Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
MENU:
piątek, 16 lutego 2018

To już drugi sezon współpracy na linii NBA-Tissot. Szwajcarska marka, produkująca wysokiej klasy zegarki, od początku rozgrywek 2016-17 zaopatrzyła wszystkie 29 hal NBA w rewolucyjny zintegrowany system pomiaru czasu oraz w nowe zegary 24 sekund z innowacyjną technologią diod w szkle, opracowaną wyłącznie na potrzeby ligi NBA. Oglądając mecze NBA, logo marki Tissot nie mogło Wam umknąć.

Poza zaawansowanymi technologiami, Szwajcarzy wyszyli też naprzeciw oczekiwaniom kibiców NBA i wypuścili na rynek specjalne modele zegarków. Zegarki są tak różne, jak różne są gusta i upodobania kibiców.
W ofercie znajdują się zegarki typowo sportowe,
do koszulki Twojej ulubionej drużyny, gdy wybierasz się na mecz lub siedzisz ze znajomymi przed telewizorem.
Ale są też zegarki
eleganckie, do garnituru, na biznesowe spotkania. Nawet i tam możesz dyskretnie przemycać w swoim czasomierzu zamiłowanie do basketu spod znaku NBA.


Na ten sezon mamy kolekcję o nazywa Tissot Chrono XL NBA Teams. Na ten moment, szwajcarska marka ma modele dla fanów Chicago Bulls, Cleveland Cavaliers, Golden State Warriors, Los Angeles Lakers, San Antonio Spurs, oraz New York Knicks.  Na pytanie czy w przyszłości będzie można kupić modele pozostałych drużyn, odpowiadam - nie wiem.

Średnica koperty to 45 milimetrów - czyli cztery i pół centymetra, jak dobrze liczę. Grubość to 11 milimetrów. Więcej danych technicznych na stronie producenta TUTAJ.

Sugerowana cena detaliczna to około 1400 zł. 




Na moim własnym nadgarstku, zegarki Tissot Chrono XL NBA Teams prezentują się tak:

I tak

Oraz tak

 

 

Zegarek, to nie smartfon. Czas nie działa na niego niekorzystnie. Wręcz przeciwnie. W dalszym ciągu fani NBA mogą sięgnąć po modele, które Szwajcarzy zaprezentowali koszykarskiemu światu w poprzednim sezonie. Cała kolekcja liczy aż cztery modele. A są nimi: 


Model Tissot Quickster NBA - Czas zacząć grę. Jego sportowy charakter podkreśla a zarazem uzupełnia nowoczesny pasek typu Nato w barwach Twojej ulubionej drużyny. Tutaj znajdziecie wszystkie drużyny NBA. 

Dane techniczne modelu TUTAJ





 

Kolejnym modelem jest zegarek Tissot PRC 200 NBA Special Edition - Stylowy hołd dla nowej współpracy. Jest to świetny przykład połączenia klasycznej estetyki ze stylowymi detalami nawiązującymi do NBA.

Dane techniczne modelu TUTAJ






 

Dalej mamy model Tissot PR 100 - archetyp doskonałości. Swoją ponadczasowość zawdzięcza czytelnemu i stylowemu designowi, który nigdy nie wychodzi z mody.

Dane techniczne modelu TUTAJ





 

Na koniec model wagi ciężkiej. Specjalna edycja Tissot T-Touch Expert Solar NBA, poświęcona jest największemu w historii partnerstwu marki Tissot. Po ogłoszeniu tego przełomowego wydarzenia Tissot przygotował specjalną kolekcję, która doskonale ilustruje istotę współpracy Tissot i NBA. Specjalna edycja zegarka Tissot T-Touch Expert Solar NBA, pierwszego oficjalnego czasomierza NBA, odzwierciedla innowacyjną i precyzyjną technologię, której Tissot dostarcza w trakcie rozgrywek. Zegarek posiada funkcje dotykowe takie jak kompas, wysokościomierz i prognoza pogody, a jego odważny design przywodzi na myśl podejście do meczów najlepszych graczy.

Dane techniczne modelu TUTAJ





Kluczowe pytanie - gdzie kupić?
Autoryzowane sklepy Tissot znajdziecie na terenie całego kraju. Specjalna wyszukiwarka na stronie firmy, pomoże Wam odszukać sklep położony najbliżej Waszego domu. Adres wyszukiwarki TUTAJ.


23:23, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 lutego 2018

Poniżej archiwalny już zapis z naszego Podcastu Specjalnego Live! Zakładaliśmy, że będziemy rozmawiać dwie godziny, ale tak nas podcast poniósł, że ostatecznie wyszło ponad trzy. Jak masz do umycia podłogę, okna, łazienkę, jak masz do obrania ziemniaki, czy coś, to nastaw sobie w tle naszą rozmowę i działaj. Żeby nie siedzieć bezczynnie i słuchać. Może trening sobie zrób. Poruszaj się w domu. Sam nie wiem.

Możecie dać znać, czy Wam się podobało, co możemy poprawić, co zmienić. Jesteśmy bardzo ciekawi odbioru i odczuć słuchaczy.

Nasz pierwszy, eksperymentalny Podcast Specjalny Live, zrobiliśmy w miniony czwartek, podczas trade deadline. Słuchaliście? Jeśli nie, to jest dostępne archiwum z tego nagrania. TUTAJ część pierwsza i TUTAJ część druga.

Zapraszam! 



16:38, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 lutego 2018

Osiemnaście lat temu, Vince Carter przyjechał do Oakland nie tylko po to, żeby wygrać konkurs wsadów. On pojawił się tam tworzyć historię. 

Po dwóch latach przerwy, liga postanowiła przywrócić do życia konkurs wsadów. Dziwne rozumowanie, stojące za jego zdjęciem, to temat na osobną dyskusję. Vince Carter był w swoim drugim roku w NBA. Świat zdążył już dostać próbkę jego wyjątkowego atletyzmu, ale jego postać cały czas owiana była jakąś tajemnicą. Vince stał się zjawiskiem. Intrygował. Mówiło się o nim, o jego wsadach, o jego dynamicie w nogach. A pamiętać trzeba, że był to rok 2000. Nie mieliśmy społecznościowych platform, nie mieliśmy League Passa, nasz internet był wolny, jak Raymond Felton w kontrze. Może nawet jeszcze wolniejszy. NBA nie pomagała nam w oglądaniu Cartera. Amerykańskie stacje nie pokazywały w telewizji meczów Toronto Raptors. No bo wiesz, Kanada, to jest hokej, łoś, syrop klonowy i zima. A nie koszykówka.

A my jakoś, już nie pamiętam jak, chyba głównie od Niemca, dostawaliśmy gdzieś w krzakach, gdzieś za rogiem, ten wysoko pożądany, mało dostępny towar. Pamiętam, siedzieliśmy w szkolnej bibliotece. "Vince coś ostatnio bez formy." - rzucił Sylwek. "No, szczególnie ten ostatni wsad mu nie wyszedł." - odparł Rafał z zauważalnym sarkazmem w głosie. Sylwek i Rafał chodzili do B. Ja i moi kumple do C. Graliśmy razem w kosza, rozmawialiśmy o NBA, rywalizowaliśmy o miano najlepszej klasy w kosza w naszym liceum.   

Vince był wtedy kimś naprawdę wyjątkowym. Kimś, kogo, jeśli chodzi o wsady i poziom emocji, ta liga nie miała od czasów Michaela Jordana. Prawdopodobnie. Zachwycaliśmy się młodym Shaq'iem, młodym Penny'm, młodym Kiddem, młodym Hillem, oczywiście też młodym Bryantem. Ale z Carterm było inaczej. Kobe powoli wszedł w tę ligę. Kidd też. Shaq był wielki i robił niesamowite wrażenie, ale ciężko było się utożsamiać z takim ciałem i takim stylem gry. Ruchy Penny'ego i Hilla, mogłeś próbować naśladować. Albo mogło Ci się wydawać, że próbujesz je naśladować. Z Carterem było inaczej. Baliśmy się próbować go naśladować bo...o czym my to w ogóle mówimy? Prawie nikt z nas nie robił wsadów. Garstka sięgała do obręczy. Nawet na niskie kosze, to nie wyglądało dobrze. 

Carter robił w meczach takie rzeczy, których nikt wcześniej nie robił. Robił takie rzeczy, które mało komu wychodzą w pustej hali treningowej, lub w ogóle nie wychodzą. Dlatego jego przyjazdowi do Oakland na Weekend Gwiazd towarzyszyła łuna tajemniczości i podziwu. Nie tylko ze strony kibiców. Cały koszykarski świat czuł to samo. Ludziom parowały głowy od pytań co zrobi Vince, co przygotował na ten sobotni wieczór. Bo przecież poprzeczkę zawiesił sam sobie dużo wyżej, niż na trzy pięć.

Tamten konkurs oglądany po latach, był jak wino. Jeszcze lepszy. Bez 4K, ba nawet bez HD, bronił się swoją...czystością? Dopiero ostatnio konkursy wsadów zaczęły nawiązywać do tamtej czystości. Przez ładnych kilka lat formuła konkursu wsadów była błazenadą żywcem ściągniętą z amerykańskich teleturniejów. Uczestnicy zabierali nas w jakąś dziwną podróż, podczas której wsad, przed jego wykonaniem, trzeba było nam wcześniej opowiedzieć, wyjaśnić genezę pomysłu. Było przebieranie się w budce telefonicznej, peleryna. Rozumiesz? Superman. Były koszulki hołdy dla poprzednich gwiazd wieńczone bardzo przeciętnymi smeczami. Były konkursy smsowe w tle. Przez lata brakowało nam tamtego prawidła z roku 2000 i tych paru starszych. Brakowało nam normalnych, zdrowych dunków zakończonych kropką. Dunków, których nie potrzeba wyjaśniać i wprowadzać do tematu. Dunków, które wyjaśniałaby piłka, obręcz i walka z grawitacją.


Dlatego przez dobrą dekadę wracaliśmy do tamtego prawidła od Cartera. Jasne, przez lata przewinęło się wielu świetnych atletów, z pamiętnymi wsadami, które zapisały się w historii konkursu, ale pojedyncze zawody, podczas jednego wieczoru, w zamkniętej kompozycji, dostaliśmy dopiero w 2016 roku w Toronto. Miałem niesamowitą przyjemność oglądać te wydarzenia z pozycji parkietu hali Air Canada Centre. Historia, w pewnym sensie zatoczyła koła, bo przecież to postać Cartera zaczęła wprowadzać Toronto na koszykarską mapę NBA. Mało się o tym mówi, ale prawda jest taka, że gdyby nie Vince Carter, to wówczas niekoszykarskie miasto, podzieliłoby los Vancouver i straciło drużynę NBA. To on przez lata sprzedawał im bilety, zaszczepiał w młodych Kanadyjczykach miłość do koszykówki i przebojem wdarł się do amerykańskich domów. Andrew Wiggins, Tristan Thompson i cały kanadyjski zaciąg w NBA, to pokłosie Vinsanity.   

Ale wróćmy do roku 2000, do Oakland. Po pierwszym wsadzie mogło wydawać się, że Vince zawiesił sobie poprzeczkę za wysoko, bo skoro już na samym początku zrobił coś tak wyjątkowego, to co mógł przygotować na później? Później nikt już nie zadawał żadnych pytań. Później sami uczestnicy tego konkursu zamienili się w kibiców z najlepszymi miejscami do obserwacji. Kiedy jasnym stało się, kto ten konkurs wygra, choć w zasadzie już po pierwszej próbie Cartera można było gasić światło, liczenie punktów innym uczestnikom stało się czynnością bezcelową. Liczyły się tylko kolejne wsady Cartera. Tam tworzyła się historia na oczach największych gwiazd NBA. Shaq, Kobe, K.G. byli podekscytowani jak małe dzieci w sklepie ze słodyczami. A na parkiecie królował on. Vince miał to coś w swoich oczach, w swoim zachowaniu, w każdym ruchu no i w swoich wsadach. Coś jak Usain Bolt kiedy szykował się do swoich wielkich biegów. Vince znał swoją wartość. Zdawał sobie sprawę, że tworzy historię, że zaczarował największe gwiazdy ligi. Tego wieczoru Garnett był bezbronny jak niemowlę. 
Vince brał piłkę i "bang!". "It's over!" Internet, gdyby istniał w takiej formie jak dziś, musiałby eksplodować. Po tym wieczorze w Oakland ktoś musiałby zrestartować sieć.  
Musimy przypomnieć i podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze Vince większość swoich wsadów wykonał w pierwszej próbie. Żaden z dunków nie wymagał od niego więcej, niż dwóch prób. Po drugie, trzeba pamiętać, że był to konkurs, który stał na niesamowicie wysokim poziomie. Tracy McGradySteve Francis, Jerry Stachouse też dali popis dunkowania. Coś co lata wcześniej, a już na pewno lata później, mogłoby zapewnić im wygraną, tego wieczoru, w porównaniu z tym, co pokazał pan Carter, było jedynie tłem wydarzeń.

http://3.bp.blogspot.com/-6dQ0-Jolpmw/URRPbFoOo6I/AAAAAAAAB9o/7zRIWATQ2a4/s640/172.jpg

23:59, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 lutego 2018

Dziś o 21.30 Boston Celtics zagrają u siebie z Cleveland Cavaliers. Przy okazji tego starcia odbędzie się ceremonia zawieszenia koszulki z numerem #34, pod dachem TD Garden, w której przez piętnaście lat występował Paul Pierce.

http://karolsliwa.blox.pl/resource/pp.jpg

Siedzieliśmy z kumplem u mnie na chacie. To była późna jesień 2003 roku, może 2004, nie pamiętam i nie jest to aż tak istotne dla tej historii. Godzina też była późna. Oglądaliśmy mecz Celtics-Spurs i jedliśmy orzechowe wafle w mlecznej czekoladzie. Liga NBA oficjalnie, po paru sezonach niebytu, wróciła pod polskie dachy. Znakiem czasu było to, że już nie w darmowej, szeroko dostępnej TVP, już nie z Włodzimierzem Szaranowiczem, a w płatnym C+ z Wojciechem Michałowiczem. Ta kilkuletnia wyrwa pochłonęła wielu moich kolegów. Twoich pewnie też. Tylko nieliczni wrócili do NBA, tylko nielicznym chciało się przez ten nieludzki okres banicji żyć w podziemiu.

W podziemiu nie było łatwo. Raczkujące streamy w erze nie za szybkiego internetu, w większości z chińskim komentarzem, w większości w kalkulatorowej rozdzielczości. To nie był zbyt atrakcyjny produkt dla tak zwanego szerokiego grona odbiorców. Zdarzało mi się też wstawać w nocy i śledzić tekstowe play-by-play, co dziś, z perspektywy czasu, wydaje mi się szaleństwem. Ale to całe życie z NBA w podziemiu, było zarezerwowane tylko dla szaleńców. Nie wspominam nawet kanału DSF, bo gdy był, był luksusem, ale z tego co pamiętam w ostatniej fazie nawet i na solidnego Niemca nie można było liczyć. Z C+ w domu wróciliśmy na salony. Nie każdy go miał, dlatego w moim domu dość często odbywały się posiedzenia z NBA. Pamiętam, że na tę pierwszą noc otwarcia rozgrywek 2003-2004 przyszło do mnie dwóch najlepszych kumpli (nadal nimi są). Moja mama pościeliła nam w dużym pokoju a my, poważni studenci, na tę noc wylądowaliśmy pod jedną kołdrą. To były magiczne czasy, magiczne chwile. Recz jasna nie ze względu na spanie pod jedną kołdrą.   

Wracając do tamtego wieczoru z Celtics i Spurs. Nie lubiliśmy wtedy Ostróg. W owych czasach Spurs byli drużyną dla tych staruchów, którzy mieli po 28+ lat, którzy pamiętali koszykówkę, której my nie pamiętaliśmy. Gdzieś tam podświadomie czuliśmy, że jest jakiś ważny powód, dla którego cenią te wszystkie chore schematy Popovicha, że najprawdopodobniej my nie do końca je rozumiemy, ale oczywiście nigdy głośno tego nie powiedzieliśmy. Oficjalnie oni byli dziadkami a my byliśmy cool.

No i ci nudni Spurs przyjechali do Bostonu. Młodzi Duncan, Parker i Ginobili. A z nimi, jak to w Spurs, jakieś Neterovicze, Boweny, Marksy i tego typu kreacje.

Celtics byli wtedy ligowym przeciętniakiem. Grali tam tacy goście jak Walter McCarty (obecnie w trenerskim staffie Bostonu), Jiri Welsch, Eric Williams i również ten słynny w Polsce Jumaine Jones. Słynny, bo rokrocznie Magazyn Magic Basketball usiłował wmówić nam, że Jones jest Gruzinem, błędnie tłumacząc fakt, że ten studiował na uniwersytecie w stanie Georgia.

Wśród nich on - młody Paul Pierce.

Spurs, oczywiście bez większych kłopotów roznieśli wtedy Celtów w ich własnej hali. Tak, jak podopieczni Popa nie mieli problemów z wypracowaniem dużej przewagi, tak Pierce nie miał problemów z rozmontowywaniem ich żelaznej obrony. Co rzut, to kosz. Co minięcie, to obrońca za nim. Jedliśmy te orzechowe wafle w mlecznej czekoladzie i dziwiliśmy się czemu ci durnie nie podają mu piłki w każdej akcji, czemu jakieś wynalazki oddają bezsensowne rzuty, podczas gdy młody, głodny gry talent, stoi i patrzy. 

Grę Pierce'a polubiłem od samego początku, od jego przyjścia do NBA w tym skróconym o lockout sezonie 1999. Bezbłędny technicznie, wręcz majestatyczny w swoich ruchach. Może nie najszybszy, ale zawsze tam, gdzie chciał być, by zrobić to, co musiał zrobić. To była czysta przyjemność patrzeć, jak tańczył z piłką, która zdawała się przedłużeniem jego dłoni. Świetny, charakterystyczny rzut po zatrzymaniu, którym wygrał wiele meczów. Niemożliwy do krycia. Byłeś za blisko - mijał. Dałeś mu centymetr za dużo - karcił rzutem. Dla mnie poezja. Choć pamiętam, że moi koledzy, fani Lakers, żartowali z jego spowolnionego tempa i sporego tyłka. W ich ustach to jednak był komplement bo pamiętaj - nikt nie żartuje, nikt nie rozmawia o słabych, nieistotnych graczach. Bali się. W 2008 mieli powody, w 2010 mieli swój słodki rewanż a ja nadal uważam, że Celtics w tamtym składzie byli o zdrowe kolano Garnetta i/lub zdrowie kolano Perkinsa od dwóch a już na pewno jednego dodatkowego tytułu. Ty możesz utrzymywać, że to Lakers byli o jednego Bynuma od swoich tytułów, ale proszę Cię, to jest tekst o Prawdzie Pierce'ie. OK?  

Pierce zostawił wszystko na parkiecie. Po 19 latach gry w jego baku nie było już ani kropli. To było tak widoczne w tamtym sezonie. Te spracowane nogi już tak bardzo go nie niosły. Dał radę wystąpić tylko w 25 meczach. Może mógł w ogóle go nie grać, może mógł skończyć rok czy dwa lata wcześniej. Nie wiem. Ja tam nie należę do tych, którzy dają sobie prawo do wysyłania ludzi na emerytury i mamrotania o legacy. Nikt mu nie odbierze wielkich 14-15 lat w NBA. Nikt mu nie odbierze 2008 i wielu innych kamieni milowych.

Kiedy w kwietniu ubiegłego roku, w pewien niedzielny wieczór, Clippers i Jazz grali po raz siódmy i ostatni w serii I rundy play-offs, a Paul po raz ostatni w swojej karierze wybiegł na parkiet, dla mnie historia zatoczyła koło. Już bez orzechowych wafli w mlecznej czekoladzie, już nie u mnie na Makowej w Świdniku, a gdzieś tam daleko, na małej wyspie między Szwecją a Finlandią, ale cały czas z tym samym kumplem, z którym patrzyliśmy jak wtedy lata temu, dziurawił obronę Spurs, byliśmy świadkami jak rośnie jego gwiazda, tym razem przyszło nam wspólnie patrzeć jak gaśnie i odchodzi po raz ostatni. Jego przyjazd w odwiedziny do mnie nie był planowany pod kątem postseason w NBA. Kontuzja Blake'a Griffina i przedwczesne wakacje Clippers, już w I rundzie, też nie były z nami konsultowane.  Wątpię też, żeby fakt, że ten mój kumpel ma dziś urodziny, był w jakikolwiek sposób brany pod uwagę przy układaniu kalendarza imprez Celtics i terminarza NBA. Widocznie tak miało być.  NBA ma tendencje przenikać do mojego życia i spinać mi klamrą czasu różne okresy, różne wydarzenia, pamiętne momenty. Albo tylko tak mi się wydaje.

Nie zasypię Cię na koniec statystykami z kariery Pierce'a. Te znajdziesz w sieci. Alternatywne liczby wyglądają tak - 11 ciosów nożem, rozbita na głowie butelka we wrześniu 2000 roku pod jednym z bostońskich nocnych klubów. Potem poważna operacja. Tej historii mogło w ogóle nie być. Ale była i była piękna. 



#34 akcje


Trochę już mnie znasz. Wiesz, że nie przepuściłbym okazji do pochwalenia się tym zdjęciem...

http://karolsliwa.blox.pl/resource/DSC06027.JPG

18:12, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 lutego 2018

Poniżej wszystkie wymiany ostatniego dnia okna transferowego w NBA. To był dość szalony, dla Was wieczór, dla mnie środek dnia. Wróciłem z ACC z meczu Raptors-Knicks, siadłem do pisania, ale akurat Warriors grali z Mavs, więc spisałem tylko fakty i te drobne komentarze i poszedłem spać. Analizę Cavs zostawiłem sobie na rano. Zapraszam.  

 

Cleveland Cavaliers: Cavs wygrali ten trade deadline. Pozbyli się graczy, którzy nie mieli atletyzmu, siły, zdrowia, może też i chęci, żeby co wieczór iść na wojnę. Pozyskali zawodników młodych, zdrowych, atletycznych, którzy mają interes w tym, żeby grać dobrze. Co wieczór. Nie wiemy, co latem zrobi LeBron. Ja twierdzę, że kwestia jego odejścia, nie jest jeszcze sprawą przesądzoną. Mimo bagna? małego bagna? bagienka? kałuży z błotem? w tym momencie w lutym, ta sytuacja w maju może być historią starożytną. Miałem wczoraj taką ciekawą rozmowę wracając z meczu Raptors-Knicks. Celtics, Raptors, Wizards, może też Bucks i Heat mogą podejść do serii każdy z każdym w obrębie tych ekip i wszyscy, na swój sposób, mogą czuć się dobrze w danym matchupie. A teraz czy możesz to samo powiedzieć, będąc którąś z tych drużyn, w serii z LeBronem? Wątpię. Nadal musisz przejść LeBrona, pokonać go cztery razy w siedmiu próbach. Dalej biorę Cavs. DeMar DeRozan rok temu obiecywał, że zapłaci 100 dolarów (ok. 342 zł) temu, kto zdradzi mu receptę na zatrzymanie Jamesa. Te słowa, może i wypowiedziane w żartach, czytane między wierszami (pisałem, że lubię czytać między wierszami?) zostawiły po sobie niesmak. Wszak żaden menadżer, żaden kibic, żaden kolega z drużyny nie chciałby słuchać podobnych rzeczy od swojego lidera. Raps nie mieli żadnych argumentów w starciu z LeBronem w tamtych play-offach. Nikt nie miał.

George Hill, Jordan Clarkson, Larry Nance Jr i Rodney Hood to ludzie, którzy są nadwyżką nad Thomasem, Frye'em, Wade'em, Crowderem i Shumpertem. Są zdrowsi, szybsi, atletyczniejsi. Nie są wielkimi gwiazdami więc wejście za LeBrona czy nawet za Love'a nie powinno być dla nich problemem. Poza tym, zakładając, że James jednak odejdzie latem, cały ten zaciąg daje Cavs przynajmniej zaczątek czegoś, od czego mogliby budować na nowo. Clarkson i Hill są pod kontraktami do 2020 roku. Nance do 2019. Hood będzie wolnym agentem więc ma podwójny interes w tym, by dobrze grać. Cavs, poza ludźmi którzy odeszli, zapłacili za to tylko swój własny pick z tego roku, który znajdzie się w trzeciej dziesiątce.

Eksperyment z Thomasem trwał tylko 15 meczów i wyraźnie się nie sprawdził. Mam trochę dosyć argumentów, że szkoda go, że znów ktoś go nie szanuje, że znów jest transferowym mięsem. Jasne, szkoda go. Tak samo jak szkoda wszystkich innych transferowanych i bez mrugnięcia okiem zwalnianych młodych chłopaków. Tak, wszystkich ich szkoda. Ale to nie jest żaden argument w dyskusji o Thomasie i jego przydatności dla drużyny. Mówiłem wiele razy, że uraz jego biodra, to temat o którym za mało się mówi. On nie grał w koszykówkę siedem miesięcy! Wrócił i nie był tym Thomasem z Bostonu. Niestety dla siebie samego, dalej mentalnie był tym Thomasem z Bostonu. Tym z czwartych kwart. To było znamienne, kiedy po powrocie do gry po tylu miesiącach, dawał sobie prawo do krytykowania swojej nowej drużyny, jakby spędził w niej wiele lat i miał status gwiazdy, jakby sam grał dobrze. To go zgubiło. Zawodowy sportowiec musi być pewny siebie, ale cienka jest granica między wiarą w siebie i swoje możliwości a zwykłą śmiesznością. Straciłeś rękę! Bywało gorzej!


Thomas stracił swoje fizyczne atuty (albo powiedzmy optymistycznie jeszcze ich nie odzyskał), a co za tym idzie agresywność w ataku. W połączeniu z jego zatrważającą słabością w obronie, stał się dla Cavs czarną dziurą. Wszystko to w połączeniu z jego charakterem, dało w szatni Cavs patologiczną atmosferę. Jeśli Cavs marzyli o daniu sobie szansy na zatrzymanie LeBrona, musieli pozbyć się Thomasa. Ten w swoich oczach cały czas jest gwiazdą i za parę miesięcy poprosi o odpowiednie wynagrodzenie. 

Wracając do sytuacji Cavs. Ta drużna może teraz switchować w obronie. Hej! Pojawili się ludzie, którym można rzucać alley oopy. Do tej pory łapało je tylko trzech gości w Cleveland. Są ludzie, którym nie trzeba drenować kolan po treningach. Ta ekipa zyskała nowy, fizyczny wymiar. Cavs znów mogą grać szybko. Czy zdobędą tytuł? A czy zdobyliby go z Thomasem, Wade'em, Frye'em i Crowderem? No właśnie! To byłby skrajny wyraz braku szacunku dla Warriors i Rockets, żeby drużynie zmontowanej prawie od nowa, w dwie godziny (upraszczam) pewnego popołudnia w lutym, już teraz dawać szanse na wygranie w czerwcu. A czy wygrają Wschód? Nie wiem, ale wiem, że żadna z topowych ekip tej Konferencji nie ma zielonego pojęcia jak zatrzymać LeBrona. Cavs jako zarząd, zrobili wszystko, co mogli zrobić by dać sobie szansę na a) pozostanie silną drużną z aspiracjami na przynajmniej wygranie Wschodu, b) ściągnąć wartościowych pomocników LeBronowi, których sam chciał, c) nie zostać na pustyni, gdyby jednak LeBron zechciał odejść latem. Pick Nets ciągle jest w Cleveland. 

Temat tego, że od powrotu LeBrona do Cleveland w organizacji jest, za przeproszeniem, obora pełna łajna, to temat na osobna dyskusję. To cyrk LeBrona, za który odpowiedzialny jest LeBron i nikt inny. Jego roczne kontrakty to bat na zarząd Cavs, ból głowy, który nie daje im komfortu długofalowej pracy. LBJ chciał rok temu pier..onego rozgrywającego. Dostał Derona Willamsa, który może i był pier..ony, ale jako rozgrywający z piłką raczej się nie sprawdził. Z jednej strony masz u siebie gościa, u boku którego wstawiasz czterech przypadkowych facetów z przystanku autobusowego, i masz gwarancję przynajmniej Finału Konferencji. To jest coś, o czym ci wszyscy Celci, Raptorsi i Wizardsi mogą tylko pomarzyć ze łzami. Z drugiej strony jednak, co roku w lutym i czerwcu przeżywasz dramaty a swoją politykę kadrową modelujesz w zależności od grymasów króla. 

 

Los Angeles Lakers: Jeziorowcy wyczyścili sobie salary i dość niepostrzeżenie ustawili się w kolejce po wolnych agentów. Włóżcie między bajki, że ich skupienie jest na roku 2019. Magic Johnson i Rob Pelinka, za parę miesięcy, będą mogli zaproponować dwa maksymalne kontrakty. LeBronowi i Paulowi George'owi? Nie wiem. Ty mi powiedz. P.G. mówi, że zostanie w Thunder jest jego silną opcją, ale ostatecznie będzie musiał położyć na obu szalach (podobne) pieniądze a potem po obu stronach grę w dość prowincjonalnej Oklahomie i rodzinnym L.A. Grę u boku Westbrooka lub, ewentualnie, LeBrona. To są na razie trochę abstrakcyjne spekulacje, ale wystarczy, że jeden klocek domina zostanie przewrócony, a sprawy mogą zacząć dziać się lawinowo. To jest Los Angeles, to jest Magic Johnson, który ma szacunek wśród graczy, bo był tam i wygrywał wszystko. Tego nigdy nie można nie doceniać. 

Podobno agent Thomasa dał już wyraźnie znać, że jeśli jego klient ma być zmiennikiem w Lakers, to oni poszukają możliwości wykupienia reszty kontraktu i odejścia gdzieś, gdzie I.T. będzie mógł grać. Z bycia piątym w głosowaniu na MVP sezonu, nie tak dawno temu, Thomas ociera się o rolę zmiennika debiutanta. Ta ciężarówka z pieniędzmi, o której Thomas wspominał rok temu w Bostonie, wjechała na trasę szybkiego ruchu i odjeżdża. Oj, jak ona odjeżdża. Jak na tych filmikach z highlightów rosyjskich kierowców. Odjeżdża lewym pasem, na trzeciego.

Ale to nie jest problem Lakers. Thomas nie jest w ich planach na przyszłość. Nie, jeśli jest w nich LeBron. A jest.

 

Miami Heat: Na początku bardzo zaskoczyła mnie wieść, że Wade odchodzi. Pomyślałem o bananowej łódce, o jego przyjaźni nad życie z LeBronem. Zastanawiałem się czy James dał na to zgodę, czy nie wpłynie to na chemię Cavs. Ale później wszystko zaczęło układać mi się w logiczną całość. Tak miało być. LeBron na swoim Instagramie napisał, że jest szczerze szczęśliwy, że uwielbia swojego starszego kumpla, i że tak miało być. Później widziałem video, nagrane przez samego Wade'a, w którym to uśmiechnięty Wade, jak zakładam z kuchni swojego domu w Miami, wraz żoną, opowiada jak się cieszy, że wraca do Miami. Jego żona też wyglądała na szczęśliwą. Łącznie, wymiany Cavs, zwolniły im dwa miejsca w składzie, więc można się zastanawiać czy nie byłoby dobrym pomysłem zatrzymać Wade'a i mieć z niego pożytek w play-offs. W końcu ma trzy tytuły i tonę doświadczenia. Ale widocznie tak to miało wyglądać. To jest na swój sposób fascynujące, że obaj, LeBron i Wade, uznali, że tak będzie najlepiej dla obu stron. To nie spadło na nich jak grom. Wszyscy o tym wiedzieli. Heat tego chcieli. To było przygotowane. Ten pick, który Cavs dostali, to jest draft 2024. Nigdy nie widziałem tak oddalonego w czasie wyboru. To są te rzeczy, których odpowiednio nie doceniamy, jeśli chodzi o relacje i zależności w NBA. Wade ma 36 lat, nastoletnie dzieci. Siedzenie na walizkach to, na tym etapie życia i kariery, nie jest coś, o co warto wypruwać żyły. Fajnie walczyć o kolejny tytuł, ale Wade nikomu niczego nie musi już udowadniać. Plus - OK, może i umysł by chciał, może i ciało by chciało, ale tak normalnie, po ludzku, to ciało nie jest w stanie. I tyle w tym filozofii. Wade może mieć dobre mecze któregoś dnia, ale już nie da Ci tego co mecz. Od paru lat bolą mnie kolana, jak patrzę na grę Wade'a. Heat grają o play-offy i to będzie fajna historia tego sezonu. Wade przynosi swoje 11 punktów, 3 zbiórki i 3 asysty na Florydę.    

 

RESZTA WYMIAN:

- Rashad Vaughn był graczem Nets tylko w jednym meczu, tylko przez cztery minuty. Klub z Brooklynu, po trzech dniach od wymiany z Bucks, wysłał 21-latka do Nowego Orleanu w zamian za Dante Cunninghama.

Komentarz: Nie mam nic do dodania. Transferowe mięso.

 

 

- Bruno Cabolco nie jest już graczem Toronto Raptors. Klub z Kanady wysłał go do Sacramento Kings za Malachi Richardsona.

Komentarz: Jak wyżej. Nie mam nic do dodania. Transferowe mięso. Może jedynie to, że Cabolco to dla mnie człowiek zagadka. Ma 23-lata a gra już trzeci sezon w NBA. Gra to za dużo powiedziane. Jest w NBA, ale jest. Miałem okazję widzieć go parę razy na żywo. Ma świetne ciało do grania w koszykówkę. Ale ma też jakąś dziwną manierę, tak to odebrałem, że robi rzeczy jakby był do nich zmuszany, jakby jakoś tak od niechcenia. Był chyba jakiś powód, dla którego Raptors trzymali go tak długo u siebie bez wyraźnych wyników na parkiecie. Ale z drugiej strony był też powód, dla którego ostatecznie powiedzieli mu adeus

 

 

- Orlando Magic zdecydowali się wysłać Elfrida Paytona do Phoenix Suns za wybór w II rundzie tegorocznego draftu.

Komentarz: Payton będzie zastrzeżonym wolnym agentem w tym roku, więc rozumiem, że Magic nie chcieli go stracić za nic. Nie rozumiem jednak, jak można było zgodzić się na tak niewiele za, bądź co bądź, niespełna 24-letniego rozgrywającego, który w pewien sposób już jest sprawdzony w lidze. Jego 13 punktów, 4 zbiórki, 6.3 asysty oraz 1.5 przechwytu na mecz na moje oko zasługiwało przynajmniej na wybór w I rundzie draftu. Problem z Paytonem jest taki, że przychodził do ligi z reputacją twardego obrońcy i niezłego rozgrywającego. Rzecz w tym, że jego obrona tylko bywa dobra. Może to kwestia motywacji. Poza tym cały czas nie potrafi rzucać. Jego 52% z gry jest złudne, jeśli nie ogląda się meczów Magic. Większość jego trafień, to wysokoprocentowe penetracje. Można by rzecz, że Elfrid Payton ze swoją makabryczną fryzurą, nie był wart nawet funta kłaków.  

 

 

- Knicks, Mavs i Nugget dogadali się w sprawie trójstronnej wymiany, która wygląda tak:

Do Knicks trafi Emmanuel Mudiay z Denver.

Do Nuggets trafi Devin Harris z Mavs oraz wybór w II rundzie tegorocznego draftu (będzie to wybór od L.A. Clippers lub Knicks. Do Kolorado trafi ten niższy). 

Do Mavs przeniesie się Doug McDermott z Knicks oraz wybór w II rundzie draftu od Denver (via Portland).

Komentarz: Knicks chcieli młodego, atletycznego gracza. No i go dostali. Mudiay to 7 wybór draftu 2015, jeszcze nie zdmuchnął 22 świeczek z urodzinowego tortu, więc można przyjąć, że jeszcze wiele przed nim. Problem z nim jest taki, że poza atletyzmem, nie ma żadnych wyraźnych atutów. Fatalnie rzuca, źle broni, nie jest jakimś wybitnym podającym. Może zmiana otoczenia mu pomoże. Ciężko powiedzieć. Z jakiegoś powodu nie rozmawiał z mediami z Denver, co trochę mnie szokowało, że NBA pełna nakazów i zakazów nie ma jakiegoś przepisu na to, by usankcjonować jego współpracę z dziennikarzami. A przecież nowojorscy dziennikarze są w stanie szklankami pić krew z zawodników. Ciekawe jak Knicks planują podzielić minuty między nim a Frankiem Ntilikiną. Nuggets, w osobie Harrisa dostają weterana, którego obecność przyda się zarówno w szatni, jak i na parkiecie. McDermott może wywalczyć sobie minuty w rotacji Mavs, którzy nie grają już o play-offy. Jedynego, czego mu trzeba, to stabilizacja, zaufanie klubu w jego rzut. Strzelcy muszą być obdarzeni zaufaniem i kilkoma zagrywkami stricte pod nich.

 

 

- Los Angeles Lakers i Cleveland Cavaliers dogadali się w sprawie wymiany, na mocy której Jordan Clarkson i Larry Nance Jr. przeniosą się do Ohio. Do Kalifornii powędrują w zamian Isaiah Thomas, Channing Frye oraz wybór Cavs w pierwszej rundzie tegorocznego draftu. O tym wyżej. 

 

- Cavs zdecydowali się wysłać Dwyane'a Wade do Miami Heat za wybór w II rundzie draftu 2024 roku (podobno mocno chroniony, co by to nie znaczyło). O tym wyżej.

 

 

 - Cavs, Jazz i Kings dokonali trójstronnej wymiany, która wygląda tak:

Cavaliers dostają: Rodney'a Hooda z Jazz i George'a Hilla z Kings. 

Jazz dostają: Derricka Rose'a i Jae Crowdera z Cavs. 

Kings dostają: Joe Johnsona z Jazz, Imana Shumperta z Cavs oraz wybór w II rundzie draftu 2020 roku (via Miami).

Komentarz: Sytuację po wymianach z perspektywy Cavs omówiłem powyżej. Jeśli chodzi o Jazz, to zapewne nie byli w stanie dogadać się z Hoodem w sprawie nowej umowy. W związku z dynamicznym rozwojem Donovana Mitchella, klub postanowił skupić się na nim i dać mu więcej odpowiedzialności już teraz. Rose został przez nich zwolniony a Crowder, jak to Crowder, rzuci za trzy, trochę pobroni. To nie jest dobry sezon w jego wykonaniu, ale w Utah może się przydać. Poza tym, po słabym początku rozgrywek, styczeń w jego wykonaniu wyglądał lepiej. W systemie Jazz, podobnym do systemu Bostonu, Jae może trochę odżyć. Jest mi ciężko wyobrazić sobie, co Shumpert i Johnson wniosą do Kings, którzy już dawno sygnalizowali, że będą chcieć ogrywać młodzież. Shump ma opcję w kontrakcie na następne rozgrywki wartą $11 mln. To może być mały ból głowy Kings. O Johnsonie mówi się, że być może dogada się z klubem w sprawie wykupienia reszty jego kontraktu. Gdyby to się udało, kilka play-offowych klubów, mogłoby mieć umiarkowane zainteresowanie w pozyskaniu Iso Joe.

Jeśli chodzi o Rose'a, to plotka głosi, że Wolves mogliby być zainteresowani wyciągnięciem do niego dłoni. To by oznaczało małe Chicago w Minnesocie. Taj Gibson, Jimmy Butler i coach Thibodeau oraz Rose znów razem. Rose już nie jako gwiazda, już nawet nie jako zadaniowiec. Zależy z jakim nastawieniem Rose przyszedłby do klubu. Pamiętamy jego humory w Nowym Jorku i Cleveland. Młoda drużyna tego nie potrzebuje. A gwarancji, że coś takiego nie będzie mieć miejsca, Rose nie jest w stanie nikomu dać. Ale zakładając, że pokornie pojawi się w Minnesocie, by dać z siebie to, co jeszcze ma, to nie powinno zaszkodzić Wolves. Tak jak powiedziałem w podcaście u Michała, jestem w stanie wyobrazić sobie, że Rose przejmuje 5-6 minut w drugich kwartach, w pojedynczych meczach w lutym, marcu, kwietniu. Już nie tak, jak kiedyś, latając nad ludźmi, ale ten cross-over i łatwość penetracji nadal tam są. To znaczy bywają. Jeśli przyjdzie do klubu z oczekiwaniami bliskimi zera, to wszystko, co powyżej zera, będzie miłym dodatkiem. Parę koszulek na pewno sprzeda. Parę dodatkowych biletów też. 

 

 

- Bulls pozyskali Noaha Vonleh i gotówkę od Blazers. W zamian wysłali prawa do niejakiego Milovana Rakovica.

Komentarz: Blazers dostali wyjątek od sprzedaży o wartości $3.5 mln oraz zeszli poniżej progu, od którego odprowadza się do ligowej kasy podatek od luksusu. Rakovic, blisko 33-letnie Serb wybrany w 2007 roku w II rundzie draftu 2007 roku przez Mavs, w NBA nigdy nie grał i grać nie będzie. Jest to ruch, który ekipie z Portland oszczędził pieniądze a Bulls dał 22-letniego podkoszowego na schodzącym kontrakcie.

 

 

- Detroit Pistons pokusili się o dwa ruchy w ostatnim dniu transferowego okna. Najpierw pozyskali z Chicago Jameera Nelsona, a później Jamesa Ennisa z Memphis. Do Bulls trafił w zamian Willie Reed, który został następnie zwolniony. Dodatkowo, Bulls dostali od Pistons wybór w II rundzie draftu 2022. Grizzlies otrzymali Brice'a Johnsona oraz wybór w II rudzie draftu.

Komentarz: Ennis to przyzwoitej klasy skrzydłowy, który może nie zbawi Detroit, ale na pewno nie zaszkodzi tej rotacji. Nelson wraca pod skrzydła coacha Van Gundy'ego, z którym lata temu w Orlando, w zgoła innej roli, był częścią całkiem niezłych ekip Magic. Teraz przyda się jego doświadczenie weterana - na boisku i w szatni. Grizzlies i Bulls o nic nie grają w tym sezonie. Wybory, nawet w II rundach draftu, mogą się przydać.

 

 

- Atlanta Hawks wysłali Luke'a Babbitta do Miami Heat w zamian za Okaro White'a. White został potem zwolniony. Hawks pozyskali też Sheldona Maca w zamian za gotówkę. Mac podzielił losy White'a - został też zwolniony.

Komentarz: Babbitt wraca do Miami. Powalczy z Heat o play-offy a z kolegami z drużyny o 10-15 minut w meczu. 

 

 

WCZEŚNIEJ: 

7 lutego

Wymiana między Hornets i Knicks. Willy Hernangomez przenosi się do Charlotte. W przeciwną stronę wędruje Johnny O'Bryant oraz dwa wybory w II rundach draftu w roku 2020 i 2021. O'Bryant został przez Knicks zwolniony. 

Komentarz: 23-letni Hernangomez nie był zadowolony ze swojej roli w klubie. Jakiś czas temu poprosił Knicks o transfer. Ci spełnili jego życzenie. Hiszpan miał prawo być sfrustrowany. Po niezłym debiutanckim sezonie (8 punktów, 7 zbiórek w ciągu 18 minut gry) jego rola w obecnych rozgrywkach została zmarginalizowana (tylko 9 minut na mecz, w ledwie 26 spotkaniach). Hernangomez to bardzo dobry kolega Kristapsa Porzingisa. Grali w jednym klubie w Hiszpanii. 

 

 

5 lutego

Milwaukee Bucks pozyskali Tylera Zellera z Brooklyn Nets. W zamian oddali Rashada Vaughna i wybór w II rundzie tegorocznego draftu (jeśli będzie to wybór od 31 do 47. Jeśli nie, pick przejmą Suns. Jest to pokłosie ustaleń z Phoenix przy okazji wymiany z udziałem Erica Bledsoe. Przy czym jeśli tegoroczny wybór trafi do Arizony, Brooklyn dostanie od Bucks niezastrzeżony wybór w II rundzie draftu 2020 roku).

Komentarz: Bucks wzmocnili ławkę o solidnego podkoszowego. Nets kontynuują politykę gromadzenia młodych talentów oraz wyborów w drafcie, których w ostatnich latach nie mieli. 21-letni Vaughn był 17 wyborem draftu 2015. Póki co nie ustabilizował swojej pozycji w lidze. No i w Nets też nie zagrzał miejsca.

20:04, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 lutego 2018

Los Angeles Lakers i Cleveland Cavaliers dogadali się w sprawie wymiany, na mocy której Jordan Clarkson i Larry Nance Jr. przeniosą się do Ohio. Do Kalifornii powędrują w zamian Isaiah Thomas, Channing Frye oraz wybór Cavs w pierwszej rundzie tegorocznego draftu. 

18:20, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (4) »
środa, 07 lutego 2018

Los Angeles Clippers i Lou Williams doszli do porozumienia w sprawie trzyletniego kontraktu o wartości $24 mln. $17.5 mln z tej sumy, to pieniądze gwarantowane. Trzeci rok jest opcją klubu. Umowa wchodzi w życie z początkiem przyszłych rozgrywek. 31-letni Williams za te rozgrywki zarobi $7 mln.

Tym samym z giełdy nazwisk przewijających się przy okazji trade deadline (transferowe okno zamyka się jutro o 21.00 czasu polskiego) znika zawodnik, którego w swoich szeregach chciało mieć wiele klubów.

Williams gra w tym sezonie na poziomie 23.3 punktu, 2.5 zbiórki, 5.3 asysty oraz 1.1 przechwytu. Jest to jego trzynasty sezon na parkietach NBA, pierwszy w barwach Clippers. Bez wątpienia, to najlepsze rozgrywki w jego karierze. Williams zaczął karierę w barwach 76ers w 2005 roku. Po sześciu latach przeniósł się do Atlanty. Tam rozegrał dwa sezony. Następnie przez rok pograł w Toronto, by na rok z kawałkiem zakotwiczyć w Lakers. Transfer w trakcie poprzednich rozgrywek przywiał go do Houston.

Za grę w barwach drużyny z Kanady, Williams został wybrany Najlepszym Rezerwowym. Wiele wskazuje na to, że także i za obecne rozgrywki to wyróżnienie trafi w jego ręce.

To zdjęcie zrobiłem rok temu, w Toronto, kiedy Raptors starli się z L.A. Lakers, w barwach których Williams wówczas występował. Parę tygodni później został wytransferowany do Houston Rockets. 

20:17, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »

Fatalne wieści dla fanów New York Knicks i talentu Kristapsa Porzingisa. 22-letni Łotysz ma zerwane więzadło krzyżowe przednie w lewym kolanie. Czeka go operacja i wielomiesięczna rehabilitacja.

Do urazu doszło w drugiej kwarcie wczorajszego meczu Knicks-Bucks. Lider Nowojorczyków dynamicznie zaatakował obręcz, skończył akcję silnym wsadem, ale niefortunnie wylądował i upadł na parkiet, po czym błyskawicznie złapał się za lewe kolano z wyraźnym grymasem bólu na twarzy. Badanie rezonansem magnetycznym nie pozostawiło złudzeń.

Porzingis grał w tym sezonie (47 meczów) na poziomie 22.9 punktu, 6.7 zbiórki, 1.2 asysty oraz 2.4 bloku (najlepszy w lidze). To ogromny cios dla Knicks, którzy marzyli o powrocie do play-offów. Łotysz rozgrywał przełomowy sezon w swoim trzecim roku w NBA. Miał na koncie 11 meczów z przynajmniej 30 punktami. W poprzednich dwóch sezonach miał tylko trzy takie występy. Knicks z bilansem 23:32 są w tej chwili na jedenastym miejscu na Wschodzie. Przegrali cztery mecze z rzędu oraz siedem z ostatnich dziesięciu.

Najważniejsze pytanie dla Knicks brzmi teraz jak dużo czasu będzie potrzebował ich lider do powrotu do zdrowia a w perspektywie do poziomu All-Star. Patrząc na najnowszą historię zawodników, którzy przechodzili przez koszmar powrotu do gry po zerwanym ACLu, przerwa w grze Łotysza może wynieść nawet rok. Dante Exum potrzebował 14 miesięcy do powrotu na parkiet. Zach LaVine 12, Derrick Rose 14, Ricky Rubio 9, Jabari Parker 11.


05:31, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 lutego 2018

Pępowina została odcięta. Adam Silver wie, że przedsięwzięcie zwane "NBA w Londynie" było strzałem w dziesiątkę. Mimo, że grunt z pozoru nie był do końca pewny, bo przecież Anglicy nie są szaleni na punkcie koszykówki, to z wielu przyczyn to mogło się udać i się udało (przypomnijcie mi kiedy NBA przegrała na jakimś polu marketingowo w ostatnich latach).

Przede wszystkim gracze NBA nie mają bariery językowej. Mówcie co chcecie, ale nawet w XXI wieku fakt, że młodzi Amerykanie mogą sobie swobodnie rozmawiać na wyjeździe w swoim ojczystym języku, ma dla nich znaczenie. A to jest liga graczy, a Silver jest tak blisko graczy, jak Stern nigdy nie był. Bo nie chciał i nie musiał. Bo nie było internetu, a był Michael Jordan. Pamiętać też trzeba, że dla wielu z tych młodych chłopaków, wyprawa do Londynu jest pierwszą poważną wyprawą w życiu. Wielu z nich, pierwszy raz w życiu musi użyć paszportu, przed wejściem na pokład samolotu. Oczywiście nie licząc wyjazdów do Kanady na mecze z Raptors.

Dla nas, Europejczyków, do Londynu jest stosunkowo blisko a co równie ważne, jest relatywnie tanio przylecieć tu i spędzić te 2-3 dni. Londyn jest przepięknym miastem, w którym przy okazji wizyty związanej z NBA, można zrobić całą masę innych, pozasportowych rzeczy. Dziennikarze z różnych europejskich krajów pytają co roku Adama Silvera kiedy NBA zawita do ich krajów, i wtedy padają te wszystkie Włochy, Turcje, Hiszpanie i inne Francje. Silver jest mistrzem w odmawianiu, ale jednocześnie w dawaniu nadziei. Czytając między wierszami. Uwielbiam czytać między wierszami. Czytając między wierszami, można wywnioskować, że NBA może od czasu do czasu, przy okazji preseason przywieść swoje zabawki do europejskich piaskownic, które spełniają enbiejowskie standardy. Jest to nawet w pewnym sensie w ich marketingowym interesie, ale jeśli chodzi o mecz w ramach sezonu regularnego, mecze o ligowe punkty, o konkretne pieniądze, to nie. Londyn, tylko Londyn i nic więcej. Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Po co naprawiać coś, co nie jest zepsute?

Myślę, że zjawisko zwane "ligowy mecz NBA w styczniu w Londynie" przerosło oczekiwania, z którymi w 2012 roku podchodzili do niego David Stern i Adam Silver, który niedługo później miał przejąć fotel Komisarza ligi. Zjawisko to puściło korzenie i zaczęło żyć swoim życiem. Jego historia wprawdzie nie jest długa, ale chyba już powoli możemy zaczynać mówić o pewnego rodzaju tradycji oglądania ligowego meczu NBA na żywo, w styczniu, w Londynie. Jasne, trzeba jej cały czas doglądać i marketingowo dopieszczać, ale głód na NBA na żywo u europejskiego kibica jest tak wielki, że Silver mógłby równie dobrze przysłać do Londynu jakieś, z całym szacunkiem, Sacramento Kings i jakąś Atlantę Hawks i nadal wyprzedałby bilety do O2 w ciągu kilku godzin. Kto starał się kupić bilety do O2 na NBA, ten wie. Ja się nie starałem, ale słyszałem, że jest ciężko.

Jeśli czytaliście moją zeszłoroczną relację z Londynu, to może pamiętacie, jak pisałem o wielopoziomowości tego wydarzenia. Poziom, niewidoczny w telewizji, nieporuszany w mediach, a być może najciekawszy, to biznes. Adam Silver spotyka się w kuluarach z przedstawicielami FIBA oraz ludźmi, których możemy nazwać szeroko rozumianymi inwestorami. Założę się, że dla Silvera ten poziom jest równie ekscytujący, jak dla LeBrona awans do Finałów. Założę się też, że jesteśmy już bliżej, niż dalej sytuacji, w której NBA zacznie spieniężać coś, o czym wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli, że to można spieniężyć. Reklamy na meczowych koszulkach, to będzie nic. Takie samo nic, jak pomysły o możliwości zakupienia dostępu do ostatnich trzech minut pojedynczych meczów. W 2016 roku, po wizycie w Londynie, napisałem na temat Silvera, takie spostrzeżenie: "Adam Silver na kilometr wyczuwa pieniądze i dochodowe dla NBA deale. Tak to odbieram, gdy kolejny raz mam okazję słuchać go na żywo. David Stern kochał koszykówkę i miał głowę do interesów. Silver kocha biznes a koszykówkę po prostu lubi - lubi bo jest jego platformą do interesów. Może i też ją kocha na swój sposób ale biznes kocha mocniej. Być może i takie podejście utrzyma NBA na kursie wznoszącym. Nawet jest to wielce prawdopodobne. Myślę jednak, że może też zabrać ją w dotąd nieznane obszary. Nieznane, co nie oznacza złe dla ligi i tego sportu. Sliver ma świetny kontakt z mediami. Jest błyskotliwy. Nie zbywa nawet najgłupszych pytań (Stern robił to idealnie). Boję się go." Po latach nic się nie zmieniło. Nadal się go boję.

Tę odciętą, albo raczej podcinaną w ostatnich sezonach pępowinę, jako weteran meczów NBA w Londynie widzę całkiem dobrze. Przed tegorocznym wyjazdem zrobiłem sobie taki mały rachunek sumienia swoich wypraw na NBA. Policzyłem kraje, do jakich zabrała mnie koszykówka. Liczbę meczów, jakie miałem okazję widzieć na żywo. Nie wiem czemu to zrobiłem. Być może dlatego, że dla mnie, osoby która nie jest przedstawicielem któregoś z wielkich graczy na rynku mediów, dostanie akredytacji dziennikarskiej na mecz NBA, zawsze jest czymś niepewnym a z drugiej strony jest to zawsze dla mnie powód do dużej radości, gdy dostaję od przedstawicieli ligi, maila z pozytywną odpowiedzią.

Wracając do tej odcinanej pępowiny, do tych zmian, które zauważam na przestrzeni lat. W 2013 roku Amerykanie przywieźli ze sobą wszystko. Podkreślam - wszystko. Łącznie z parkietem, obręczami, ludźmi od ochrony, kamer, dźwięku. Przywieźli nawet Gatorade'y i kto wie, co jeszcze. Próbując wjechać ze swoim produktem na obcy rynek, nie mogli pozwolić sobie choćby na gram amatorstwa, choćby na kilka procent odchyłu do tego, co na co dzień dostajemy od NBA. Z czasem jednak NBA zaczęła zdejmować z siebie część obowiązków i powierzać je Anglikom. To są takie małe rzeczy, których zwykły kibic nie jest w stanie zobaczyć. Ja lubię łazić i węszyć, dlatego to zauważam. Plus mam na szyi akredytację, więc mogę zajrzeć w normalnie niedostępne miejsca. Pamiętam jak byłem świadkiem odpraw pracowników ochrony. W moim pierwszym roku to był język bardzo wyspecjalizowany. Cała ekipa była z USA. Odprawa miała jedynie na celu przypomnienie pewnych spraw. Dwa czy trzy lata później już tylko szef ochrony był Amerykaninem. Pod nim byli sami Anglicy i wiele trzeba było im tłumaczyć i wyjaśniać. Tak wynikało z tego, co słyszałem. W ostatnich dwóch latach cała ekipa jest angielska. Nie wiem jak sprawy mają się w przypadku relacji z kibicami w hali O2. Wiem za to, że jeśli chodzi o kontakty z mediami, to poziom profesjonalizmu spadł. Nie jakoś na łeb na szyję, ale spadł. Ludzie (angielskiej) ochrony nie są do końca pewni co media mogą, czego nie mogą. Gdzie mogą pójść, a gdzie nie. Media wiedzą, przecież nie są tam po to, żeby oszukiwać. Im zajmuje trochę czasu, zanim ustalą sobie pewne prawidła. W tym roku media miały kłopot, żeby... wejść do media roomu. Być może komuś nie zaświtało, że media i media room, to jednak coś, co zazwyczaj idzie w parze. Na szczęście z pomocą przyszła Betty, pani którą być może pamiętacie z moich wcześniejszych relacji. Zimny profesjonalizm. Jednak wolę go od ciepłego amatorstwa. Betty raz, dwa wszystkim wszystko wyjaśniła. Rozmawialiśmy o tym z Michałem Górnym w jego Podcaście Specjalnym


W porównaniu z latami poprzednimi, ten Londyn był dość chłodny. Trochę przypominał mi moje mecze sezonu regularnego za oceanem. Pamiętam, jak w 2013 roku wszedłem do O2 jak Alicja do krainy czarów. Rasheed Wallace, Jason Kidd, Melo Anthony, David Stern, byłe legendy ligi. Wszyscy siedzieli sobie w obrębie parkietu O2. Do każdego można było bez większych problemów podejść, pogadać, zrobić zdjęcie. Wszyscy robili zdjęcia. Nikt nie mówił, że nie można. Gwiazdy chętnie rozmawiały, chętnie pozowały. David Stern nawet polecił swojemu człowiekowi, by zrobił nam dwa zdjęcia na wszelki wypadek. Tak było. W latach następnych było podobnie. Już nie tak bajkowo, ale nadal jak we śnie. 

Sygnał, że będą zmiany, pojawił się rok temu. Ale w porównaniu z meczami za oceanem, to i tak jeszcze nie była sytuacja alarmowa.

W tym roku z różnych miejsc wiało chłodem. Oficjalne treningi nie odbywały się w O2, a w jakimś obiekcie sportowym w innej części miasta. Było mniej miejsca, mnie czasu elastycznego, żeby zrobić coś dla siebie. Można było przyłożyć dyktafon, gdy dany zawodnik mówił coś dla NBA czy ESPN w paśmie ogólnym, ale rozmowy 1x1 raczej nie istniały lub były bardzo mocno ograniczone. Przede wszystkim czasowo. A jak dla mnie, z dziennikarskiego punktu widzenia, z tego właśnie słynął Londyn. Z tej dostępności do postaci z NBA. Udało mi się chwilę pogadać z Dikembe Mutombo. Dałem mu brelok z logo mojego bloga. Ucieszył się. Przez dłuższą chwilę oglądał go i obracał w swoich wielkich dłoniach. Przypomniałem mu, nasze promo video sprzed roku. Porozmawiałem też trochę z Brianem Scalabrine'em, ale raczej nie odkryliśmy na nowo koła.


Poza tym europejskie media siadły w tym roku piętro wyżej, niż w latach poprzednich. Nasze dotychczasowe miejsca, za koszem, zajęły najsilniejsze media amerykańskie. Nie było dramatu, ale straciliśmy trochę bezpośredni kontakt z parkietem. 

Napisawszy to wszystko, nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jakbym się żalił. Przeciwnie. Ostatecznie, to nadal było NBA na wyciągnięcie dłoni a to się nigdy nie nudzi. Jeśli będzie mi dane być w Londynie na NBA za rok, przekonamy się czy tegoroczny chłód, to trend, który się utrzyma, czy było to jedynie roczne odstępstwo od, mimo wszystko, nieco innych standardów wypracowywanych od 2012 roku. Ze mną na pokładzie od 2013.

W dniu meczu, kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem spotkaliśmy się z Michałem Górnym i Kacprem Kacpą Lachowiczem na bardzo intersujacej rozmowie o życiu, koszykówce i paru innych rzeczach.


 

Parę spostrzeżeń:

- Joel Embiid jest wielki, ale w jego ruchach jest jakaś elegancka lekkość.

- Ben Simmons też jest duży, ale gdy biega z piłką, jego 208-210 cm wzrostu gdzieś się rozmywają. Świetnie się rusza, jak na takie warunki fizyczne.

- J.J. Redick mocno wziął pod swoje skrzydła T.J. McConnella. Widać to było podczas treningów, ale nie tylko. To przekazywanie wiedzy i doświadczenia, jest czymś, co podziwiam w NBA.

- Markelle Fultz to jest ciężki i zarazem fascynujący przypadek. W ogóle się nie uśmiecha, wygląda na wycofanego. Klub w dziwny sposób go izoluje. W otwartej części treningu siedział za jakąś instalacją z logo NBA. Nie widziałem piłki w jego dłoniach. O rzucie do kosza nie wspominając. Cała ta historia z jego urazem, to jest groteska w XXI wieku, w klubie NBA.

- Jaylen Brown jest niesamowitym atletą.

- Kyrie Irving to bardzo inteligentny człowiek. Jaylen Brown też.


Tak to mniej więcej wyglądało w tym roku z mojej perspektywy. Jak to ja, potrzebowałem trzech tygodni, żeby usiąść i to napisać. Jestem w Toronto, piszę o Londynie. Typowy ja...


23:08, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »

Marcin Więckowski z portalu Chicago-bulls.pl zadał mi parę pytań na temat debiutanckiego sezonu Lauri'ego Markkanena.

1. Za Chicago już 51 spotkań sezonu, Lauri Markkanen wystąpił do tej pory w 47 meczach i notuje średnio bardzo przyzwoite 15,3 punktów, 7,7 zbiórek rzucając na niezłej skuteczności 43% z gry, 36,5% z obwodu i rewelacyjne 85,5% z linii osobistych. Co Ciebie zaskoczyło na plus, co rozczarowało w wykonaniu Fina na przestrzeni tych kilkudziesięciu meczy w NBA?

Nic mnie nie zaskoczyło. Poważnie. Pamiętasz, rozmawialiśmy o nim w czerwcu, zaraz po drafcie. Opisywałem go w superlatywach i tylko bałem się trochę, że mogę przesadzać i nie być do końca obiektywny, ponieważ śledzę jego karierę już dłuższy czas. Miałem okazję widywać go i rozmawiać z nim na żywo, więc siłą rzeczy, mój stosunek do niego był i jest inny, niż do pozostałych debiutantów. Powtórzę więc to, co powiedziałem wtedy - Myślę, że Lauri ma duże szanse być kimś w NBA. Bulls wybierając go zyskali człowieka twardo stąpającego po ziemi, bardzo dojrzałego, jak na swój wiek. Człowieka, który nie boi się ciężko pracować nad sobą. Nadal liczę, że amerykańskie życie w blasku fleszy, nie zmieni jego skromnego, ułożonego, spokojnego, można by powiedzieć typowo fińskiego usposobienia. Pół sezonu z kawałkiem pokazało, że mamy do czynienia z wysokim o nieprzeciętnie ułożonej dłoni do rzutów, z wysokim o świetnej pracy nóg, całkiem atletycznego jak na wysokiego, białego Europejczyka. Nic mnie nie rozczarowało. Lauri ma oczywiście słabe strony, ale to nie jest nic, czego się nie spodziewałem po tak młodym graczu.

2. Fred Hoiberg próbował wielu ustawień w formacji podkoszowej. Laurii-Robin to podstawowy zestaw, dużo minut Markkanen dostawał z Portisem, sporo z Miroticiem kiedy grał jako potencjalny wyciągnięty na obwód center. Który zestaw Twoim zdaniem byłby docelowo najbardziej efektywny dla Fina i zespołu?

Teraz, kiedy faktem stał się transfer Mirotica, mamy jedno zestawienie mniej do przeanalizowania. Ale żarty na bok. Patrząc na front Bulls czysto pod kątem rozwoju Markkanena, ale też dobra klubu, to to z Lopezem wydaje się optymalne. Niedługo 30-letni weteran nigdy nie był pazerny na punkty. Jego dobra gra może odbywać się bez konieczności dostarczania mu piłek. Przy nim Lauri ma więcej swobody w ataku, a przy tym wartościowego obrońcę pod koszem, który jest w stanie niwelować braki młodego Fina po bronionej stronie parkietu.

3. Lauri Markkanen i Kris Dunn, czy po tej połówce sezonu (LaVine'a jeszcze nie wliczamy ) można mówić, że Chicago i Gar Forman zrobili dobry interes wymieniając Butlera na taka młodzież?

W takich sytuacjach pytanie brzmi jak bardzo Jimmy chciał odejść, jakie opcje za niego mieli na stole Bulls. Butler jest pod kontraktem (podpisanym jeszcze z Chicago) przynajmniej do wakacji 2019 (ma opcję na kolejny rok) więc Byki, teoretycznie mogły chcieć grać z nim w „waiting game”, ale oczywiście płynne załatwienie sprawy transferu leżało po obu stronach, bo klub chciał się przebudować a Jimmy wygrywać, póki jest młody i zdrowy. Historia wymian ostatnich lat pokazuje, że za gracza formatu All-Star ciężko jest dostać coś, co od razu wygląda dobrze. Dunn i Markkanen to inwestycja, która w tym momencie nie wygląda źle. Lauri ma szansę być kimś specjalnym w NBA. Dunn, po bezbarwnym sezonie w Minnesocie, w końcu zaczął grać jak rozgrywający pierwszej piątki drużyny NBA. Jeśli dodamy do tego wracającego do formy LaVine'a, który też jeszcze nie sięgnął swojego sufitu, to moim zdaniem, fani Bulls nie mogą narzekać na tę wymianę.

4. W jakiego gracza Chicago powinno celować w drafcie? Nie pytam o nazwiska a raczej o pozycję. Zakładając, że trzon stanowić ma trio Kris, Zach, Lauri wiekszą potrzebe widziałbys w srodkowym czy uniwersalnym graczu na pozycję nr 3?

Najlepszego! Bulls nie powinni aż tak bardzo skupiać się na tym kogo już mają i jakie pozycje muszą w teorii wzmocnić. Oni muszą wybrać najlepszego gracza, który w danym momencie będzie dostępny w drafcie, a potem dopiero zastanawiać się nad przyszłą rotacją. Jeśli będą mieli okazję wybrać kogoś lepszego, niż Dunn czy LaVine, to nie powinni nawet się zastanawiać. NBA to jest biznes.




15:51, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 338