Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Zakładki:
MENU:
czwartek, 08 grudnia 2016
Cleveland Cavaliers i firma Tissot doszli do porozumienia w sprawie wieloletniej umowy partnerskiej. W zawiązku z tym wydarzeniem, szwajcarska marka wprowadza na rynek zegarek wyprodukowany z myślą o Cavs, mistrzach NBA. Model nazywa się Tissot PRS 516 NBA Championship Watch 2016. Zegarek zdobi logo mistrzowskiej drużyny oraz umieszczony na kopercie wizerunek pucharu Larry'ego O'Briena.



Kolekcja limitowana obejmuje zaledwie 100 sztuk i dostępna jest w przedsprzedaży już od 1 grudnia. Przedsprzedaż prowadzona jest za pośrednictwem oficjalnego sklepu Cavaliers online oraz w naziemnym klubowym sklepie w hali Quicken Loans Arena. Dla drużyny z Ohio jest to pierwsza w historii umowa z marką działającą w branży związanej z zegarkami.


       
       
       
       


Gala, inicjująca wprowadzenie na rynek nowego zegarka, odbyła się w ubiegłym tygodniu, przy okazji meczu Cavs-Clippers.
David Griffin, menadżer Cavs, Len Komoroski, CEO, coach Tyronn Lue oraz zawodnicy Cavaliers, otrzymali zegarki Tissot PRS 516 NBA Championship 2016.
Z kolei François Thiébaud, prezes marki Tissot, otrzymał zaszczytny tytuł honorowego kapitana drużyny Cavs.


18:13, ludwisarz , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 grudnia 2016
W miniony czwartek Warriors grali u siebie z Rockets. Goście z Houston wygrali to spotkanie po dwóch dogrywkach. W drugiej z nich, Draymond Green, w podkoszowym tłoku, przyłożył łokciem Hardenowi i poprawił swoją firmową latającą nogą. Sędziowie, bardzo słusznie, uznali to zagranie za niesportowe.
Liga, już dzień po tym wydarzeniu, postanowiła skodyfikować co rozumieć będzie pod pojęciem nienaturalnych ruchów i wydała "unnatural act rule."


       
       
       
       

 W skrócie, jak mówi sama nazwa, sędziowie będą mocno przyglądać się wszystkim nienaturalnym ruchom zawodników, szczególnie jeśli konsekwencją tychże ruchów będą niebezpieczne interakcje z ciałami przeciwników. Brzmi logicznie.

Draymond Green widzi to trochę inaczej i całą sprawę odbiera dość osobiście.

"Śmieszy mnie to bo niby skąd oni mogą wiedzieć, jak moje ciało ma się zachować, gdy następuje kontakt. Nie wiedziałem, że ludzie z ligowe biura są tacy mądrzy w kwestiach odruchów ludzkiego ciała. Nie wiem, może studiowali kinezjologię i tego typu rzeczy, żeby mogli powiedzieć jednoznacznie jak dane ciało ma się zachować w konkretnych sytuacjach, gdy wejdzie w kontakt z innym ciałem.  
Jestem pewien, że wiele z tych osób, które zajmowały się tą sprawą, nie jest w stanie w ogóle doskoczyć do obręczy. Mimo to, mówią jak ciało będące wysoko w powietrzu, ma zareagować na kontakt. Naprawdę nie rozumiem tego. To tak, jakbym ja poszedł do nich do biura i powiedział - hej, tu masz błąd w papierach. A przecież ja nie wiem nawet jak ta papierkowa robota ma w ogóle wyglądać.
Zrobili przepis i zrobili mój przepis.
Jeśli mówią, że robię nienaturalne ruchy, to to co robi James Harden, z całym szacunkiem, nigdy nie widziałem wcześniej, żeby ktoś tak wchodził pod ręce obrońcy idąc po layup. James to zaczął. To też nie jest naturalny ruch. Więc jeśli robią przepis, to niech go robią. Jeśli chcą wyeliminować nienaturalne ruchy z gry, to niech wyeliminują każdy z nich.    
Nie wiem. Pozwólmy im mówić ludziom, jak ich ciała mają się zachowywać. Ale niech wezmą jeszcze parę lekcji z kinezjologii. Niech zrobią nagranie z zajęć z ruchów funkcjonalnych i pokażą mi jak prawidłowo działa ludzie ciało bo najwidoczniej moje ciało nie działa w prawidłowy sposób."


(Odgłos powolnego klaskania) To jest tak głupia logika, że aż trudno powiedzieć, od czego zacząć.
Nie umiem grać w piłkę nożną jak Ronaldo czy Messi. Czy to oznacza, że nie mogę się znać na piłce? Czy to znaczy, że nie mogę o niej rozmawiać?
Gregg Popovich zapewne nie doskakuje do obręczy, i na pewno przegrałby mecz 1x1 z każdym zawodnikiem NBA. Czy to w jakikolwiek sposób rzuca cień na jego koszykarską wiedzę i kwalifikacje? Czy to pytanie w ogóle było na miejscu?

Ale ten aspekt możemy pominąć bo logiczne myślenie nie jest przecież obowiązkiem i też nie ma kar za jego gwałcenie. A szkoda.

Pozostańmy przy samym kopaniu. To, co ma tendencje robić Green, ze wszech miar, naturalne nie jest i trzeba to z gry (w koszykówkę) wyeliminować. Kropka. O czym w ogóle może być ta dyskusja? Noga, wędrująca w górę, jako reakcja na kontakt z ciałem rywala, niczym naturalnym nie jest. I to jest koniec każdej dyskusji na ten temat.

Draymond, już dwa dni po meczu z Houston, dał nam kolejny przykład na jego firmowy, naturalny ruch.
Jeśli to nie jest zamierzony kopniak w tyłek, to ja nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. Chętnie wysłucham opinii broniących tego typu rzeczy. Naprawdę. 


       
       
       
       

Jak widać, wydarzenia z ostatnich play-offów, nic go nie nauczyły. A szkoda bo to świetny koszykarz. Dużo lepszy, niż tanie kopniaki i głupie, zarozumiałe tyrady. 

https://i.ytimg.com/vi/36Io-WULdz4/maxresdefault.jpg
19:09, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (5) »
piątek, 02 grudnia 2016
Moja podróż do Kanady zaczęła się w poniedziałek, a w zasadzie to już w niedzielę, bo żeby bez niepotrzebnego napięcia zdążyć na poranny samolot do Toronto, musiałem po niedzielnym sędziowaniu, zostać na noc w Sztokholmie.
Przed snem obejrzałem sobie mecz 76ers-Cavs. Oglądając to starcie, dotarły do mnie dwie rzeczy. Pierwsza, że za 24 godziny tych samych Sixers, będę oglądał na żywo. Druga, zła, że nie zobaczę Joela Embiida, który, póki co, nie gra meczów w back to back.


Lot był długi ale minął mi dość płynnie. Miałem sporo miejsca, nieinwazyjnych współpasażerów, całkiem niezłe jedzenie a na końcu samolotu wolne miejsce żeby sobie postać, rozprostować kości, porozciągać się. Korzystałem z tej przestrzeni (razem z innymi lecącymi) mniej więcej co godzinę. To był dobry patent. Od teraz będę go stosował przy każdej możliwej okazji w podróży.
Na kanadyjskiej ziemi byłem po 16. Mecz z Filadelfią zaczynał się o 19.30. Niby bezpieczny bufor, ale nie do końca. W życiu zdarza mi się czasem spóźniać albo być na styk - ale nigdy nie na NBA. I chciałbym, żeby tak zostało. A najlepiej, żebym się poprawiło w świecie poza NBA.
 
Kolejka do rozmowy z celnikami była wolna jak 39-letni Paul Pierce. Niestety - taka Prawda. Nie wiem z czego to wynikało. W lutym było szybko i sprawnie. Patrzyłem na zegarek i na kolejkę. Na kolejkę i na zegarek. W końcu doszło do mnie. Rutynowa rozmowa - kto, po co, dlaczego i pytanie o jakąś online rejestrację. Mówię, że nie wiem o co chodzi, że jak byłem w lutym, to nie było takiego czegoś. Celniczka na to, że zmieniło się od marca. Ja na to, że nie wiedziałem. Ona na to, że to moja brożka, żeby wiedzieć takie rzeczy. Ja na to, że się zgadzam, tylko gdzie to sprawdzać. To pytanie pozostało bez odpowiedzi. Od niechcenia wbiła w paszport pieczątkę (dobrze, że nie miśka), życzyła miłego pobytu w Kanadzie a na koniec rzuciła - Teoretycznie to mogłabym Cię odesłać z powrotem do Finlandii, Polski czy wherever.
S..aj pomyślałem i czym prędzej zabrałem się stamtąd.
Nie miałem już czasu ani się przebrać, ani umyć, ani zjeść. Zostawiłem tylko bagaże i w biegu ruszyłem do metra.

W ACC byłem godzinę z minutami przed meczem. Dla mnie to za późno. Ale na szczęście to byli tylko 76ers. Za późno, bo dla mnie, jadąc na NBA na żywo, priorytetem nie są mecze same w sobie. Te oglądam od ponad ćwierćwiecza. Mając akredytacje szukam smaków ligi od kuchni, ciekawych historii, interesujących ludzi. Samo odebranie akredytacji też wymagało ode mnie spalenia paru kalorii.

Nauczony procedur z All-Star Weekendu, poszedłem do znanego sobie wejścia. Niestety w sezonie regularnym to wejście było wygaszone (tak, zawsze chciałem użyć tego słowa w kontekście czegoś innego, niż oświetlenie bądź ogrzewanie). Poszedłem do innego. Tam odesłali mnie na drugą stronę ACC. Stamtąd, z kolei, odesłano mnie prawie do początkowego miejsca. Ale nic tam. W końcu trafiłem, gdzie miałem. Odebrałem akredytację i poszedłem do media roomu - żeby zjeść. Nie zawiodłem się. Krem z pieczarek, grillowane mięso, warzywa. Opcjonalnie pizza i hot-dogi.
Teraz mam przegląd całego spektrum relacji liga/organizator - media. Począwszy od imprez FIBA, przez polskie eventy koszykarskie, aż po NBA w Londynie, NBA live gdzieś tam, All-Star na sezonie regularnym kończąc.
NBA w Londynie to taka pluszowa, milusińska wersja NBA. Przekonałem się już o tym podczas Weekendu Gwiazd.

"
To było chłodne wydanie profesjonalizmu. Przez kilka dni przed Weekendem Gwiazd, liga zasypywała akredytowanych dziennikarzy, masą maili z wiedzą niezbędną - o procedurach, o poruszaniu się po ważnych dla nas budynkach, o nakazach i zakazach, o terminach i adresach wszystkich parkietowych oraz okołoparkietowych wydarzeń. Z otrzymaną wiedzą mogłeś zrobić co chciałeś. Już na miejscu nikt nie dbał o to czy wszystko zrozumiałeś poprawnie. Nie było, jako takiej, osoby odpowiedzialnej za kontakt z mediami."

Teraz, w czasie długiego sezonu regularnego, wszystko jest wzięte o krok dalej. Gdy dostałem akredytację, zapytałem gdzie będę miał miejsce w czasie meczu. "Coś tam sobie znajdziesz." - odpowiedział gość w czarnym garniturze. I wcale nie był niemiły. Wręcz przeciwnie.
Jasne, coś tam sobie znalazłem. Ostatecznie okazało się, że to coś tam dla mediów spoza rodziny NBA, spoza rodziny mediów bezpośrednio związanych z Toronto Raptors, to jest rakieta w kosmos czyli pod samą kopułę ACC.
Nie, dziękuję, pomyślałem zaraz tylko, jak z ciekawości się tam wdrapałem. Gdybym miał gdzieś to całe NBA, gdybym miał tu, powiedzmy, grupę znajomych, dobre jedzenie i picie, to jedna z takich ekskluzywnych budek w ACC, byłaby fajnym rozwiązaniem na spędzenie wieczoru z koszykówką w dalekim (dosłownie) tle ale
tym, takim, taką? Nope.




Zszedłem na dół. Mam już swoje techniki i patenty na bycie blisko parkietu. Jakie? Mógłbym Ci powiedzieć, ale to jest tajemnica, więc wtedy musiałbym Cię zabić.

Mecz z 76ers. Hmm. Chyba nie chcemy o nim rozmawiać. Nie zanotowałem sobie z niego nic. Może tylko to, że Pascal Siakam wygląda na żywo dużo lepiej, niż jego statystyki. Jeśli się nie rozpije, nie osiądzie na debiutanckich stawkach, to będą z niego ludzie.
Hala była pełna, kibice żyli tym meczem. Atmosfera była wzorowa - a przecież to tylko 76ers w potyczce dzień po dniu, pod koniec listopada. Byłem pod umiarkowanym wrażeniem.



Po końcowym gwizdku byłem już w drodze do metra. Było po 22, co w prostym przeliczeniu daje 4 nad ranem w Polsce, 5 w Finlandii. Jechanie na adrenalinie też ma swoje granice a poza tym w tych szatniach nie było za bardzo nikogo, w czyim pobliżu bardzo mocno chciałbym się znaleźć.

Wtorek wykorzystałem na odpoczynek, wyrównanie różnic czasowych (mój organizm nadal nad tym pracuje).
Cofnąłem się w czasie, o czym już pisałem.

Środa. Mecz z Grizzlies. To było coś, co od dawna miałem zakreślone w kalendarzu. Conley, Gasol, Randolph no i oczywiście Carter. Niestety z wymienionej czwórki tylko Hiszpan tego wieczoru nadawał się do gry. Pan $150 mln ma pęknięty jeden z kręgów w dolnej części kręgosłupa, Z Bo nie grał z powodów osobistych a Half Man Half Amazing przyjechał do Kanady z bolącym biodrem. Szkoda.



Ale był i nawet udało mi się do niego odezwać. Wielką rozmową bym tego nie nazwał no ale wiesz, cieszę się.
Tym razem byłem w hali trzy godziny przed rozpoczęciem meczu. Tak, jak chciałem. Widziałem rozgrzewki i inne rzeczy. Gość, który odpowiada za wydawanie akredytacji, już mnie pamiętał. Karol, right? That's right. Skumplowałem się też z kilkoma osobami pracującymi w ACC.

Gracze poza rotacją (obu drużyn) dostali okazję by się spocić. Austriak Jakob Poeltl, którego mecze miałem okazję sędziować parę lat temu w Wiedniu, trenował z Jamaalem Magloirem. 38-latek jest w sztabie szkoleniowym Toronto.
Podobało mi się jak motywował do jeszcze cięższej pracy 21-letniego
Poeltla.
 


Młodzi wysocy Memphis nie pocili się aż tak mocno, ale za to wykonywali szereg ciekawych ćwiczeń podkoszowych.
Siadłem sobie zaraz za ławką Niedźwiadków. Nikt nie miał z tym problemu. Pytałem.



Przyszedł Carter. Ubrany jak do gry ale wiadomo było, że w meczu nie wystąpi. W dłoniach miał komórkę, którą co jakiś czas sprawdzał. Miły uśmiechnięty. Jego dłoń uściśnięto niezliczoną ilość razy tego wieczoru. Ludzie w Toronto już mu wybaczyli. Widziałem to. Gdy pokazali go siedzącego na ławce w czasie meczu, kibice zaczęli wiwatować. V.C. odpłacił się firmowym uśmiechem, chyba tak charakterystycznym, jak jego dunki. Nie byłoby wielkiego basketu w Toronto, gdyby nie pan Carter. Co do tego nie ma wątpliwości. Przykład Vancouver, gdzie zawodowa koszykówka się nie utrzymała, jest dobitny ale nie jedyny. Carter naniósł Raptors i Toronto na mapę NBA. Przez tych sześć i pół sezonu, co mecz, zabierał fanów w przestworza. Jego nieludzka fizyczność była i
w zasadzie jest zjawiskiem do dziś.



Tym razem zostałem po meczu. Poszedłem do obu szatni. Najpierw do gości z Tennessee. Rozejrzałem się. W powietrzu unosił się zmiksowany zapach Bengay'a, spoconych ubrań, kosmetyków kąpielowych oraz owoców, których wielki półmisek leżał na stole na środku szatni. Personalnie, krajobraz był ubogi. Cartera w ogóle nie było bo niegrający zawodnicy nie mają obowiązku rozmawiać z mediami. Gasol chyba jeszcze był pod prysznicem. Z debiutantami nie chciałem rozmawiać, bo niby o czym? Podszedłem do Tony'ego Allena. Pogadaliśmy o starych, dobrych bostońskich czasach, o mistrzostwie z roku 2008, o jego kontuzji ACL, po której wrócił na 100% lub gdzieś blisko tego. 34-letni już Allen powiedział, że tamten czas z Garnettem, Piercem, Allenem i Rondo to był magiczny okres w jego życiu. Kiedy powiedziałem mu, że śledzę jego karierę od samego początku, co jest prawdą, bardzo się ucieszył. Uścisnął mi dłoń a potem zaczął powoli ściągać z siebie bandaże, buty, meczowy strój i inne akcesoria a potem zniknął za kotarą prowadzącą pod prysznice. Wyglądał na mocno zmęczonego.



Poszedłem do szatni Raptors. Co zrozumiałe pomieszczenie o niebo bardziej eleganckie, bogato wyposażone, pachnące.
Demarre Carroll właśnie nakładał na siebie jakiś balsam, potem ubrał się jakby od razu po meczu szedł na rockowy koncert. Stylówę podkreślił kilkoma złotymi łańcuchami o dość grubych ogniwach. Corey Joseph dopytywał jak tam wynik piłkarskiego FC Toronto, którzy pierwszy raz w historii zagrają za tydzień o puchar MLS (ze Seattle). W trakcie meczu z Grizzlies byliśmy informowani o wyniku tego starcia z Montrealem (FC Toronto przegrali na wyjeździe 3:2, u siebie wygrali 3:2 a w dogrywce wbili dwa gole. Podobno mecz był niezły).
DeRozan i Lowry mają swoje szafki obok siebie. DeMar ma tam zdjęcia swojej rodziny. Kyle motywujące sentencje oraz sporą kolekcję butów.



Było śmiesznie. Widać, że obu łączy autentyczna przyjaźń. Jeśli udają, to dałem się nabrać. Dużo rozmawiają ze sobą a gdy przychodzi do pytań mediów to nawzajem sobie dogadują i się przedrzeźniają. Jak to kumple mają w zwyczaju. DeRozan jest wyrzeźbiony jak grecki posąg. Lowry ma ewidentne tendencje do tycia. Trochę sadełka z przodu oraz love handles po bokach. Niektórzy żartują, że będzie to zrzucał latem co z kolei ma być jedną z jego silnych (żeby nie  powiedzieć ciężkich) kart przetargowych, gdy będzie negocjował nowy kontrakt. Ma opcje na przyszłe rozgrywki za $12 mln, co w realiach nowego salary jest dość śmieszną stawką.
Na jednym z korytarzy w ACC spotkałem Masai'a Ujiri'ego, menadżera Raptors. Pogadaliśmy chwilę. Przypomniałem mu naszą rozmowę z tego roku z Londynu. Powiedział, że kojarzy moją twarz. Zapytał na jak długo przyjechałem do Toronto. Potem ktoś go zawołał. Powiedział, że będziemy jeszcze się widzieć i poszedł.


Wczoraj, podczas kolejnego dnia przerwy, byłem m.in. w sklepie Raptors. Chciałem sobie kupić koszulkę Demarre Carrolla. Z przyczyn oczywistych. Niestety dla mnie, mieli tylko za małe i za duże. Wziąłem po jednej, żeby się upewnić, że nie pasują.
Kabiny w przymierzalni były jak metalowe tuby, zamykane na klucz. Podeszła dziewczyna, żeby mi otworzyć. Zapytała jak mam na imię. Powiedziałem, że Karol pisane przez K, nie C. Ona zapytała - o tak pisane? I pokazała na swoją plakietkę. "Karol, asystent klienta." Nieźle. Karol przymierza koszulkę Carrolla a pomaga mu Karol. Zaczęliśmy się śmiać. Zanim w ogóle wziąłem te dwie koszulki do przymiarki, rozmawiałem z innym pracownikiem, który starał się znaleźć dla mnie odpowiedni rozmiar. "Ale w ogóle, to po co Ci jego koszulka? No zagrał dobrze wczoraj, ale wiesz to Carroll." - pytał w żartach. Bo nazywam się Karol. - odpowiedziałem. To kończy temat, odparł śmiejąc się. Oby niedługo mieli świeżą dostawę.

Dziś gramy z Lakers. I zdaje się, że pierwszy raz w życiu, napisałem my mając na myśli Raptors. Chyba nie mam wyjścia, muszę im kibicować. Ekipa Dwane'a Casey'a będzie grać trzeci mecz, swojego sześciomeczowego home standu. Mają w tym momencie serię czterech wygranych z rzędu. Lakers, z kolei, wygrali wczoraj w Chicago po niezłym meczu. Liczę na ciekawe widowisko na parkiecie oraz  okazje żeby trochę powęszyć wokół. Jak to ja.

A to moja stylówa na ten wieczór...


21:53, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (4) »
środa, 30 listopada 2016
To było wczoraj. Wchodzę do sklepu, zaczynam się rozglądać. Sklep sportowy z pamiątkami i ubraniami rożnego sortu (kurtki, koszulki, bluzy, skarpety, czapki, szaliki i tak dalej). Asortyment NHL mocno wysunięty na czoło ale kącik NBA też niczego sobie. Po paru minutach wita mnie przemiły, elegancko ubrany, Hindus. Pyta czy może w czymś pomóc. Odpowiadam, że nie szukam niczego konkretnego, że rozglądam się tylko. Kiwnął głową, uśmiechnął się i zniknął między regałami.




Ten sklep od samego początku wydał mi się bardzo dziwny. Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu nie czułem się jak w "zwykłym sklepie." Być może to po prostu moje zaburzone postrzeganie rzeczywistości wynikające ze zmęczenia i różnicy czasu. Tylko po jednym dniu w Kanadzie, mój biologiczny zegar nadal był i ciągle jest rozstrojony. O 19-20 czasu lokalnego chce mi się spać a za to o 3-4 nad ranem czuję się gotowy do działania. Jeszcze nie odpocząłem i jeszcze się nie wyspałem. Jadę na adrenalinie. 
W niedzielę sędziowałem w Sztokholmie mecze. W poniedziałek byłem cały dzień w podróży. W zasadzie prosto z lotniska ruszyłem do ACC na mecz z 76ers. To było ciekawe uczucie mając graczy Filadelfii na wyciągnięcie dłoni, 24 godziny po tym jak oglądałem ich w telewizji w starciu z Cavs.    
Wracając do sklepu. Ogromna powierzchnia a klientów garstka. Ze mną może z pięć osób. Może nawet nie. 
Podszedłem do działu NBA.
Oślepił mnie blask ciepłego strumienia światła. Cofnąłem się w czasie do 2003 roku. Przynajmniej 2003. Bo równie dobrze mógł to być też 1993 rok.
Na głośnikach Culture Beat - Mr. Vain - przebój wydany 23 lata temu.
Podchodzę do koszulek NBA. Przecieram zapieczone oczy. To jednak nie sen.
Jamal Mashburn i Baron Davis z czasów New Orleans Hornets. Monster Mash skończył karierę w rozgrywkach 2003-04.



Dalej
Allan Houston, którego schorowane kolana zmusiły do zawieszenia butów na kołku po rozgrywkach 2004-05 w wieku 33 lat. Dalej Melo Anthony z Nuggets, Lamar Odom z Clippers, Jason Richardson z Warriors, Steve Nash z Suns. Znalazła się też prawdziwa czarna perła - Juwan Howard z Nuggets! Juwan był Samorodkiem w latach 2001-2003 a później przez trzy mecze w roku 2008. No i oczywiście trykot Vince'a Cartera z Raptors. V.C. zabrał się z Kanady w sezonie 2004-05. 
 

       
       
       
       


Im dalej wgłąb działu, tym czas zaczynał cofać się jeszcze bardziej. T-Shirt Mutombo z Nuggets i kilka innych ciekawych rzeczy.
Idę dalej. Patrzę. Nie wierzę. Nie noszę okularów więc jeszcze raz przecieram zasypane piaskiem oczy. Nie wierzę.
Zimowe kurtki Startera! Dla fana NBA w Polsce to jest jak Bursztynowa Komnata, Złoty Pociąg, Atlantyda, wspomnienie beztroskiego dzieciństwa. Ostatni raz tego typu kurtki widziałem w 1996, może 1997 roku.



Skoczyło mi ciśnienie. Zacząłem rozglądać się za Hindusem jednocześnie wyciągając portfel z kieszeni kurtki a w głowie przeliczając kanadyjskie dolary na euro a dla pewności na złotówki. Będą żniwa, pomyślałem. Raz jeszcze podszedłem do rzeczy, które były w orbicie mojego zainteresowania. Niestety. Rozmiary każdej z nich zaczynały się od podwójnego XL. Przejrzałem wszystko od paczątku. Naiwnie liczyłem, że gdzieś przeoczyłem emki i elki. XXL, XXXL, XXL i tak wkółko. Przekląłem pod nosem i wyszedłem. 
22:07, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 listopada 2016
Drugie w tym sezonie "Śliwki vs Robaczywki". Na warsztat bierzemy trzeci oraz czwarty tydzień rozgrywek NBA. Dzięki za podsyłanie własnych przemyśleń. To wiele dla mnie znaczy. Przypominam o kanałach dostępu do mnie (maile, wiadomości na FB, komentarze tu i na fanpage'u).

Kolejność, jak zawsze, dość przypadkowa.


Śliwki:

- Świetne, po prostu świetne wystąpienie Ernie'ego Johnsona zaraz po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich w USA (zaczyna od 4.05 min. ale warto zobaczyć cały materiał). Niegłupio wypowiedział się też Barkley, który mówił o daniu szansy, szacunku do samego urzędu prezydenta. Kilka ciekawych słów dorzucił też Kenny. Shaq tym razem nie miał nic wartościowego do powiedzenia.


       
       
       
       


- Cavs w Białym Domu. Dla mnie to są zawsze miłe i ciekawe momenty. Trochę luzu w polityce, trochę powagi w sporcie. Poza momentami świetności na parkietach, to są chwile, kiedy ci młodzi atleci stają się inspiracją dla oglądającej ich młodzieży. Patrz, ty też możesz uścisnąć dłoń prezydenta, J.R. Smith właśnie to zrobił.


       
       
       
       


- Pozostając w Białym Domu. Prezydent Obama wyróżnił 21 osób Medalem Wolności czyli najwyższym odznaczeniem cywilnym w USA. Wyróżnienie przyznaje się ludziom (także cudzoziemcom), którzy mieli swój wkład w dziedzinie bezpieczeństwa, narodowych interesów USA, pokoju światowego, kultury oraz innych dokonań w sferze publicznej lub prywatnej. Wśród nagrodzonych w tym roku znaleźli się Michael Jordan i Kareem Abdul-Jabbar.


       
       
       
       

Tutaj video z wyróżnienia Kareema.

- A tak przy okazji. Śliwka dla Obamy za jego Osama Obama flow, swag, nazwij to jak chcesz. Nie byłem wielkim fanem jego prezydentury, ale zdolności oratorskich odmówić mu nie można. LeBron James Jones - good joke.

Wyjeżdżamy z Białego Domu.

- Kevin Love. Bardzo mi się podoba w tym sezonie. Po dwóch latach przerwy (jak to brzmi?), wrócił do ścisłego grona najlepszych czwórek w NBA. Zdaje się, że w końcu znalazł swój złoty środek jeśli chodzi o wagę. Jak pamiętacie, w pierwszych latach w NBA był misiowaty, później zaczął eksperymentować z dietą. Zgubił ładnych parę kilogramów tuż przed pojawieniem się w Cleveland. Stał się, być może, bardziej mobilny ale przy tym stracił na sile. To z kolei odbiło się na jego grze. Statyczny, obwodowy wysoki, jakich w NBA na pęczki w ostatnich latach. Miał plan odbudować się w wakacje 2015 ale kontuzja i operacja lewego barku, pokrzyżowały mu plany. Minionego lata zrobił, to co planował od wielu miesięcy. Odzyskał kilka kilogramów mięśni, dobrze odpoczął i zameldował się na obozie treningowym Cavs prawdopodobnie w najlepszej formie fizycznej swojego życia. Poza tym Love ma już wolny umysł. Jest mistrzem. Zagrał dobre play-offy, dobre Finały. Ma na koncie historyczny stop na Curry'm. Plotka głosi, że GM Cavs zapytał Love'a przed trade-deadline czy chce zmienić klub. Ten miał odpowiedzieć "Chcę zostać, chcę być mistrzem." Tak się stało.
Po meczu siódmym Finałów napisałem: "Love musi zredefiniować latem swoją grę. Musi wrócić pod kosz czyli tam, gdzie jego miejsce, tam gdzie jest najlepszy. Jest moda na wychodzenie wysokich za łuk ale czy każdy musi podążać za modą? Możesz zapuścić brodę, włożyć koszulę w kratę ale wróć pod kosz Kevin."
Love nadal lubi i potrafi ukąsić zza łuku ale wrócił pod kosz. 10.8 zbiórki na mecz, do tego 21.8 punktu i 1.5 asysty. Widzieliście jego 34 punkty (8x3) w samej pierwszej kwarcie z Blazers?
Tak gra człowiek z uwolnionym umysłem.

- Rozmawialiście ostatnio o Avery'm Bradley'u z Bostonu? Powinniście. Za mało się o nim mówi. Prawie 18 punktów na mecz, 8 zbiórek, 2.9 asysty oraz 1.2 przechwytu. A.B. jest cały czas świetnym obrońcą, który niestety nie tworzy wokół siebie otoczki sprzyjającej mówieniu o tym. Niestety dla samego siebie w kontekście rozmowy na temat wyboru najlepszego obrońcy sezonu. Bradley trafia dwie trójki na mecz. Wiecie kto jeszcze w lidze robi 18/8 +2 trójki na mecz? Tylko Harden i Westbrook. Pomyślcie o tym i pogadajcie dziś na treningu o Bradley'u.

- Serge Ibaka w meczu z OKC. 31 punktów, 9 zbiórek, 4 bloki no i najważniejsze - game winner. Ciężko wymarzyć sobie lepszy występ przeciwko swojej byłej drużynie.
 
- Hasan Whiteside. Pierwszy w lidze w zbiórkach (15.4), drugi w blokach (2.6). Do tego prawie 18 punktów i 1 przechwyt. Tylko dwa razy w tym sezonie schodził z pakietu bez double-double, tylko raz z jednocyfrową ilością zbiórek. A te jego bloki, kiedy po prostu zdejmuje z powietrza lecące piłki. Rywale muszą zastanowić się dwa razy, zanim kolejny raz pokuszą się o penetrację pod kosz Heat. Na tym polega bronienie dostępu do obręczy.
  
- Vince Carter. Pod koniec stycznia zdmuchnie z urodzinowego tortu 40 świeczek. Ma w nogach 18 lat gry w NBA. Nadal jest przydatny, nadal potrafi siarczyście zadunkować. Jasne, to nie jest już to, co lata temu w Toronto czy później w New Jersey ale to jest nadal coś, co w ciemno brałoby wielu, uchodzących za atletycznych, dwudziestoparolatków. Twa tygodnie temu w meczu z Denver zdobył 20 punktów i został najstarszym graczem (39 lat, 287 dni) od kwietnia 2003 roku, który osiągnął ten pułap. Wtedy dokonał tego Michael Jordan (40 lat, 53 dni). Poza tym, w tym samym meczu, V.C. podał idealną piłkę do Gasola, który wygrał dla Niedźwiadków mecz. 

- Nie oddalajmy się jeszcze z Tennessee. Grizzlies grają, Grizzlies znów męczą. Jestem fanem tego typu basketu. W przedsezonowych przewidywaniach miałem ich wprawdzie o włos poza play-offami bo nie do końca wierzyłem, że będą w stanie być zdrowi przez cały sezon. Po drugiej stronie włosa miałem Mavs. Jak się okazało, to im zdrowie posypało się kompletnie. Wygląda więc na to, że ten rzut monetą, o którym wtedy pisałem mógł pójść w drugą stronę. Zarzynanie świni, ślizgawka na stępionych łyżwach. To jest ich basket. Ale w tym też jest piękno. Gasol gra basket swojego życia. Ma na koncie już dwa game winnery (Nuggets i Clippers) oraz jeden McGregor walk, za który Hiszpan pragnie przeprosić absolutnie nikogo. Gasol ma na koncie więcej celnych trójek w tym sezonie (33), niż przez osiem lat w NBA (569 meczów, 12 celnych trójek). To jest coś. Prawie 18 punktów, prawie 4 asysty, 1.6 bloku oraz niecałe 6 zbiórek.
Mówiąc o dobrej grze Niedźwiadków, nie możemy nie wspomnieć o panu 150 milionów. Nie patrzę na jego grę przez pryzmat zarobków i Tobie doradzam to samo. Conley gra dobrze i tyle w tym temacie. Prawie 20 punktów na mecz, 48% zza łuku, do tego 6 asyst i 1.5 przechwytu. Grizz są 10:5 i w tym momencie mają czwarte miejsce na Zachodzie.   

- Toronto Huskies. Raps, raz na jakiś czas, upamiętniają ten legendarny klub. Tym razem padło na dzień 12 listopada w meczu przeciwko Knicks. Ani data ani przeciwnik nie były tam przypadkiem. 1 listopada 1946 roku, Huskies zagrali swój pierwszy mecz w lidze Ich rywalami byli właśnie Knicks a raczej Knickerbockers. Więc było to siedemdziesięciolecie. Stroje i parkiet wyglądały niesamowicie.

- Tony Parker budzi się ze snu. Zaczął od 5 punktów i 3 asyst na mecz, potem usiadł na tydzień. Po powrocie notuje już przyzwoite 11/5/2. Minionej nocy trafił bardzo ważną trójkę z Szerszeniami. To w ogóle był niezły mecz. 32 zmiany prowadzenia i 16 remisów.

- Mike Muscala, trzecioroczniak z Atlanty. 9.5 punktu, 4.5 zbiórki oraz 1.7 asysty z ławki. Gra za Dwightem Howardem ale może również grać obok niego jako czwórka, ponieważ dysponuje całkiem niezłym rzutem. Jeśli ławka w NBA nie jest szczytem jego ambicji, to mogą być z niego ludzie.

- Jimmy Butler. My tu gadu gadu a tymczasem Jimmy B. gra na poziomie, który zmusza nas do włączenia go do dyskusji o MVP tego sezonu. To nie jest przesada. Bulls są 9:5, 50 wygranych nie jest marzeniem ściętej głowy. Jeśli by im się to udało, to 25.8 punktu, 6.8 zbiórki, 4.1 asysty oraz 1.6 przechwytu, są liczbami na poziomie takiej dyskusji. 48% z gry, 42% zza łuku to współczynniki najwyższe w pięcioletniej karierze Butlera. Byki, mimo roszad w składzie, mają cały czas twarz Jimmy'ego.

- Channing Frye. 11 punktów i 3 zbiórki w zaledwie 18 minut na parkiecie. Do tego prawie 49% zza łuku (najlepszy w karierze). 33-letni Frye zaznacza swoją obecność w obronie i (podobno) jest słuchany i szanowany w szatni Cavs.

- Cały czas widzę Was - Harden, Westbrook, Davis, DeRozan.

- Clippers. Możemy mówić o tym, że przecież są to Clippers, więc na pewno coś się nie uda. Zanim jednak to (coś) się wydarzy, pogadajmy o Clippers, bo warto. 14 wygranych po 16 meczach sezonu. CP3 gra jak najlepszy rozgrywający ligi. Celowo nie piszę, że nim jest (choć uważam, że nadal jest) bo w tym momencie chyba nie mam chęci dyskutować o najlepszych rozgrywających (podkreślmy to słowo) NBA. 18.4 punktu, 5.1 zbiórki, 8.5 asysty i 3 przechwyty oraz cała masa wskaźników ofensywno/defensywnych, które podkreślają, że 31-letni Paul rozgrywa wielki sezon. Blake Griffin robi wszystko, żeby zamazać naszą pamięć o jego poprzednim sezonie. Czasem w jego podkoszowych akcjach widzę oczami wyobraźni jaką pracę wykonał z nim tego lata K.G. Widzę to też jak, już po gwizdku, zbija piłki lecące w stronę obręczy. Blake potrzebował miesiąca rozgrywek by udowodnić, że cały czas należy do ścisłego grona najlepszych czwórek w NBA. 21.3 punktu, 9.1 zbiórki, 4.6 asysty, 1.3 przechwytu. B.G. świetnie podaje, świetnie kozłuje, jego praca nóg to jest coś. Można by się cały czas czepiać, że nadal za mało blokuje, szczególnie jak na taki atletyzm, ale nie można mieć wszystkiego.
Clippers mają w końcu wartościową ławkę. Do niezawodnego Crawforda dołączyli Mo Speights, Raymond Felton i Brandon Bass. Starterzy dostają w końcu wartościowe zmiany. Nie wiem jak się skończy ta historia ale póki co wygląda to nieźle.  

- Greg Oden. Ostatnio w NBA widziany w 2014 roku. Później przez moment w Chinach. 28-letni Oden, pierwszy numer draftu 2007 roku, ostatecznie zakończył karierę. Ale nie za to śliwka. Oden wraca na studia (Ohio State), chce zdobyć wykształcenie, stopień naukowy, chce coś zrobić ze swoim życiem. To się chwali. Miał talent i ciało na miarę NBA. Niestety zabrakło mu zdrowia.

- Pelikany wygrały czwarty z rzędu mecz. Nie zdarzyło im się to od rozgrywek 2014-15. Wrócił Jrue Holiday. To super wiadomość. Jego żona przeszła kilka tygodni temu poważną operację usunięcia nowotworowego guza mózgu. Pod koniec września urodziło im się dziecko. Przez wiele miesięcy nie było jasne czy Jrue nie będzie musiał szykować się na najgorsze. To są rzeczy większe, niż koszykówka. Wrócił i z miejsca zaznaczył swoją obecność. 16 punktów na mecz, 7 asyst. Super widzieć go znów na boisku bo to oznacza, że w rodzinie państwa Holiday'ów najgorsze już za nimi.  

- Zach LaVine. W blasku dunków, inne elementy jego gry, pozostają nieco w cieniu. A szkoda, bo Zach jest w 100% koszykarzem, dopiero na drugim miejscu dunkerem. 19 punktów na mecz, 3 zbiórki oraz 2.5 asysty. 39% zza łuku oraz prawie 88% z linii. Tylko 1.2 straty na mecz.

- Nick Young. Lakers powiedzieli mu latem, że musi wziąć się w garść, że musi pojawić się na obóz treningowy w formie a poza tym odciąć się od "rozpraszaczy", o które w L.A. dość łatwo. Na szali położono jego być albo nie być w Lakerlandzie. Nick wziął to sobie do serca, choć złośliwy pewnie powie, że to efekt roku kontraktowego. 31-latek jest w NBA od 2007 roku. Nigdy wcześniej nie był tak skuteczny z gry (46%). Zdobywa prawie 14 punktów na mecz, prawie 2x więcej, niż rok temu. Trafia 40% rzutów za trzy punkty i aż 94% z linii. Bardzo przyzwoicie broni, o czym mówi się za mało.
 
-  LeBron James przekazał $2.5 mln dla Narodowego Muzeum Afroamerykańskiej Historii i Kultury w Waszyngotnie. Pieniądze zasilą wystawę poświęconą postaci Muhammada Ali'ego. Na ten sam cel, Michael Jordan przekazał $5mln a Magic Johnson $1 mln.

- Kemba Walker, Hornets. Świetny sezon rozgrywa, póki co, 25-letni Walker. 24.8 punktu, przy 48% z gry i 44% zza łuku - najlepsze wskaźniki w pięcioletniej karierze. Do tego 4.4 zbiórki, 5.4 asysty oraz 1.6 przechwytu. Szerszenie grają basket poukładany w ataku, zdyscyplinowany w obronie. Dobrze się ogląda ich mecze.
 
- Kristaps Porzingis. Obserwuję Melo. Patrzę, kiedy to zrobi. Widzę, że chyba z tym nie walczy, chyba to widzi i rozumie. Dla dobra Knicks, Melo musi przekazać pałeczkę lidera Łotyszowi. Nie musi odchodzić w cień, nie musi rezygnować z oddawania ważnych rzutów ale musi, a raczej powinien, oddać przestrzeń Kristapsowi. Tak, jak kiedyś Robinson zrobił to dla Duncana a później Duncan dla Leonarda. Porzingis jest świetny. Ostatnio mocno komplementował go sam Dirk. Wszelkie porównania 21-letniego Łotysza do legendarnego Niemca są jak najbardziej na miejscu. 21 punktów, 7.3 zbiórki. 1.1 asysty, 1.1 bloku.
 
- Heat zastrzegą koszulkę #32 Shaq'a. Ceremonia odbędzie się 22 grudnia w starciu z L.A. Lakers. O'Neal grał w Miami w latach 2004-2008. W 2006 Heat z nim w składzie sięgnęli po mistrzowski tytuł.

- Spurs 12:3 (7 wygranych z rzędu), Warriors 13:2 (9 wygranych z rzędu). To, że się o nich mówi mniej, najlepiej świadczy, że nikogo za bardzo nie dziwi ich dobra forma. Ale widzę i doceniam.



Robaczywki:


- Jalen Rose. Jalen powinien zdawać sobie sprawę, że jako aktywny dziennikarz, Afroamerykanin, jest ośrodkiem opiniotwórczym, który kształtuje świadomość wielu młodych ludzi. Rose stwierdził po ogłoszeniu wyniku wyborów w USA, że jego zdaniem zawodnicy NBA będą bojkotować wizyty w Białym Domu - oczywiście ze względu na to, że wygrał Trump. Tego typu komentarze nic dobrego nie wnoszą do publicznej debaty.  

- Nadal Indiana Pacers. Nadal Paul George.

- Konto na Facebooku Ray'a Allena. Dziwne rzeczy dzieją się na tym profilu w ostatnich tygodniach. Podejrzewam, że ktoś tam się włamał i zaczął udostępniać internetowy szlam.

- Sporo flopów ma miejsce ostatnio w NBA. Nienawidzę tej zarazy. Dla mnie to jest zwykłe oszukiwanie. Pisałem o tym wiele razy. Wyróżniam recydywistę w tej dziedzinie, pana Marcusa Smarta. Pamiętam, jak w tamtym sezonie mieliśmy na FB dyskusję na ten temat. Nie odbierając nic z jego niezaprzeczalnego atletyzmu, dobrej obrony, nie można nie zauważyć, że Smart jest pierwszej klasy floperem w NBA. Była też taka akcja w meczu z Pistons, gdzie Smart znów zachował się jak debil. Brak słów dla floperów i flopowania. 


       
       
       
       


- Corey Joseph. Rok temu bardzo jasny punkt ławki Raptors. W tym, póki co, za bardzo niestabilny. 42% z gry to jego druga najgorsza skuteczność z gry w pięcioletniej karierze. 

- Alternatywne stroje Heat. TE TUTAJ. Wiem, że przyświecająca im idea jest szlachetna ale same stroje są tragiczne.

- Phil Jackson. Po co Jax grzebie w trupach i jako człowiek Knicks opowiada o LeBronie z czasów z Heat? Po co? Dla mnie użycie słowa "posse" jest sprawą drugorzędną bo wątpię, żeby Jackson był rasistą. Słowo to ma takie konotacje. Phil Jackson ma co robić w Nowym Jorku. Dzieje się to kolejny raz. 

- Marcin Gortat o ławce Wizards. Polak wyznał mediom, że uważa ławkę swojej drużyny za najgorszą w NBA. Tak się nie robi. Z takimi rzeczami nie chodzi się do mediów. Takie słowa nie działają jak motywacja. Tak nie robią największe gwiazdy tej ligi, tak nie powinien robić średniej klasy zawodnik NBA.

- Chandler Parsons. Zadebiutował w siódmym meczu sezonu, zagrał w sześciu i usiadł (wstępnie) na dwa tygodnie. Pytanie czy te kolana da się jeszcze przywrócić do życia? Max deal cały czas obowiązuje.


- Drake. Nie wiem jak Wy, ale ja od dłuższego już czasu nie jestem w stanie strawić tego gościa (podobnie jak Kevina Harta). Drake Night, Drake to, Drake tamto. “I don’t give a damn about no damn Drake Night.” Jestem ciekaw jak na tę pompowaną przyjaźń między nim a wieloma zawodnikami NBA, zapatrują się ci drudzy. Odnoszę wrażenie, że też mają go dość. Jak byłem w Toronto, skąd pochodzi Drake, to jedna osoba mi powiedziała, że Drake chce być taki bardzo ghetto ale wszyscy się z tego śmieją bo on nigdy w życiu nie zaznał ani biedy, ani głodu i pewnie nigdy nie znalazł się w sytuacji zagrożenia. Chodził do drogiego, prywatnego liceum. Zawsze po lekcjach odbierał go szofer. Tak słyszałem. Nie wchodzę w to bo to nie moja bajka.

- To śmieszy tylko na początku. W ogólnym rozrachunku to jest głupie. Jasne, to tylko małe piwko, być może nawet bezalkoholowe. Jasne, koszykarz to też człowiek. Jeśli czytacie mnie od jakiegoś czasu, to wiecie, że nie mam z tym problemu. Mam jednak tutaj mały problem wizerunkowy. Facet z mikrofonem NBA zadaje pytanie a Klay, jakby siedział w barze, pociąga łyk, delektuje się smakiem i odpowiada. Nie pasuje mi to. To nie jest wizytówka NBA.

 
       
       
       
       

EDIT:

- Jak mogłem to przeoczyć? Dzięki za zwrócenie uwagi. Końcówka meczu Kings-Raptors. Fatalna sekwencja wydarzeń. Kings prowadzili 102:99. Goście z Toronto mieli po time oucie 2.4 sekundy na wyrównanie. Tu już pojawia się pierwsza kontrowersja bo Raps powinni byli mieć nieco więcej czasu, po błędzie 24 sekund Kings (27.2-24). Ale przyjmijmy, że 2.4 to wartość, do której się przygotowywali podczas przerwy. Demarre Carroll wprowadza piłkę z autu. Łapie ją Terrence Ross. Zanim jednak piłka trafia w ręce gracza Toronto, dotyka jej DeMarcus Cousins. Zegar nie rusza...ale...rusza zanim Ross jej dotyka. Kozioł w lewo, wyjście w górę, piękny rzut na remis...który zostaje anulowany. Po bardzo długiej przerwie, po konsultacjach z Centrum Powtórek, sędziowie boiskowi uznają, że punkty należy anulować. Raptors wnieśli oficjalny protest. Zobaczymy jak liga rozpatrzy sprawę. Nawiasem mówiąc to drugi protest w ostatnich dniach. Pierwszy wnieśli Nuggets po meczu z Memphis (pisałem o tym wyżej w kontekście podania Cartera). Przy czym ten protest został już przez ligę odrzucony. Ten z Sacramento ma, moim zdaniem, podstawy ku temu by został pozytywnie rozpatrzony. Choć w ostatnim 30-leciu tylko jeden protest został pozytywnie rozpatrzony (Heat-Hawks w marcu 2008 roku). To nie wina Cousinsa, że dotknął piłki, to nie wina Rossa, że zegar nie ruszył idealnie w tempo. Ross miał nad głową zegar meczu i w jego ramach oddał rzut. Logicznym byłoby winić stolikowych ale z doświadczenia wiem, że nie jest to łatwa praca. Mówimy o dziesiątych częściach sekundy. Widzisz, że zawodnik dotyka piłki i sam potrzebujesz tego ułamka sekundy na reakcję. Tak działają ludzkie zmysły. Te punkty, moim zdaniem, powinny były zostać zaliczone. W najgorszym wypadku powinniśmy zagrać jeszcze raz to posiadanie z 2.4 sekundy na zegarze. Tu powinna wygrać koszykówka a nie faceci przy monitorach w dalekim New Jersey. 


       
       
       
       
  

14:40, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (6) »
środa, 23 listopada 2016
To tylko Zach LaVine dunkujący sobie na treningu. Jest w stanie to zrobić. Jest w stanie zrobić 360 z linii rzutów wolnych lub bardzo bliskich jej okolic.
Pamiętam jak obserwowałem go na żywo w Toronto, podczas tegorocznego Weekendu Gwiazd. Napisałem wtedy tak:

"
Zach LaVine treningowo robi sobie taki wsad, wsadzik, wsadziunio, taki delikatny, taki żeby wyczuć piłkę, obręcz, nie wiem. Robi to tak, ja Ty czy ja naciskamy dłonią na klamkę od drzwi. Żadnego wysiłku, z kamienną twarzą, na ledwie kilku procentach możliwości. Przypominasz sobie tych wszystkich gości o jego wzroście, których znasz, dla których ten jego wsadzik, wsadziunio, to jest coś wielkiego, co wymaga wysiłku i przygotowań. Cały czas nie mogę wyjść z podziwu dla atletyzmu LaVine'a."
 

       
       
       
       


https://cbsminnesota.files.wordpress.com/2016/03/lavine.jpg?w=640&h=360&crop=1
21:54, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 listopada 2016
Jak już zapewne wiecie, Polska trafiła do grupy A, która rozgrywać będzie swoje mecze w Helsinkach. Rzecz jasna, bardzo się cieszę z tego powodu. Poza gospodarzem czyli Finlandią, zmierzymy się też z Grecją, Francją, Islandią oraz Słowenią.
Grupa B swoje mecze rozgrywać będzie w Tel-Awiwie. Znalazły się tam ekipy Izraela, Ukrainy, Litwy, Gruzji, Włoch i Niemiec.
Grupę C tworzą gospodarze Rumuni, którzy podejmą Chorwację, Czechy, Hiszpanię, Węgry oraz Czarnogórę. Grupa ta walczyć będzie w mieście Cluj.
Grupa D walczyć będzie w Istambule. Obok gospodarzy czyli Turków, o wyjście do fazy pucharowej zagrają Rosja, Wielka Brytania, Serbia, Łotwa i Belgia.

Jak Wam się podoba nasza polska grupa w sferze sportowej oraz pod względem ewentualnej wyprawy by kibicować naszym?
Jak oceniacie inne grupy?


19:49, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 listopada 2016
Jimmy Butler z Chicago Bulls i Anthony Davis z New Orleans Pelicans zostali wybrani Graczami Tygodnia jako przedstawiciele swoich Konferencji. Wyróżnienie przyznano za mecze rozgrywane od poniedziałku 14 listopada do niedzieli 20 listopada.

Butler poprowadził Bulls do trzech wygranych w czterech meczach. Jego średnie z tych spotkań sięgnęły 27.3 punktu, 9.3 zbiórki oraz 3.8 asysty. 

Byki z bilansem 9:5 są obecnie na czwartym miejscu na Wschodzie.


Davis z kolei pomógł Pelikanom wygrać 3 mecze w ubiegłym tygodniu. Jego drużyna wprawdzie rozegrała cztery spotkania w tym czasie, ale A.D. w tym przegranym nie wystąpił.
Jego statystyki wyniosły 33.7 punktu, 13.7 zbiórki, 2.7 asysty, 3 bloki oraz 2 przechwyty.

Pelikany z bilansem 4:10 są drugą od końca ekipą Zachodu.

Do nagrody nominowani byli także Kemba Walker, Wilson Chandler, Kevin Durant, James Harden, Blake Griffin, Mike Conley, Marc Gasol, Hassan Whiteside, Carmelo Anthony, Kristaps Porzingis, C.J. McCollum oraz Kawhi Leonard.

http://a.fssta.com/content/dam/fsdigital/RSN/Southwest/2014/12/26/122714-SW-NBA-Anthony-Davis-PI.vadapt.980.high.76.jpg
21:27, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 listopada 2016
Znacie temat, interesujecie się polityką? Jeśli nie, to naświetlę Wam sprawę. Lech Wałęsa ostatnio powiedział, że to on namówił Donalda Trumpa do kandydowania na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nasz były prezydent do skromnych osób nie należy. Internet szybko podchwycił temat.

"I wtedy ja mu mówię" - Memy z tym motywem zaczęły powstawać w lawinowym tempie. Niektóre są bardzo dobre. Poszukajcie w sieci.

Ten jest mój. Jeśli nie pamiętacie okoliczności, albo jesteście za młodzi, żeby pamiętać, to tu jest podpowiedź. Finały 1997 roku, meczu nr 6.


14:13, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (2) »
Ekipa Chicago Bulls w latach 90. nie należała do paczki grzecznych chłopców. Naszpikowana gwiazdami drużyna Byków często pozwalała sobie na różne ekscesy. Dziś zapewne o „wyczynach” Michaela Jordana, Scottiego Pippena czy Dennisa Rodmana huczałby cały Internet. Ale kiedyś gwiazdy NBA nie musiały się przejmować, że ktoś zaraz wyciągnie telefon i zrobi im zdjęcie. Dlatego też o niektórych historiach kibice mogą dowiedzieć się dopiero po czasie. Na przykład z książki „Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić”, w której dziennikarz Kent McDill zdradza, co zaobserwował podczas 11 lat towarzyszenia Bullsom w ich złotym okresie.

Uwaga, Jordan polewa!

Choć dziś wizerunek Michaela Jordana wydaje się wyłącznie pozytywny, w czasach gry w Chicago Bulls był on nieco mniej dyplomatyczną postacią. Uwielbiał Miami i Wschodnie Wybrzeże. Po meczu w tym mieście zawsze wychodził pobawić się z resztą drużyny. A nie było to łatwe zadanie. Michael Jordan nie mógł przejść przez ulicę niezauważony. Kiedy jednak znalazł się za drzwiami strzeżonego klubu, mógł sobie pofolgować. Jedną z takich historii opisuje Kent McDill: - Kiedy już znaleźliśmy się w środku, Jordan doskonale wiedział, co powinien zrobić. Wskoczył za pierwszy lepszy bar i błyskawicznie zaczął nalewać kolejki każdemu, kto miał na to ochotę. Nie brał za to pieniędzy, nie liczył kto, co i jak, po prostu zaczął rozdawać alkohol.

Osoby, które w tamten wieczór znalazły się w klubie tanecznym Marino’s, doświadczyły czegoś, co mogą wspominać do końca życia – nie tylko dostali darmowe drinki, ale serwował im je najlepszy gracz w historii koszykówki! - Były to jedne z najlepszych chwil w jego życiu – kontynuuje McDill. - Na jego twarzy widać było jedynie uśmiech od ucha do ucha. Przerwał tylko na chwilę, żeby wypić jedno czy dwa piwa. Przyznaję – sam też skorzystałem wtedy z jego hojności. Następnego dnia zapytałem go, ile piwa wtedy rozlał. A on tylko się roześmiał. „Skąd niby miałbym to wiedzieć?” – odparł.

Na tym jednak nie koniec tej niesamowitej historii. - Jakieś kilka miesięcy później restauracja podjęła próbę odzyskania tego, co straciła tamtej nocy na sprzedaży alkoholu w wyniku nagłych ciągot filantropijnych Jordana – opisuje autor książki o Bullsach. Na koniec dodaje krótko, nie ukrywając dumy: - Nie mam pojęcia, jak rozwiązano ten konflikt. Ale jeśli potrzebowaliby świadka, który mógłby potwierdzić zdarzenie, to tak, byłem tam.

Co wydarzyło się w Vegas, zostaje w Vegas

Kolejna z niezwykłych historii miała miejsce w Las Vegas. Po jednym z meczów Chicago Bulls w tym mieście, Kent McDill postanowił skorzystać z atrakcji, które oferuje. - Zszedłem do kasyna znajdującego się w hotelu Mirage, w którym się zatrzymaliśmy. Zobaczyłem Rodmana, stojącego przy stole do gry w kości. Jakimś cudem dostrzegł mnie, gdy wchodziłem do sali. Zawołał mnie i poprosił, żebym pomógł mu wygrać trochę kasy – opisuje dziennikarz.

Mimo że McDill nie miał wielkiego doświadczenia w grze w kości, szło mu całkiem nieźle. – Rodman, zadowolony z moich wyników, kilkakrotnie poklepał mnie po plecach. Nie miałem pojęcia, co robię. Nie, nie uprawiałem hazardu. Było to chyba tylko pomocnictwo i nakłanianie do popełnienia przestępstwa – tak z ironią wspomina tamtą noc. Pasmo sukcesów nie trwało jednak długo i wkrótce dziennikarz został zastąpiony… tajemniczą pięknością, która przysiadła się do stołu - Rodman spojrzał na mnie. Potem na nią. Potem znowu na nią. Uśmiechnął się, wzruszył ramionami i dalej robił to, co wcześniej. Zostałem zastąpiony – pisze z żalem.

Na tym jednak nie zakończyły się dla McDilla „atrakcje” tamtego wieczoru. Jakiś czas później dziennikarz był świadkiem innej dziwnej sytuacji. - Usłyszałem za sobą jakiś hałas, odwróciłem się i zobaczyłem dwie ubrane w obcisłe sukienki kobiety idące przed dwoma wysokimi mężczyznami. Byli to Rodman i jego prywatny ochroniarz o imieniu George – czytamy w jego książce. - Zabawa polegała na tym, że panie zatrzymywały się przed Rodmanem i George’em i kucały, prezentując panom swoje pupy. Panowie dawali im klapsa, dziewczyny wesoło podskakiwały, biegły kilka kroków naprzód, chichocząc, i kucały po raz kolejny w oczekiwaniu na następne klepnięcie. Wyglądało to prawie jak procesja – wspomina dziennikarz. - Być może chodziło wtedy o to, żebym zrozumiał, dlaczego ani w NBA, ani w innych ligach zawodowych nie ma klubów z Las Vegas – podsumowuje tamtą noc.

Wyobraziłem sobie, że krzesło to sędzia”

Rzucanie czymkolwiek w stronę parkietu nie jest mile widziane przez władze ligi. Kara za takie przewinienie może być dotkliwa. Jednak czasami silne emocje wygrywają, a wtedy ciśnięcie jakimś przedmiotem w kierunku boiska pozwala nieco wyładować frustrację. Im cięższa rzecz, tym lepsza. Najbardziej spektakularne wydaje się krzesło. Posłużył się nim Scottie Pippen w 1995 r. Jego sytuacja w Chicago Bulls już od dłuższego czasu była trudna. Od wielu lat bezskutecznie starał się o podwyżkę. Po odejściu Jordana stał się liderem drużyny. Mimo to nie udało mu się poprowadzić Byków do tytułu mistrzowskiego. W końcu Pippen postanowił poszukać innego klubu, który zaoferuje mu lukratywny kontrakt. Bullsi nie chcieli go jednak sprzedawać. Argumentowali to tym, że muszą na jego miejsce znaleźć kogoś równie wartościowego.

Być może będę musiał w jakiś sposób zmusić ich do tego, żeby się mnie pozbyli” – Kent McDill cytuje słowa Pippena w swojej książce, wprowadzając czytelnika w szczegóły kolejnej anegdoty. Autor przypomniał sobie te słowa, kiedy podczas jednego z meczów Scottie zaczął kłócić się z sędziami o to, że nie odgwizdali błędu trzech sekund. Koszykarz został ukarany przewinieniem technicznym. - Kiedy arbiter gwizdnął, Pippen wpadł w szał i prawie natychmiast otrzymał drugie przewinienie techniczne, równoznaczne z wyrzuceniem z boiska. Ale chyba pragnął, żeby ten moment został zapamiętany, i chciał mieć pewność, że zwróci na siebie uwagę. Złapał więc za krzesło znajdujące się wśród pustych miejsc zajmowanych przez kibiców i rzucił nim na parkiet. Pipen został ukarany grzywną i zawieszeniem na jeden mecz. Jakiś czas później wyraził skruchę z powodu tego wydarzenia. „Żałuję, że rzuciłem tym krzesłem – mówił. – Byłem po prostu sfrustrowany. Pewnie wyobraziłem sobie, że krzesło to sędzia” – opisuje dziennikarz, który do swojej listy niezwykłych doświadczeń może dodać kolejny punkt: „Widziałem na własne oczy, jak wściekły Scottie Pippen rzuca krzesłem”.

Skarbnica opowieści

To tylko trzy historie, które można poznać dzięki książce „Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić”. Lektura zawiera ich o wiele więcej. Można jedynie pozazdrościć Kentowi McDillowi tak bliskiego przebywania z legendami NBA. I sięgnąć po jego książkę, żeby choć przez chwilę poczuć się jak uczestnik tamtych wydarzeń.


Przypominam, że książka „Chicago Bulls. Gdyby ściany mogły mówić” w przedsprzedaży dostępna wyłącznie na:

1) Labogita.pl. Pojedynczo lub w atrakcyjnych pakietach. Zwróćcie uwagę na te pakiety - są naprawdę super. Książka o Bulls + książka o Jordanie/Iversonie/Rodmanie/Dream Teamie/Magicu i Birdzie i paru innych konfiguracjach za niecałe pięć dych!

2) Empik.com.

Książki szukaj także od 23 listopada w salonach Empik w całej Polsce.

Wraz z przedsprzedażą na Legendybulls.pl rusza konkurs, w którym do wygrania m.in. szwajcarskie zegarki marki Tissot oraz inne koszykarskie gadżety związane z Chicago Bulls!

12:09, ludwisarz , NBA
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 315