecze w NBA. Rozwód, problemy z alkoholem, hazardem, kłopoty z prawem. Koszykówka zeszła na bardzo daleki plan.
 
Zanim jednak Iverson przepił i przegrał w kasynach
swoje miliony, zanim na zawsze zamknął sobie drogę powrotną do NBA, był taki okres kiedy był jedną z najjaśniejszych gwiazd w tej lidze.
Iverson w latach 1999-2008 nigdy nie zdobywał mniej niż 24.8 punktu na mecz. Aż pięć sezonów w tym czasie kończył ze średnią powyżej 30 punktów! Jedenaście razy wybierany był do All-Star, został MVP sezonu w 2001
roku, był czterokrotnym królem strzelców, trzykrotnym najlepszym przechwytującym.
Jego średnia punktowa za całą karierę wynosi 26.7 na mecz (a do tego 3.7 zbiórki, 6.2 asysty i 2.2 przechwytu). Wyższą ma tylko pięciu graczy - Michael Jordan, Wilt Chamberlain, LeBron James, Elgin  Baylor i Jerry West.

Tylko sześciu graczy w historii ligi szybciej niż on osiągnęło próg 20000 punktów. A.I. zrobił to w swoim 713. meczu. Szybsi byli tylko Wilt Chamberlain (499), Michael Jordan (620), Oscar Robertson (671), Kareem Abdul-Jabbar (684), LeBron James (703) oraz Elgin Baylor (711).

Miał 183 cm wzrostu (w butach), ważył niewiele ponad 70 kg a mimo to przez ładnych parę lat nie było na niego mocnych. Nie było obrońcy, który byłby w stanie mu ustać, nie było obrony, której Iverson nie byłby w stanie rozmontować.
Pomyśl teraz o swoim grającym koledze, który ma ok. 180 cm wzrostu i waży ok. 70 kg. Wyobraź go sobie dunkującego i robiącego wszystko
to, co robił A.I. w krainie gigantów. Trudno to sobie wyobrazić? A no właśnie.

Larry Brown, który przez sześć lat trenował go w Filadelfii (to on w zasadzie zdefiniował na nowo jego rolę w NBA - z klasycznej jedynki z powodzeniem przekwalifikował go na bardzo nietypową dwójkę), powiedział kiedyś o nim "Pod względem fizycznym nigdy nie widziałem kogoś takiego jak on. Drugiego takiego już raczej nie będzie."
 
Szybkość, skoczność, zwinność, duża, wręcz legendarna, odporność
na ból.
W lutym 2005 roku zaaplikował obronie Orlando Magic aż 60 punktów!

W 2001 roku wprowadził 76ers do Finałów mając za partnerów grupę ligowych średniaków. Wielu zapamiętało go jako boiskowego samoluba, zarozumialca z przerośniętym ego, które ostatecznie go zgubiło. Oczywiście jest w tym ziarno prawdy.
Dla mnie był koszykarskim geniuszem, fizycznym wybrykiem natury, który swoją grą utorował niskim zawodnikom drogę do NBA oraz innych zawodowych lig. Jego serce do gry było czymś, co zdarza się niezwykle rzadko.

Historia Iversona uczy pokory i szacunku do życia, do pieniędzy i sławy. Kiedy przychodził do ligi buńczucznie zapowiadał, że nie tylko zdobędzie więcej mistrzowskich pierścieni, niż sam Michael Jordan, ale też po swój pierwszy tytuł sięgnie szybciej niż zrobił to M.J. Odszedł z ligi mając na koncie 24368 punktów. Wówczas tylko 16 graczy w całej historii NBA miało więcej. Wśród nich było tylko sześciu obrońców.

Odszedł,
mimo wszystko, nie tak jak na to zasługiwał. Odszedł "kuchennymi drzwiami" jako antybohater, który przegrał i przepił fortunę a karierę rozmienił na drobne.


       
       
       
       


    
17:15, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 10 sierpnia 2016
Mimo że był synem alkoholiczki i recydywisty, został jednym z najlepszych koszykarzy przełomu wieków. Dziś po dawnej sławie nie ma jednak śladu, bo Allen Iverson nie potrafił wygrać ze swoimi słabościami: skłonnością do picia, hazardu i wydawania pieniędzy lekką ręką. Niedawno historię koszykarza w szokującej książce „Życie to nie gra” przedstawił Kent Babb. Właśnie rusza przedsprzedaż polskiego wydania biografii!

 

We współpracy z Wydawnictwem SQN mam dla Was specjalny kod rabatowy na książkę w przedsprzedaży do wykorzystania na www.labotiga.pl/iverson-pakiety:

- Z kodem KAROLIVERSON rabat 25% (nie obowiązuje na pakiety).

- cena po obniżce: 29,90 zł – oszczędzasz 10 zł!

- wysyłka od 16 sierpnia – książka jeszcze przed premierą w Twoich rękach!

Od 31 sierpnia książka dostępna w salonach Empik w całej Polsce.

Wraz z przedsprzedażą książki na www.wsqn.pl/iverson-konkurs wystartował konkurs, w którym do wygrania są gadżety związane z Allenem Iversonem! Sponsorami nagród są www.hoops.pl oraz www.sklepkoszykarski.pl.

 

Fragment książki:

Był marzec 1997 roku. Wyprowadził piłkę ze skrzydła na środek linii rzutów za trzy punkty, zatrzymując się na chwilę. Tłum zaczął podnosić się z krzesełek. Nie wiadomo, czy zdawał sobie z tego sprawę, ale następowała właśnie wymiana pokoleniowa – 21-letni Iverson stanął naprzeciwko Michaela Jordana, swojego 34-letniego wzoru do naśladowania, który był wówczas twarzą NBA.

– Michael! – krzyknął wtedy w kierunku Jordana Phil Jackson, trener Chicago Bulls. – Zaatakuj go!

Jordan zmniejszył dystans do Iversona, młody człowiek zaczął kozłować pomiędzy nogami, po czym na chwilę zwolnił. Jordan, jeden z najlepszych obrońców w NBA, czekał z dłońmi na udach. Mniej więcej rok wcześniej Iverson powiedział swoim kumplom, że kiedy stanie wreszcie na najważniejszej koszykarskiej scenie świata, oko w oko z największą gwiazdą NBA, to wypróbuje na nim swój słynny crossover, którego nauczył się w Georgetown od Deana Berry’ego i który potem doskonalił podczas meczów z rywalami z konferencji Big East. Jeśli uda mu się minąć nim Jordana, to uda się minąć każdego.

Chwila prawdy nadeszła w 57. meczu rozpoczynającej się właśnie kariery Iversona. Allen zaczął kozłować w lewo, Jordan poszedł w prawo, co – jak uczył go Berry – było pierwszym krokiem do zrobienia skutecznego crossovera. „Jak z podręcznika” – powiedział wiele lat po najważniejszym egzaminie swojego ucznia Berry. Po chwili, po kolejnej krótkiej przerwie, raz jeszcze przyspieszył kozioł i przechylił się mocno w lewo. Jordan dał się tym razem nabrać, a debiutant w ułamku sekundy poszedł z piłką w drugą stronę, zatrzymał się koło linii rzutów wolnych, po czym rzucił z wyskoku. Zrobił pośmiewisko z najlepszego koszykarza wszech czasów.


       
       
       
       


Mieszkańcy Hampton obejrzeli tę akcję, a potem oglądali ją jeszcze wielokrotnie w podsumowaniu najlepszych akcji dnia. Niektórzy, nie mając pojęcia, co powinni zrobić, wybiegali na zewnątrz i trąbili klaksonami samochodów. Inni podbiegali do znajomych w sklepie, przybijali z nimi piątki i rozpoczynali rozmowę o ziomalu, który przeżył wszystko, a teraz minął nawet crossoverem Michaela Jordana.

 

O książce:

Niesamowity sukces i niewiarygodny upadek złotego dziecka koszykówki.

Syn alkoholiczki i recydywisty, który życia uczył się na niebezpiecznych ulicach Wirginii. Nie miał łatwego dzieciństwa, miał za to coś innego – wyjątkowy talent do koszykówki.

Był sportowym fenomenem. Unikał ciężkich treningów i przedmeczowych rozgrzewek, a w szatni zajadał się stekiem z frytkami, popijając je sprite’em. A potem wychodził na parkiet i zdobywał 50 punktów, ośmieszając przy tym samego Michaela Jordana.

Biografia Allena Iversona, jednego z najlepszych koszykarzy NBA przełomu wieków, to opowieść o tym, jak z dna dostać się na sam szczyt. I trafić z powrotem do piekła, przepuszczając po drodze ponad 150 milionów dolarów.

 

Autor: Kent Babb

Tytuł oryginału: Not a Game: The Incredible Rise and Unthinkable Fall of Allen Iverson

Tłumaczenie: Michał Rutkowski

Data wydania: 31 sierpnia 2016

Cena okładkowa: 39,90 zł

Format: 150 x 215 mm

Liczba stron: 336 tekst i 8 zdjęcia

ISBN: 978-83-7924-677-9

http://www.wsqn.pl/media/iverson%20-%20kent%20babb/iverson-front_1500px.jpg

09:37, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2016
Przed Wami 23 minuty bólu kostek. Sto najlepszych crossoverów minionego sezonu. To był fajny sezon. Warto odświeżyć wspomnienia.


       
       
       
       


http://i.cdn.turner.com/nba/nba/dam/assets/150722135123-kyrie-irving-handles-072215-00000000.1200x672.jpg
12:09, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2016

Minionej nocy oficjalnie rozpoczęły się 31 Letnie Igrzyska Olimpijskie. Jest to pierwsza w historii tego typu impreza rozgrywana w Ameryce Południowej. Do Rio de Janeiro przyjechało ponad 10500 sportowców, którzy reprezentują 206 narodowych komitetów olimpijskich. Są wśród nich koszykarze i koszykarki a ligi NBA i WNBA są reprezentowane w rekordowych liczbach.

Aż 46 zawodników NBA będzie walczyć w Rio, w barwach swoich krajów, o medale. Jest to rekord pod tym względem. Poprzedni ustanowiono cztery lata temu w Londynie. Wtedy 41 graczy z NBA reprezentowało swoje kraje.

Wśród kobiet, 26 koszykarek gra na co dzień w WNBA. To także rekord. Poprzedni wynosił 22, ustanowiony był 16 lat temu w Sydney.

23 drużyny NBA mają swoich przedstawicieli w Brazylii.
Pierwsi na liście są San Antonio Spurs z pięcioma reprezentantami. Utah Jazz mają czterech. Po trzech zawodników mają z kolei Chicago Bulls, Dallas Mavericks, Golden State Warriors, New York Knicks i Toronto Raptors. Sześć ekip (Brooklyn Nets, Denver Nuggets, Detroit Pistons, Los Angeles Lakers, Oklahoma City Thunder i Philadelphia 76ers) mają po dwóch swoich graczy w Rio.

Poza Stanami Zjednoczonymi, najwięcej zawodników z NBA ma Hiszpania, siedmiu. Australia, Brazylia i Francja mają po pięciu graczy NBA w swoich składach a Argentyna czterech.

Dziesięć, z dwunastu, ekip walczących w Rio, ma swoich szeregach przynajmniej jednego zawodnika NBA.

Poniżej pełna lista zawodników NBA, którzy walczyć będą w Rio.

Argentyna: Nicolas Brussino (Dallas Mavericks), Patricio Garino (San Antonio Spurs), Manu Ginobili (San Antonio Spurs), Luis Scola (Brooklyn Nets)

Australia: Aron Baynes (Detroit Pistons), Andrew Bogut (Dallas Mavericks), Matthew Dellavedova (Milwaukee Bucks), Joe Ingles (Utah Jazz), Patty Mills (San Antonio Spurs).

Brazylia: Leandro Barbosa (Phoenix Suns), Cristiano Felicio (Chicago Bulls), Marcelo Huertas (Los Angeles Lakers), Nene  (Houston Rockets), Raul Neto (Utah Jazz).

Chorwacja: Bojan Bogdanovic (Brooklyn Nets), Mario Hezonja (Orlando Magic), Dario Saric (Philadelphia 76ers).

Francja: Nicolas Batum (Charlotte Hornets), Boris Diaw (Utah Jazz), Rudy Gobert (Utah Jazz), Joffrey Lauvergne (Denver Nuggets), Tony Parker (San Antonio Spurs).

Litwa: Mindaugas Kuzminskas (New York Knicks), Domantas  Sabonis (Oklahoma Thunder), Jonas Valanciunas (Toronto Raptors).

Nigeria: Michael Gbinije (Detroit Pistons).

Serbia: Nikola Jokic (Denver Nuggets).

Hiszpania: Alex Abrines (Oklahoma Thunder), Jose Calderon (Los Angeles Lakers), Pau Gasol (San Antonio Spurs), Guillermo Hernangomez (New York Knicks), Nikola Mirotic (Chicago Bulls), Sergio Rodriguez (Philadelphia 76ers), Ricky Rubio (Minnesota Timberwolves).

USA: Carmelo  Anthony (New York Knicks), Harrison Barnes (Dallas Mavericks), Jimmy Butler (Chicago Bulls), DeMarcus Cousins (Sacramento Kings), DeMar DeRozan (Toronto Raptors), Kevin Durant (Golden State Warriors), Paul George (Indiana Pacers), Draymond Green (Golden State Warriors), Kyrie Irving (Cleveland Cavaliers), DeAndre Jordan (L.A. Clippers), Kyle Lowry (Toronto Raptors), Klay Thompson (Golden State Warriors).

A tu lista 18 kolejnych graczy, którzy są w Rio a w przeszłości grali w NBA.

Argentyna: Carlos Delfino, Andres Nocioni.

Australia: David Andersen, Cameron Bairstow. 

Brazylia: Alex Garcia, Marcus Vinicius. 

Chiny: Yi Jianlian.

Chorwacja: Roko Ukic.

Francja: Nando De Colo, Mickael Gelabale.

Nigeria: Josh Akognon, Ike Diogu, Ben Uzoh. 

Serbia: Nemanja Nedovic, Miroslav Raduljica. 

Hiszpania: Victor Claver, Rudy Fernandez, Juan Carlos Navarro.

http://bballhaven.com/wp-content/uploads/2016/01/boomers-660x330.jpg

18:26, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 sierpnia 2016
Oklahoma Thunder i Russell Westbrook dogadali się w sprawie nowego, trzyletniego kontraktu o wartości $85.7 mln.

Po odejściu Kevina Duranta do Warriors, mówiło się przez jakiś czas, że Thunder mogą chcieć wytransferować Westbrooka do innego klubu lub postarać się zatrzymać go pod kontraktem na dłużej. I właśnie ta opcja została wcielona w życie. Strony od paru tygodni negocjowały warunki nowego kontraktu. Jego stara umowa miała wygasnąć z końcem nadchodzącego sezonu.

27-latek miał zarobić w tym sezonie $17.8 mln. W świetle nowych postanowień kontraktowych, jego gaża wzrośnie o $8.7 mln. Każdy kolejny rok gry, wart będzie $26.5 mln. Jest to maksymalna stawka, jaką Thunder mogli dać swojej gwieździe.

W umowie zapisana jest opcja gracza na ostatni rok, co de facto oznacza, że klub z Oklahomy zabezpieczył przyszłość Westbrooka tylko o rok. Zamiast siadać do negocjacji latem 2017 roku, strony zrobią to 12 miesięcy później. O ile wcześniej Russ nie zostanie wymieniony. W tym biznesie nic nie jest pewne.

Latem 2018 roku, Westbrook będzie miał za sobą 10 sezonów w NBA a to oznacza, że będzie uprawniony do podpisania maksymalnego kontraktu o wyżej wartości. Zatem już teraz można śmiało przypuszczać, że skorzysta z prawa do odstąpienia od trzeciego roku tej umowy.

Westbrook zaliczył bardzo udany miniony sezon. Był czwarty w głosowaniu na MVP sezonu. 18 razy kończył mecze z triple-double (sześć razy w marcu), co w ostatnim 50-leciu udało się tylko jemu i Magic Johnsonowi. Jego średnie z rozgrywek 2015-16 sięgnęły 23.5 punktu (ósmy w lidze), 7.8 zbiórki, 10.4 asysty (drugi) oraz 2 przechwytów (piąty). 

http://cdn.fansided.com/wp-content/blogs.dir/157/files/2014/12/russell-westbrook-giannis-antetokounmpo-nba-milwaukee-bucks-oklahoma-city-thunder1-850x560.jpg
09:32, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 27 lipca 2016
Amar'e Stoudemire postanowił zakończyć karierę w NBA. 33-latek poprosił New York Knicks o zakontraktowanie go na jeden dzień, by mógł odejść z ligi jako gracz tej drużyny. Jego prośba została spełniona.
W oficjalnym oświadczeniu, Amar'e dziękuje właścicielowi Knicks, Jamesowi Dolanowi, Philowi Jacksonowi oraz Steve'owi Millsowi za spełnienie jego marzenia (o zakończeniu kariery jako Knick) oraz przywołuje lato 2010 roku, kiedy przeniósł się z Phoenix do Nowego Jorku i pomógł drużynie wrócić po sześciu latach do play-offs, a sam zagrał jeden z najlepszych sezonów w swojej 14-letniej karierze. Oświadczenie kończy słowami
"Once a Knick, always a Knick."

STAT był dziewiątym numerem draftu 2002 roku (Suns). Został Debiutantem Roku. Jego talent i niesamowity atletyzm dały mu przydomek Hell Boy. Już w swoim trzecim sezonie w lidze, razem z Suns zagrał niesamowitą serię w Finale Zachodu, przeciwko Spurs, późniejszym mistrzom NBA. Klasowa defensywa podopiecznych Gregga Popovicha nie miała odpowiedzi na młodego Stoudemire'a. 22-letni, wówczas, Amar'e zdobywał średnio po 37 punktów na mecz w tamtej serii (o prawie 10 więcej niż Tim Duncan).
Niestety kilka miesięcy później przeszedł bardzo poważną operację lewego kolana.
Dwa lata później poddał się niegroźnej artroskopii prawego kolana.
Nadal był postrachem defensywy rywali ale już tak nie dominował, nie latał, jak przez pierwsze trzy lata kariery.
W lutym 2009 roku poddał się dość poważnej operacji prawego oka, która zabrała mu sporą część rozgrywek oraz (na moment) postawiła znak zapytania przy jego sportowej karierze.
Latem 2010 roku przeniósł się do Nowego Jorku po nieudanych negocjacjach kontraktowych z Suns.
Pierwszy sezon w nowym klubie był znakomity w jego wykonaniu 25.3 punktu, 8.2 zbiórki, 2.6 asysty oraz 1.9 bloku. Amar'e został pierwszym graczem Knicks od czasów Patricka Ewinga, który został wybrany do Meczu Gwiazd.
Ale radość nie trwała wiecznie. Już w trzecim sezonie, zdrowie pozwoliło mu na zagranie ledwie 29 meczów.
Od października 2012 roku do okresu letniego roku 2013, STAT był aż trzy razy operowany. Raz była torbiel w lewym kolanie, raz artroskopia w prawym. W Nowym Jorku zrobiło się tak ponuro, że nawet zatajono informację o trzecim zabiegu.

Bardzo lubiłem Stoudemire'a. Może nie do końca za to jakim był koszykarzem bo wybitnych kampanii, przez problemy z kolanami, zagrał zaledwie kilka. Podobało mi się natomiast jakim był człowiekiem. Oczytanym, poszukującym, ciekawym w rozmowie, inteligentnym. Amar'e na Twitterze nazywa się Amareisreal. To taka gra słów i skojarzeń - Amare is real, Amare Isreal (Israel). Ładnych parę lat temu odkrył w swoim drzewie genealogicznym wątek izraelski. Od tamtej pory regularnie odwiedzał Izrael i okolice. Propagował czytanie książek (nawet sam napisał kilka książek dla dzieci), brał udział w wielu akcjach kulturalnych i charytatywnych, lubił gotować i poszukiwać nowych smaków.

W Londynie w 2013 roku udało mi się rozdrażnić Melo (to nie był mój cel) przez pytanie czyją drużyną są Knicks. Obok niego siedział Amar'e a w Knicks już wtedy zaczęło robić się źle.

Dwa lata później udało mi się z nim dłużej pogadać. Nasza rozmowa tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że STAT to fajny, zdystansowany do siebie gość.

Jestem więcej niż pewien, że życie po NBA, będzie dla Amar'e równie ciekawe lub nawet ciekawsze. Tyle książek do przeczytania/napisania, tyle miejsc do odwiedzenia, tyle smaków do poznania.
Żegnaj Amar'e!


  

13:48, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 310