Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zakładki:
MENU:
sobota, 11 sierpnia 2018

Jutro, od godziny 18.00 ruszamy z Podcastem Specjalnym Live. Będzie to #24 odcinek. Skoro #23 był o Michaelu Jordanie, to ten będzie wiecie o kim. Zapraszam!

Jeśli chcecie zadać jakieś pytania, zaproponować tematy, które powinniśmy poruszyć podczas transmisji, to piszcie w komentarzach lub bezpośrednich wiadomościach na wszelkich, możliwych platformach, na których istniejemy. Dajcie znać, co Wam się podoba, zasugerujcie co możemy poprawić, co zmienić. Jesteśmy bardzo ciekawi odbioru i odczuć słuchaczy. 
Do usłyszenia/przeczytania!



21:06, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 sierpnia 2018

To tak do wczorajszej rozmowy o Michaelu Jordanie w Podcaście Specjalnym Live.

17:26, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 sierpnia 2018

Z racji tego, że był to 23 odcinek Podcastu Specjalnego Live, największą jego część poświęciliśmy Michaelowi Jordanowu. 

Minutnik: 3:20 - Start sezonu 2018/19 17:00 - Michael Jordan 1:07:10 - kim będzie Zion Williamson 1:23:55 - pytania od słuchaczy

Jeśli chcecie zadać jakieś pytania, zaproponować tematy, które powinniśmy poruszyć podczas transmisji, to piszcie w komentarzach lub bezpośrednich wiadomościach na wszelkich, możliwych platformach, na których istniejemy. Dajcie znać, co Wam się podoba, zasugerujcie co możemy poprawić, co zmienić. Jesteśmy bardzo ciekawi odbioru i odczuć słuchaczy. 
Do usłyszenia/przeczytania!



20:46, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
piątek, 03 sierpnia 2018

Nie wiem, czy to była jedna z jego koszykarskich destynacji na nowy sezon, gdy myślał o przyszłości. Raczej wątpię. Nie wiem też ile zarobi za grę, nie wiem jaką formę zaprezentuje, ale za to wiem, że będzie to dla niego niezapomniane doświadczenie, że pozna interesujący kraj, serdecznych i ciekawych inności ludzi, znakomitą kuchnię no i na wiele miesięcy będzie mógł zapomnieć o zimowej kurtce. Liban. To tam zagra od nowego sezonu Nate Robinson. Jego nowym klubem będzie ekipa Homenetmen Bejrut, która jest aktualnym mistrzem ligi libańskiej. Jednym z jej zawodników był w ubiegłym sezonie był Walter Hodge, który przez parę sezonów występował w Zielonej Górze. 

Jeśli śledzicie mój blog od przynajmniej roku, to być może pamiętacie, że w sierpniu 2017 roku oglądałem z bliska Mistrzostwa Azji, które rozgrywane były w Bejrucie. To był fantastyczny wyjazd. TUTAJ więcej o tej wyprawie.

Dla 34-letniego Robinsona będzie to trzeci zawodowy wyjazd poza granice USA. W 2016 zagrał w barwach Hapoelu Tel Awiw.

Rok temu przeniósł się do ligi wenezuelskiej. Jego ekipa Guaros de Lara zdobyła mistrzostwo a on sam został wybrany MVP Finałów.

  

Robinson grał w ostatnich tygodniach w lidze BIG3. W jego drużynie występowali też Jermaine O’Neal i Amare' Stoudemire. Po cichu liczył, że dobrymi występami i wypracowaną formą utoruje sobie drogę z powrotem do NBA. Kilka klubów było zainteresowanych zaproszeniem go na wrześniowe obozy treningowe, ale bez wstępnej gwarancji na kontrakt obejmujący całe nadchodzące rozgrywki. Na tym etapie swojego życia i kariery, Robinson wolał wybrać pewną ofertę.

Jego ostatnim przystankiem w karierze NBA był Nowy Orlean w sezonie 2015-16. W barwach Pelikanów zaliczył ledwie dwumeczowy epizod.

Na przestrzeni 11 sezonów w NBA w barwach Knicks, Celtics, Thunder, Warriors, Bulls, Nuggets, Clippers i Pelicans, Robinson siedem z nich kończył z dwucyfrową średnią punktową. W 2013 roku, w Bulls zaliczył całkiem niezłe play-offy na ponad 16 punktów i 4 asysty. Jego średnie za całą karierę w NBA sięgają 11 punktów, 3 asyst oraz 2.3 zbiórki.

Robinson jest też trzykrotnym zwycięzcą konkursu wsadów (2006, 2009, 2010).

 

15:10, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 lipca 2018

Dziesiąta wieczorem w Toronto, u nas czwarta lub piąta nad ranem. Mniej więcej o tej porze kończyły się moje mecze Raptors w ACC. Po każdym z nich byłem zmęczony. Ale nie umiałem zdefiniować tego zmęczenia. Czy czułem się zmęczony tak, jak czuje się człowiek po godzinie dziesiątej wieczorem, po dniu pracy, emocji i wrażeń, czy raczej jak ktoś, kto jeszcze nie zasnął o tej czwartej-piątej nad ranem? Do końca nie umiałem sam siebie rozgryźć. A znam przecież wiele twarzy zmęczenia, niewyspania, suchych oczu, ciężkiej głowy, paru godzin biegania za piłką. To kanadyjskie zmęczenie, to było coś innego. Głównym winowajcą, był rzecz jasna mój biologiczny zegar, który nijak nie chciał się przestawić. Nie w stu procentach, no bo jakoś przecież funkcjonowałem w Kanadzie przez tych kilkanaście dni. A tak między nami mówiąc, to nie leciałem do Kanady do końca zdrowy. To też wpłynęło na moją formę podczas tego wyjazdu. Ale to nie temat na koszykarskie blogi.

Po moim pierwszym meczu, przeciwko Wolves, miałem dwa dni wolnego do kolejnego starcia. Raps pojechali w tym czasie do Waszyngtonu, ja miałem okazję, żeby przypomnieć sobie Toronto i okolice oraz poznać nowe miejsca. Pierwszy raz w życiu byłem na meczu hokeja. Kolejny raz dałem szansę hokejowi, żeby zagościł w moim sercu, ale hokej tej szansy nie wykorzystał. Nie odnajduję przyjemności w oglądaniu tego sportu, nie czuję emocji podczas meczu. Ale za to bardzo szanuję samych hokeistów, pracę, jaką wkładają w to, by sprawnie poruszać się na łyżwach. Bardzo szanuję też ich rozbudowane uda. Mecz, jaki miałem okazję oglądać, to był Mecz Gwiazd juniorów jednej części Toronto z juniorami z innej części miasta. W jednej z ekip grał mój kuzyn. Stąd moja obecność na tym meczu. Ale wróćmy do koszykówki.

Drugiego lutego do Toronto przyjechali Portland Trail Blazers. Gospodarze wygrali to starcie aż 130:105. W zasadzie, to już pierwsza kwarta ustawiła to spotkanie. Raps wygrali ją 37:18. Podopieczni Dwane'a Casey'a trafili tego wieczoru 19 trójek (na 40 prób). Blazers tylko 7. Znów sześciu graczy Toronto przekroczyło próg 10 punktów. Przewodził im DeRozan, który zdobył 35 punktów, na które złożyło się m.in. 6 trójek (na 10 prób). Dotkliwa porażka w play-offach z LeBronem trochę zatarła i zniekształciła rzeczywisty obraz Raptors z minionego sezonu. A obraz ten jest taki, że była to bardzo dobra ekipa, która wygrała 59 meczów, która miała dobry match-up zarówno z Bostonem jak i Filadelfią. Nie zapominajmy o tym. Była to ekipa, która była fajna do oglądania, która grała ciekawy i nowoczesny basket. Casey regularnie grywał 10-osobową rotacją i właściwie co wieczór kto inny mógł mieć swoje pięć minut. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że LBJ najpierw zwolnił Rapsom trenera, a potem wysłał ich najlepszego zawodnika do San Antonio. Ale wróćmy do tego lutowego wieczoru.

Damian Lillard zdobył 32 punkty i 10 asyst. Przy okazji przekroczył próg 10000 punktów w karierze. W szatni, po meczu, dowiedzieliśmy się, że Dame został ledwie ósmym w historii ligi zawodnikiem, który w ciągu pierwszych sześciu lat w NBA, przekroczył progi 10000 punktów i 2500 asyst. Pozostała siódemka to Michael Jordan, LeBron James, Larry Bird, Nate Archibald, Pete Maravich, Dave Bing oraz Oscar Robertson. Całkiem zacne grono. Widzieć atletyzm Lillarda na żywo, z pozycji parkietu, to jest coś! Mam wąską grupę zawodników NBA, którzy fizycznie mi zaimponowali, gdy miałem okazję widzieć ich na własne oczy. Lillard od lutego jest w tej grupie. Minięcie, przyspieszenie, zmiana kierunku ruch, wyskok, siła nóg. Telewizja nie do końca to oddaje.

Stałem sobie w szatni Blazers, analizowałem pomeczowe statystyki. Ktoś poklepał mnie po plecach. Odwróciłem się. "Masz statystyki z meczu? Mogę zobaczyć?". To był Lillard. Przy jego szafce leżała meczowa piłka, na pamiątkę, po historycznym występie. On sam stał w samej bieliźnie. Kontynuując mój przegląd ciał zawodników NBA - nigdy nie widziałem tak ogromnego tyłka i tak potężnie rozbudowanych ud u człowieka jego gabarytów. Pisząc ogromny i potężny, mam oczywiście na myśli, niesamowicie umięśniony, nie tłusty. Być może LeBron, w skali ogólnej, ma okazalsze uda, ale w tym pakiecie, patrząc od pasa w górę i od pasa w dół, Lillard jest jakby zbudowany z dwóch różnych ciał. To by tłumaczyło niektóre rzeczy, jakie robi regularnie w meczach. Dame komplementował DeRozana. Z uznaniem mówił o tym, że gracz Raps do swojej fizyczności i naturalnego ciągu na kosz, dołożył w tym sezonie rzut za trzy punkty, co czyni go jeszcze trudniejszym do krycia. 

Ja tego wieczoru ulokowałem swoje zainteresowanie w McCollumie. C.J.'a lubię za grę, ale również bardzo cienię za intelekt. Dwa dni wcześniej rzucił 50 punktów chicagowskim Bykom. W Toronto musiał zadowolić się zdobyczą na poziomie 21 punktów. C.J. jest bardzo zdyscyplinowany, jeśli chodzi o odżywanie i pomeczowe rutyny. Nie zaczął rozmawiać z dziennikarzami, dopóki nie zjadł posiłku, na który złożył się grillowany kurczak, warzywa i makaron. Widać, że mocno zależy mu przemodelowaniu własnego ciała. Jeśli śledzicie jego karierę, to zapewne wiecie, że na studiach był chucherkiem. Gdy trafiał do NBA, jego ciało nie było jego atutem. Od przynajmniej dwóch lat ciężko przemienia swoje słabości w siłę. 

C.J. jest zainteresowany dziennikarstwem. Ma za sobą doświadczenie z blogami oraz innymi formami pisania tekstów. Wspiera młodzież zainteresowaną dziennikarstwem, pomaga im zdobywać akredytacje na mecze Blazers i wprowadza w tajniki kontaktów na linii sportowcy-media. Wtedy jeszcze nie widziałem, że C.J. nosi się z zamiarem ruszenia z własnym podcastem. Projekt wystartował dopiero w marcu. 

Zapytałem go jak w idealnym świecie, według niego, powinny wyglądać kontakty między szeroko rozumianym światem mediów a zawodowymi sportowcami. Gdzie NBA mogłaby dokonać usprawnień na tym polu?

Wow, świetne pytanie (C.J. spojrzał w tym momencie na to, co widnieje na mojej akredytacji). Myślę, że śmiało można powiedzieć, że jeśli chodzi o naszą działkę, NBA, to relacje między dziennikarzami a graczami są całkiem poprawne. Powiedziałbym nawet, że z roku na rok są coraz lepsze i idzie to wszystko w dobrym kierunku. Najważniejszy jest wzajemny szacunek. My musimy zdawać sobie sprawę z tego, że pracą dziennikarzy jest zadawać nam pytania, pisać o nas, mówić. Oni muszą pamiętać, że my jesteśmy też ludźmi, ich słowa nie idą w próżnię, w dzisiejszych czasach ich słowa mają coraz większą moc. Jest paru dziennikarzy, którzy świetnie piszą, mają bardzo profesjonalne podejście do tego, co robią. Dopóki jest dla innych dziennikarzy taki przykład, dopóty pozostali ludzie mediów mają gotowy wzór, do którego mogą dążyć. 

O tym, co na zakończenie kariery uzna za swoje największe osiągnięcie?

Prostą odpowiedzią byłoby powiedzieć dużo wygranych meczów, tych najważniejszych, indywidualne wyróżnienia. Dla mnie ważne będzie, kiedy ludzie będą mówić o mnie, że podczas trwania mojej kariery w NBA postępowałem w życiu we właściwy sposób, że pomagałem w swojej lokalnej społeczności. To ważne dla mnie.      

Dwa dni później, Raps gościli u siebie Marca Gasola i jego Memphis Grizzlies. Byliśmy dokładnie w połowie najdłuższej w rozgrywkach 2017-18, czteromeczowej, serii meczów przed własną publicznością. Toronto wygrało to starcie 101:86. Ale wcale nie było tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Raps wygrali pierwszą połowę 12 punktami. Grizz wygrali trzecią kwartę 30:20. Zrobił nam się mecz. Znów sześciu graczy coacha Casey'a zdobyło dwucyfrową liczbę punktów. Aż jedenastu zawodników Toronto punktowało w tym spotkaniu. Ławka Raps pokonała swoich odpowiedników z Memphis aż 52:19. Goście z Tennessee zostali zatrzymani na niecałych 34% skuteczności z gry. 20 punktów, 6 zbiórek, 5 asysty, 2 bloki i 1 przechwyt zaliczył Gasol, ale był samotną wyspą, małym drewnianym kajakiem, o ile istnieją drewniane kajaki, pośród kawałków lodu na jeziorze Ontario. Kibice w ACC serdecznie przywitali Dillona Brooksa. 22-latek jest Kanadyjczykiem, wychował się na obrzeżach Toronto, w mieście Mississauga. Brooks skończył ten mecz z 12 punktami. Każdy z nich, mimo że do kosza gospodarzy, był fetowany przez kibiców w hali. Na meczu w ACC było ponad 50 osób z rodziny i znajomych Brooksa.     

Mimo porażki, całkiem rozmowny był Marc Gasol. Trzeba było to wykorzystać.

Hiszpan wyznał, że zbytnio nie zwraca uwagi na kontuzje, które trapią jego zespół. Jego zdaniem mecze wygrywa się bardziej głową, niż talentem. Dodał też, że w jego rozumieniu koszykówki, to defensywa determinuje, jak dana drużyna gra wa ataku. To dobre zagrania po bronionej stronie parkietu, nadają ton temu, co dzieje się w ataku. Jako lider stara się, żeby drużyna trzymała się razem, żeby nie było wewnętrznych podziałów. Jako lider zawsze pragnie być przykładem, ale w obronie, nie w ataku.

Dodatkowo zapytałem Marca o jego opinię na temat zmian systemu kwalifikacji do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. FIBA zrezygnowała z wakacyjnych turniejów na rzecz okien dla reprezentacji. Gracze NBA, z jasnych przyczyn, nie są w stanie pomagać swoim drużynom narodowym podczas sezonu.

Oczywiście, dla wielu krajów, które mają swoich przedstawicieli w NBA, to trudna do przyjęcia decyzja. Ale myślę, że każdą sytuację można rozpatrywać na dwie różne strony. Jasne, że chciałbym mieć możliwość pomagać swoim kolegom w zakwalifikowaniu się do turnieju w Chinach. Podobnie myśli większość zawodników NBA spoza USA. Ale z drugiej strony dla innych graczy otwiera się szansa, której być może by nie mieli, gdyby obowiązywał stary system. Cieszę się, kiedy widzę, że moi młodsi koledzy grają dla hiszpańskiej drużyny narodowej z dumą i pasją. To też okazja, żeby sprawdzić jak Hiszpania jest bogata w potencjał ludzki, jakie mamy zasoby. Oczywiście rozumiem kraje, dla których jeden zawodnik w NBA znaczył bardzo wiele dla kadry. Ale też staram się zrozumieć decyzję FIBA. Mam jednak nadzieję, że jeśli będzie więcej głosów niezadowolenia, jeśli ten system będzie wadliwy, to FIBA, ponad podziałami, znajdzie kompromisowe rozwiązanie. W niczyim interesie nie jest, żeby świat koszykówki był podzielony. Wszyscy przecież chcemy, żeby koszykówka się rozwijała, żeby uprawiało ją coraz więcej dziewcząt i chłopców z całego świata.

W rogu szatni siedział sobie spokojnie Mario Chalmers. Spokojnie, ale co jakiś czas, dogadywał coś do Gasola po niby-hiszpańsku. Marc w końcu zgasił go stwierdzeniem "Ej, Miami! Patrzcie na niego. Pograł trochę w Miami i myśli, że się hiszpańskiego nauczył. Nie, nie nauczył się." Siadłem koło niego. Wcześniej zapytałem oczywiście, czy mogę.

Zapytałem go o stan jego ścięgna Achillesa, które było zerwane i operowane w marcu 2016 roku. Zapytałem też czy sądzi, że DeMarcus Cousins będzie w stanie nie tylko wrócić do gry, ale wrócić na poziom All-Star. 

Czuję, że moja noga jest już z powrotem całkowicie zdrowa. Wracanie do formy, to był długi i żmudny proces, ale czuję, że zakończył się sukcesem. Jasne, że łatwiej wrócić tak po prostu, bez poprzeczki zawieszonej gdzieś wysoko, ale myślę, że DMC może wrócić do swojego poziomu sprzed kontuzji. Będzie musiał ciężko nad sobą pracować podczas rehabilitacji. Będzie też potrzebował czasu, żeby ścięgno odzyskało elastyczność. Potem musi odzyskać wiarę, że noga znów może mu służyć na 100%.

O tym, że gdy LeBron grał w Miami (Chalmers był graczem Heat przez ten cały czas), pod rządami Pata Riley'a, nie dało się usłyszeć o dramatach, problemach w ekipie Heat, szczególnie w okolicach trade deadline. W Cleveland stało się to normą. Chalmers spojrzał na mnie, sprawdził czy nagrywam, uśmiechnął się i powiedział:

Teraz, to ja już tylko martwię się o Memphis. My tu mamy swoje własne problemy w tym sezonie i staramy się je rozwiązać. Nie rozmawiajmy o przeszłości (śmiech).

Z czego jest najbardziej dumny w swojej dotychczasowej karierze.

Cieszę się, że byłem w stanie wygrywać na każdym poziomie mojego koszykarskiego rozwoju. Jestem mistrzem NCAA z Kansas (rok 2008, Mario trafił rzut za trzy punkty na miarę tytułu) i dwukrotnym mistrzem NBA z Miami Heat. Chyba każdy sportowiec pragnie być zapamiętany jako mistrz. Mi się to udało i to mówi samo za siebie.  

 

Czas znów był nieubłagany. Za sobą miałem już trzy mecze. A to oznaczało, że obejrzenia pozostały mi już tylko dwa. Dużym pocieszeniem był fakt, że jedną z ekip mieli być Boston Celtics. Ale o tym w części trzeciej...

 

23:56, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 lipca 2018

Wszyscy rozmawiają o Toronto. Porozmawiajmy więc o Toronto. Na przełomie stycznia i lutego kolejny raz odwiedziłem piękną Kanadę. Widziałem z bliska pięć meczów Raptors. Jak wiesz, mam już za sobą wiele koszykarskich imprez. Tych spod znaku NBA jaki i FIBA. Basket na żywo, dane mi było oglądać na czterech kontynentach. Mam już jakąś perspektywę. Tak myślę. Na ten moment stwierdzić muszę, że był to mój najlepszy wyjazd na NBA na żywo. By far, jak to mówią Amerykanie. Dlaczego? Udało mi się zrobić więcej, niż się spodziewałem. Porozmawiać z ludźmi, których istnienia mogłem się kiedyś jedynie domyślać oraz z ludźmi, z którymi zawsze chciałem pogadać. Mając już doświadczenie z poprzednich wyjazdów, tym razem próbowałem chodzić, gdzie wcześniej nie byłem, zwracać uwagę na rzeczy, o których wcześniej nie myślałem. Poza tym, wiesz, to jest NBA na żywo. To nie powszednieje, to się nie nudzi. Mieć możliwość zobaczyć na (dosłownie) wyciągnięcie dłoni, jak przygotowują się do meczów, jak trenują, jakie mają zwyczaje i rutyny, jak wprowadzają swoje umysły i ciała na meczowy poziom ci, którzy robią to najlepiej w tym biznesie. Być w szatni przed meczami i po nich. Zobaczyć, usłyszeć jak Brad Stevens rozmawia sobie spokojnie z Alem Horfordem nie o koszykówce, po czym obaj zaczynają zajadać się kanapkami z dżemem. To jest coś. Wiem, że wiesz, że w Polsce nigdzie indziej tego nie przeczytasz. Poza tym, ten wyjazd miał dla mnie dwa znaczenia symboliczne. Po pierwsze, być może, był to mój ostatni tego typu wyjazd na wielki basket. Kto wie? Ja nigdy nie biorę tego za coś pewnego. Nigdy nie wiadomo, co życie szykuje dla nas. Po drugie był to mój pierwszy wyjazd za ocean z akredytacją tylko na mój blog. I tak się teraz zatrzymałem wstukując te słowa...dla mnie to jest dużo. Raczej nie spodziewałem się, że aż tak to się potoczy, gdy wtedy, w niedzielę, 1 października 2006 roku, między talerzem rosołu a drugim daniem, zakładałem ten blog. To była długa droga. Od czegoś zupełnie niezobowiązującego, zrobionego z ciekawości, bo była moda na blogi, do miejsca, w którym odpowiednia komórka NBA uznaje, że jestem na tyle poważnym graczem, że można mnie zapraszać na mecze. Nie mam w życiu zbyt wielu osiągnięć. To coś, to w sumie też niczym monumentalnym nie jest, ale tak na skalę zainteresowania NBA, jest mi bardzo miło. Dzięki ligo!    

 

Czy mam opowiadać dlaczego zeszło mi tyle czasu, żeby zabrać za się spisanie tego? Może i mógłbym podjąć się takiej próby, ale po co? Myślę, że opowieść mogłaby nie być ani za ciekawa, ani zbyt blogowa i zapewne mało byłoby w niej highlightów. Choć, gdybyśmy się o coś założyli, to tak bym napisał, żeby było ciekawie. Znasz mnie nie od dziś. Możemy założyć, że taka była moja taktyka od samego początku. Chciałem wejść z tą relacją latem, gdy w lidze nie będzie się dziać za wiele, a Ty będziesz mieć więcej czasu na czytanie.

Ta wyprawa zaczęła się we wtorek, 30 stycznia, wcześnie rano. Tym razem, na szczęście nie musiałem brać nocnych promów, ani spać w Sztokholmie. Wszystko ułożyło się tak płynnie, że z Mariehamn poleciałem bezpośrednio do Sztokholmu, stamtąd do Toronto z przesiadką we Frankfurcie. Z lotniska Pearson, jak zwykle, odebrał mnie mój kuzyn Przemek. Mój bagaż wyjechał jako jeden z ostatnich, więc nie miałem już czasu jechać z nim do domu. Przebrałem się w samochodzie, wysiadłem na stacji metra Kipling, skąd zabrałem się do Air Canada Centre. To znaczy, czasu nie było, jak na moje standardy. Bo dla mnie pojawić się w hali na mniej, niż godzinę przed meczem, to jakby iść do restauracji, nie zjeść dania głównego, tylko zadowolić się sałatką. Nie przesadzam. Dla mnie, w oglądaniu NBA na żywo, najciekawsze jest całe to zaplecze, cała ta otoczka, której nie możesz zobaczyć w telewizji, o której mało kto mówi i pisze. Mecz jaki jest, każdy widzi. Najsmakowitsze jest to, co mało kto może zobaczyć, dotknąć, powąchać.

Nic się nie zmieniłaś ACC. Przywitałem ją niemal w takim stanie, w jakim opuściłem to miejsce rok wcześniej. W większości ci sami pracownicy ochrony, ci sami dziennikarze, beat writerzy, pracownicy barów i restauracji. Dopiero na miejscu, dociera do Ciebie, ilu ludziom NBA daje pracę. Nie musiałem już nikogo o nic pytać, poszedłem odebrać akredytację i...zacząłem swój taniec. No wiesz, dla tych, którzy robią to na co dzień, to po prostu kolejny dzień w pracy. Ja jestem gąbką. Gąbką jestem. Wpadam na NBA na żywo tylko raz na jakiś czas, więc staram się nasiąknąć tym wszystkim tak bardzo, jak tylko się da. Na moje standardy byłem dość późno. Na szczęście nie było jeszcze za późno, żeby zobaczyć jak do zawodów przygotowują się m.in. DeMar DeRozan i Jimmy Butler. Zwracam uwagę na wszystko i wszystkich, ale wiesz, gwiazdy to gwiazdy. Jakaś zbłąkana piłka wpadła w moje ręce. Odrzuciłem ją Jimmy'emu. Ten ją złapał i oddał rzut.

Wypracowałem już sobie kilka rutyn, odnośnie oglądania NBA w ACC, ale tym razem chciałem je nieco zmienić, usprawnić, poprawić. To znaczy sprawdzić, co i gdzie można zrobić dodatkowo. Nie chciałem też, jak w przeszłości, balansować między tym, co można, czego nie można, a tym, co trzeba. W końcu byłem tam pierwszy raz tylko i wyłącznie pod swoim, blogowym szyldem. A kiedyś przecież, dostałem żółtą kartkę przez Dwighta Howarda. Pierwszym moim usprawnieniem, było odkrycie, że do szatni zawodników, w odpowiednim czasie, można wchodzić też przed meczami. Sezon wcześniej umknęła mi ta informacja. To znaczy, nie odkryłem jej dla siebie, bo tu nie ma postaci odpowiedzialnej wyjaśnienie i pokazanie wszystkiego mediom, jak to zwykle bywa w Londynie.

I znów tam byłem. W tych murach, w tych szatniach, na tych korytarzach. Czułem się jakby od ostatniego mojego pobytu tam, nie minął rok z kawałkiem, a tylko tydzień, może miesiąc.

Raptors, tego pierwszego dla mnie wieczoru na kanadyjskiej ziemi, podejmowali u siebie Leśne Wilki z Minnesoty. Zabawne, bo właśnie mecz Minnesotą kończył moje sześciomeczowe tournée w rozgrywkach 2016-17. Tym razem je zaczynał. Raps wygrali to starcie 109:104. To był dobry, szybki mecz koszykówki. Po sześciu graczy w obu ekipach zdobyło dwucyfrową liczbę punktów. I może na tym poprzestańmy, bo rozmawianie w lipcu o meczach ze stycznia, raczej mija się z celem.

Po meczu poszedłem do szatni Wolves. Zdziwiło mnie, jak nie do końca atletyczne ciało ma Karl-Anthony Towns. A może to bliska obecność Jimmy'ego Butlera sprawiała, że standardy atletyzmu na ten wieczór, w tej szatni, zostały mocno zawyżone? Jeśli śledzicie moje relacje z wyjazdów w ostatnich latach, to wiecie, że zwracam na ten aspekt dużą uwagę. Na ciała zawodników. KAT ma do zrzucenia oponkę wokół talii. Może nie jest jakaś szokująca, ale przecież rozmawiamy o standardach zawodowego sportowca. Ogólnie, rzekłbym, że jest bardziej nalany, niż się spodziewałem. Zapewne to pozostałość z czasów, gdy był nastolatkiem, w sumie nie tak dawno temu.


Jimmy z kolei, to byk. Potężnie, ale bardzo proporcjonalnie zbudowany, z idealnie zarysowanymi mięśniami. To ciało jest żywym świadectwem ciężkiej pracy, jaką Jimmy B wykonał, by być tu, gdzie teraz jest. I tak sobie teraz myślę. Butler miał problem w ostatnim roku w Bulls, z młodymi, którzy według doniesień zbyt lekko podchodzili do treningów. Ostatnio też docierały do nas głosy, że Jimmy i KAT nie nadają na identycznych falach, jeśli chodzi o właśnie ten aspekt koszykarskiego rzemiosła. Może problemem w obu przypadkach było to, że Butler ze swoimi standardami, jeśli chodzi o trening i przygotowanie atletyczne, jest osobną ligą, wewnątrz tej ligi? Ligą, w której grają tylko on, LeBron, Westbrook, DeRozan i paru innych graczy w obecnej NBA. Może. Ale muszę też dodać, że Jimmy sprawia wrażenie człowieka, który lubi żartować, dowcipkować. I ma przy tym dość specyficzne poczucie humoru. 

Podczas konferencji prasowych, nie masz szans wjechać ze swoim pytaniem. Lista zagadnień do omówienia jest bardzo krótka i pierwszeństwo mają najwięksi gracze na medialnym rynku. Ci, którzy płacą lidze ciężkie miliony, by nie powiedzieć miliardy. Zrozumiałem to i przekonałem się o tym podczas Weekendu Gwiazd przed dwoma laty. Po dwóch-trzech pytaniach dziennikarza któregoś z wielkich graczy, wchodzi kolejny. Nawet lokalne media wtedy milczą. Pytania zazwyczaj są płytkie, dotyczą bieżących spraw, danego meczu w szczególności. Chyba, że akurat na tapecie jest jakiś temat przewodni, jakaś narracja, która wymaga komentarza. Najlepsze, najciekawsze, najwartościowsze i też najdłuższe rozmowy można odbyć w szatni z zawodnikami drugiego lub trzeciego planu. Ci, niejako w cieniu swoich wielkich kolegów, zazwyczaj nie mają problemu z tym, żeby zostać parę minut dłużej i pogadać. Czasem widać, że także im sprawia to przyjemność.  

Ja, tamtego wieczoru, pogadałem z Jamalem Crawfordem. 18 lat w NBA, 38 lat na karku. Te liczby nie są standardem w zawodowym sporcie. Zapytałem Jamala o sekret jego długowieczności.

- Cały czas kocham koszykówkę. Gram w kosza cały rok bez względu na to, czy to sezon czy wakacje. Staram się być w dobrej formie cały czas. Przez lata w zawodowej koszykówce, trzeba wsłuchać się w swoje ciało i zrozumieć, czego ono potrzebuje, by dobrze funkcjonować, by szybko się regenerować. Jeśli pewien sposób życia, treningu czy odżywiania Ci służy, to musisz przy tym pozostać. Jeśli wszedłeś na wysoki poziom, o którym marzyłeś, to myślisz sobie, OK teraz mogę znów zacząć jeść ciastka, lody i fast foody. I tu zawodnicy popełniają błąd. By zostać na wysokim poziomie, trzeba się o to mocno starać. To nie jest dane na zawsze. 

O swojej diecie.

Całkowicie zrezygnowałem ze słodyczy i jak dla mnie, to było świetne usprawnienie w mojej diecie. Zamiast jeść cukierki, czekoladę, ciastka i tego typu rzeczy, jako przekąski między posiłkami, do plecaka, do samolotu na wyjazdy, zabieram ze sobą różne rodzaje orzechów (i tu Jamal wyjął z plecaka paczkę orzechów, żeby mi pokazać co je). Moja żona była o krok przede mną, jeśli chodzi o tę część diety, więc było mi bardzo łatwo wejść w to samemu.

O diecie wegańskiej, która ostatnio stała się popularna wśród graczy NBA? M.in. Kyrie Irving na nią przeszedł.

Nie, to akurat nie dla mnie. Ja potrzebuję dużo białka. Wielkie ukłony w stronę Kyrie'ego, że daje radę. Gra świetny sezon, więc chyba ta dieta mu służy. Jego przykład pokazuje, że można być zawodowym sportowcem i stosować wegańską dietę, ale to indywidualna sprawa.

Kto jest lub będzie następnym Jamalem Crawfordem czyli uniwersalnym graczem z ławki, który może dostarczać punktów, gdy drużyna tego potrzebuje?

Powiedziałbym, że mój syn, ale on ma dopiero siedem lat więc trudno to przewidzieć (śmiech). A tak poważnie, to jest kilku graczy, z których wziąłbym po jednym aspekcie ich gry, połączył, a to dałoby w rezultacie mnie (śmiech).  



23:47, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 lipca 2018

Houston Rockets i Clint Capela porozumieli się w sprawie pięcioletniego kontraktu o wartości $90 mln. 24-letni Szwajcar był zastrzeżonym wolnym agentem tego lata. Rockets po cichu liczyli, że jakiś klub zaproponuje umowę ich zawodnikowi, a ci ją wyrównają. Niestety nic ciekawego nie pojawiło się na horyzoncie. Niejako "na boku" strony rozmawiały o kontrakcie. Rozbieżności były duże. Według wstępnych doniesień Rockets chcieli mieć go u siebie na mocy czteroletniej umowy wartej około $60 mln. Clint i jego obóz myśleli o czymś na kształt $25 mln za rok. Jego punktem odniesienia byli Steven Adams (cztery lata, $100 mln) i Rudy Gobert (cztery lata, $102 mln). Alternatywą zawsze pozostawała kwalifikowana oferta, która w jego przypadku wynosiła $3.4 mln. W takim scenariuszu, Capela stałby się za rok całkowicie wolnym graczem. To niosłoby za sobą ogromne ryzyko dla obu stron. Rockets mogliby po prostu stracić go na wolnym rynku. A kto wie, jak urażona duma zawodnika, podgrzana przez jego agenta, wpłynęłaby na jego decyzję za rok. Dla samego Capeli, gra na mocy jednorocznego kontraktu, za tak małą sumę, również byłaby ryzykiem. Czasem stawianie na siebie i granie o lepszy kontrakt nie zawsze się opłaca. Każda poważna kontuzja może zachwiać rynkową wartością, szczególnie u graczy na dorobku. 

Capela, w swoim czwartym roku w NBA, grał na poziomie 13.9 punktu, 10.8 zbiórki oraz 1.9 bloku. Trafiał 65.2% swoich rzutów z gry, co było najlepszym wynikiem w lidze. 

Uważam, że to dobry ruch. $18 mln za podkoszowego, to nie jest szokująca suma. Capela jest integralnym elementem sytemu coacha D'Antoni'ego. Patrząc w skali ogólnej jest, póki co, graczem z wieloma ograniczeniami - nie podaje, nie kozłuje, nie rzuca. To prawda. Ale dla tego, co grają Rockets, dla tego składu, dla tego systemu, jest niezbędny. Koniec kropka. Graczy takich, jako on, można w pewnym sensie, wychować sobie pod własnym kloszem. Capela w swoim pierwszym sezonie w NBA notował tylko po 2.7 punktu i 2.2 zbiórki. Ale do tego trzeba czasu. Ci Rockets go nie mają. Nie wiadomo ile dobrej i zdrowej koszykówki zostało w 33-letnich nogach Chrisa Paula. Harden za miesiąc będzie miał 29 lat. Jeśli Rockets marzą o tytule, a na pewno tak jest, to zatrzymanie swojego młodego centra, to jedna z najważniejszych i najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły im się tego lata. Gdy trójka Capela, Harden, Paul występowała razem, Rockets mieli bilans 42:3 w tym sezonie.      

22:48, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2018

Z listy wolnych agentów znika najstarszy z nich. 41-letni Vince Carter zdecydował się podpisać jednoroczny kontrakt z Atlantą Hawks. Wartość umowy to $2.4 mln czyli minimum dla weterana. Będzie to jego 21 sezon w NBA!

Travis Schlenk, menadżer Hawks, bardzo chciał dodać doświadczonego weterana do tego młodego składu. Zależało mu na pozyskaniu kogoś, kto miałby pozytywny wpływ na szatnię Jastrzębi. Ekipa z Georgii pozyskała w czasie tegorocznego draftu aż trzech zawodników w pierwszej rundzie. Byli to 21-letni Omari Spellman z trzydziestką, 19-letni Kevin Huerter z dziewiętnastką i wreszcie 19-letni Trae Young z piątką. Poza nimi, w składzie jest również 20-letni John Collins, wybrany w ubiegłorocznym drafcie. Hawks są w fazie przebudowy, drużyna zapewne nie wygra zbyt wielu meczów w nadchodzącym sezonie. W takiej sytuacji, obecność doświadczonego weterana, będzie na wagę złota.

Vince Carter trafił do NBA podczas draftu 1998 roku. Niecałe trzy miesiące później urodził się Trae Young. Niesamowity jest również fakt, że Vince jest też o osiem miesięcy starszy od ojca Younga!

Po trzech latach w Memphis, Vince związał się rok temu z Sacramento rocznym kontraktem o wartości $8 mln. Jego średni w barwach Kings sięgnęły 5.3 punktu, 2.5 zbiórki oraz 1.2 asysty w ciągu niespełna 18 minut na parkiecie. Vince zagrał w 57 meczach, cztery z nich rozpoczął w pierwszej piątce. Carter, z 24856 punktami w karierze, jest w tym momencie na 22 miejscu na liście najlepszych strzelców w historii NBA. O 424 punty przed nim jest Jerry West. 2104 celnych trójek daje mu ósme miejsce wśród najlepszych strzelców dystansowych. Do szóstego Paula Pierce'a brakuje mu 37 trafień. 

Pisałem to kilka razy, powtórzę i teraz - Vince zestarzał się z klasą jak Sean Connery. Od fizycznego wybryku natury, gwiazdy ligi, do roli wzorowego zadaniowca z ławki. Od dunkera do specjalisty w rzutach za trzy punkty. Wielu graczom przerośnięte ego nie pozwoliło na taką przemianę. Nie godzili się z upływającym czasem, nie docierało do nich, że wraz z ulatującym atletyzmem, powinni naturalnie usunąć się z pierwszego planu. Carter nie miał żadnych problemów z taką przemianą, która na pewno nie była łatwa.  Nie było mi dane oglądać go na żywo gdy osiągał swój fizyczny prime, ale mimo to bardzo się cieszę, że mogłem go zobaczyć z bliska w Toronto w tamtym sezonie. 

Swój najlepszy mecz, w barwach ekipy ze stolicy Kalifornii, zagrał pod koniec grudnia. W starciu z Cavs rzucił 24 punkty (10/12) a do tego dorzucił 5 zbiórek, 3 asysty, 1 blok i 1 przechwyt w ciągu 30 minut gry. Kings wygrali 109:95. 

Tuż po zakończeniu rozgrywek mówił: "Planuję wrócić w przyszłym sezonie. Na 90% jestem przekonany, że to będą moje ostatnie rozgrywki. Myślę, że czas już na mnie. No może dwa lata. Ale w tej chwili myślę tylko o tym najbliższym. Na tym etapie kariery, przechodzi się przez sezon i pyta samego siebie 'jak się czuję?'. W zasadzie to wakacje determinują wszystko. Mówiłem to wiele razy, powtórzę raz jeszcze - lato to najważniejsza część roku dla starszych zawodników takich, jak ja, Dirk i inni weterani. Wakacyjne przygotowania do nowego sezonu, to prawdopodobnie najtrudniejsza do zrobienia rzecz, kiedy zbliża się koniec kariery. Zawsze mówiłem, że przestanę grać, kiedy nie będę już w stanie zmotywować się do ciężkiej pracy latem, by być gotowym na trudy sezonu. Nigdy nie przystąpiłbym do rozgrywek nieprzygotowany. To by był z mojej strony brak szacunku do tej gry. Myślę, że te wakacje będą najtrudniejsze w mojej karierze. Teraz czuję się świetnie, a to zawsze dobry znak przez zbliżającym się latem."

10:41, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2018

Nagraliśmy z Michałem pierwszy odcinek podcastu o Toronto Raptors. Właściwie do ostatnich chwil biliśmy się z myślami, jak go nazwać (dzięki za pomysły na moim fanpage'u!). Chcieliśmy żeby było nawiązanie do czegoś kanadyjskiego, do samego Toronto, do Raptors, do South Parku. Jak już zaczęliśmy odrzucać pomysły i propozycje, to został nam motyw klonu. Syrop klonowy, klonowy syrop. Bitwa o klon, walka o klon. Stamtąd już było blisko do Gry o Klon. Nie chcieliśmy, żeby skojarzenie było zbyt odjechane, zrozumiałe dla garstki ludzi.

W pierwszym odcinku, trochę na wesoło, przypisujemy zawodników i ludzi z organizacji Raptors do pasujących do nich postaci z serialu South Park, którego obaj z Michałem jesteśmy wielkimi fanami.Chcemy, żeby motyw South Parku był motywem przewodnim tego podcastu. Dlaczego? Wprawdzie serialowe miasteczko leży w Kolorado, ale każdy kto ten serial zna, ten wie, że stosunek do Kanady i Kanadyjczyków jest tam uzewnętrzniany w bardzo specyficzny sposób. 

Dajcie znać, czy Wam się podobało. Możecie też zasugerować, o czym byście chcieli posłuchać, przy okazji kolejnego odcinka GOK.

Utwór, który otwiera i zamyka podcast, to utwór "Uncle fu*er" w wykonaniu Terrance'a i Phillipa, dwóch serialowych Kanadyjczyków. 

22:44, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 lipca 2018

Drobnych ruchów ciąg dalszy.

- Kevin Love zostaje w Cleveland! Strony porozumiały się w sprawie czteroletniego kontraktu o wartości $120 mln. 29-letni Love był w ostatnim roku swojego kontraktu. Za nadchodzące rozgrywki zarobi $24 mln. Love miał też opcję zawodnika za $25.5 mln na sezon 2019-20. Umowa skonstruowana jest w taki sposób, że Love wypełni swoją starą umowę, a z początkiem kolejnego sezonu, zacznie obowiązywać nowa. Można więc powiedzieć, że jest to w zasadzie pięcioletni kontrakt warty $144 mln. 

- Zgodnie z przewidywaniami, Carmelo Anthony zdecydował się połączyć siły ze swoim kumplem Chrisem Paulem w Houston Rockets. Na mocy rocznego kontraktu, Melo zarobi $2.4 mln. No i oczywiście trzeba dodać do tego $27.9 mln. Te pieniądze będą spływać do niego z Atlanty. Zatem, 34-letni Anthony zarobi w tym sezonie $30.3 mln za granie w koszykówkę.

- Mavs, oficjalnie już, zakontraktowali Dirka na nadchodzące rozgrywki ($5 mln). Będzie to jego 21 sezon w NBA! Nikt w historii ligi nie spędził tyle lat w jednym klubie. To jest coś!

- Tobias Harris oficjalnie odrzucił propozycję przedłużenia kontraktu o kolejnych pięć lat. W tym czasie zarobiłby $80 mln. Oznacza to, że 26-latek zostanie wolnym agentem przyszłego lata. Ruch jest czysto biznesowy. Po zakończeniu tych rozgrywek, Harris będzie uprawniony do podpisania pięcioletniej umowy z Clippers o wartości $188 mln. Każdy inny klub będzie mógł zaoferować mu maksymalnie $145.5 mln na mocy czteroletniej umowy.

-Dwyane Wade, podobno, ma na stole ofertę gry z Chin. Klub Zhejiang Golden Bulls oferuje mu trzyletni kontrakt warty $25 mln. Jeśli to prawda, to 36-letni Wadę będzie miał twardy orzech do zgryzienia. Jego wizją przyszłości było pozostanie w Heat, ale klub z Miami może zaoferować mu tylko $5.3 mln za ten sezon, w ramach wyjątku dla drużyny płacącej podatek lub tylko minimum dla weterana warte $2.3 mln. Decyzja nie będzie łatwa, bo z jednej strony oferta z Chin, to dla Wade'a najprawdopodobniej ostatnia szansa na zarobienia tak dużo za zawodową grę w koszykówkę. Plus będąc w Chinach, ugruntowałby na tamtejszym rynku swoją, i tak już silną, pozycję. Z drugiej strony, jego synowie coraz lepiej radzą sobie w koszykówce. Są nastolatkami i potrzebują ojca i mentora.

17:38, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 350