Koszykówka to więcej niż sport. NBA to więcej niż koszykówka.
Blog > Komentarze do wpisu

Karol w Toronto 2018 cz.2

Dziesiąta wieczorem w Toronto, u nas czwarta lub piąta nad ranem. Mniej więcej o tej porze kończyły się moje mecze Raptors w ACC. Po każdym z nich byłem zmęczony. Ale nie umiałem zdefiniować tego zmęczenia. Czy czułem się zmęczony tak, jak czuje się człowiek po godzinie dziesiątej wieczorem, po dniu pracy, emocji i wrażeń, czy raczej jak ktoś, kto jeszcze nie zasnął o tej czwartej-piątej nad ranem? Do końca nie umiałem sam siebie rozgryźć. A znam przecież wiele twarzy zmęczenia, niewyspania, suchych oczu, ciężkiej głowy, paru godzin biegania za piłką. To kanadyjskie zmęczenie, to było coś innego. Głównym winowajcą, był rzecz jasna mój biologiczny zegar, który nijak nie chciał się przestawić. Nie w stu procentach, no bo jakoś przecież funkcjonowałem w Kanadzie przez tych kilkanaście dni. A tak między nami mówiąc, to nie leciałem do Kanady do końca zdrowy. To też wpłynęło na moją formę podczas tego wyjazdu. Ale to nie temat na koszykarskie blogi.

Po moim pierwszym meczu, przeciwko Wolves, miałem dwa dni wolnego do kolejnego starcia. Raps pojechali w tym czasie do Waszyngtonu, ja miałem okazję, żeby przypomnieć sobie Toronto i okolice oraz poznać nowe miejsca. Pierwszy raz w życiu byłem na meczu hokeja. Kolejny raz dałem szansę hokejowi, żeby zagościł w moim sercu, ale hokej tej szansy nie wykorzystał. Nie odnajduję przyjemności w oglądaniu tego sportu, nie czuję emocji podczas meczu. Ale za to bardzo szanuję samych hokeistów, pracę, jaką wkładają w to, by sprawnie poruszać się na łyżwach. Bardzo szanuję też ich rozbudowane uda. Mecz, jaki miałem okazję oglądać, to był Mecz Gwiazd juniorów jednej części Toronto z juniorami z innej części miasta. W jednej z ekip grał mój kuzyn. Stąd moja obecność na tym meczu. Ale wróćmy do koszykówki.

Drugiego lutego do Toronto przyjechali Portland Trail Blazers. Gospodarze wygrali to starcie aż 130:105. W zasadzie, to już pierwsza kwarta ustawiła to spotkanie. Raps wygrali ją 37:18. Podopieczni Dwane'a Casey'a trafili tego wieczoru 19 trójek (na 40 prób). Blazers tylko 7. Znów sześciu graczy Toronto przekroczyło próg 10 punktów. Przewodził im DeRozan, który zdobył 35 punktów, na które złożyło się m.in. 6 trójek (na 10 prób). Dotkliwa porażka w play-offach z LeBronem trochę zatarła i zniekształciła rzeczywisty obraz Raptors z minionego sezonu. A obraz ten jest taki, że była to bardzo dobra ekipa, która wygrała 59 meczów, która miała dobry match-up zarówno z Bostonem jak i Filadelfią. Nie zapominajmy o tym. Była to ekipa, która była fajna do oglądania, która grała ciekawy i nowoczesny basket. Casey regularnie grywał 10-osobową rotacją i właściwie co wieczór kto inny mógł mieć swoje pięć minut. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że LBJ najpierw zwolnił Rapsom trenera, a potem wysłał ich najlepszego zawodnika do San Antonio. Ale wróćmy do tego lutowego wieczoru.

Damian Lillard zdobył 32 punkty i 10 asyst. Przy okazji przekroczył próg 10000 punktów w karierze. W szatni, po meczu, dowiedzieliśmy się, że Dame został ledwie ósmym w historii ligi zawodnikiem, który w ciągu pierwszych sześciu lat w NBA, przekroczył progi 10000 punktów i 2500 asyst. Pozostała siódemka to Michael Jordan, LeBron James, Larry Bird, Nate Archibald, Pete Maravich, Dave Bing oraz Oscar Robertson. Całkiem zacne grono. Widzieć atletyzm Lillarda na żywo, z pozycji parkietu, to jest coś! Mam wąską grupę zawodników NBA, którzy fizycznie mi zaimponowali, gdy miałem okazję widzieć ich na własne oczy. Lillard od lutego jest w tej grupie. Minięcie, przyspieszenie, zmiana kierunku ruch, wyskok, siła nóg. Telewizja nie do końca to oddaje.

Stałem sobie w szatni Blazers, analizowałem pomeczowe statystyki. Ktoś poklepał mnie po plecach. Odwróciłem się. "Masz statystyki z meczu? Mogę zobaczyć?". To był Lillard. Przy jego szafce leżała meczowa piłka, na pamiątkę, po historycznym występie. On sam stał w samej bieliźnie. Kontynuując mój przegląd ciał zawodników NBA - nigdy nie widziałem tak ogromnego tyłka i tak potężnie rozbudowanych ud u człowieka jego gabarytów. Pisząc ogromny i potężny, mam oczywiście na myśli, niesamowicie umięśniony, nie tłusty. Być może LeBron, w skali ogólnej, ma okazalsze uda, ale w tym pakiecie, patrząc od pasa w górę i od pasa w dół, Lillard jest jakby zbudowany z dwóch różnych ciał. To by tłumaczyło niektóre rzeczy, jakie robi regularnie w meczach. Dame komplementował DeRozana. Z uznaniem mówił o tym, że gracz Raps do swojej fizyczności i naturalnego ciągu na kosz, dołożył w tym sezonie rzut za trzy punkty, co czyni go jeszcze trudniejszym do krycia. 

Ja tego wieczoru ulokowałem swoje zainteresowanie w McCollumie. C.J.'a lubię za grę, ale również bardzo cienię za intelekt. Dwa dni wcześniej rzucił 50 punktów chicagowskim Bykom. W Toronto musiał zadowolić się zdobyczą na poziomie 21 punktów. C.J. jest bardzo zdyscyplinowany, jeśli chodzi o odżywanie i pomeczowe rutyny. Nie zaczął rozmawiać z dziennikarzami, dopóki nie zjadł posiłku, na który złożył się grillowany kurczak, warzywa i makaron. Widać, że mocno zależy mu przemodelowaniu własnego ciała. Jeśli śledzicie jego karierę, to zapewne wiecie, że na studiach był chucherkiem. Gdy trafiał do NBA, jego ciało nie było jego atutem. Od przynajmniej dwóch lat ciężko przemienia swoje słabości w siłę. 

C.J. jest zainteresowany dziennikarstwem. Ma za sobą doświadczenie z blogami oraz innymi formami pisania tekstów. Wspiera młodzież zainteresowaną dziennikarstwem, pomaga im zdobywać akredytacje na mecze Blazers i wprowadza w tajniki kontaktów na linii sportowcy-media. Wtedy jeszcze nie widziałem, że C.J. nosi się z zamiarem ruszenia z własnym podcastem. Projekt wystartował dopiero w marcu. 

Zapytałem go jak w idealnym świecie, według niego, powinny wyglądać kontakty między szeroko rozumianym światem mediów a zawodowymi sportowcami. Gdzie NBA mogłaby dokonać usprawnień na tym polu?

Wow, świetne pytanie (C.J. spojrzał w tym momencie na to, co widnieje na mojej akredytacji). Myślę, że śmiało można powiedzieć, że jeśli chodzi o naszą działkę, NBA, to relacje między dziennikarzami a graczami są całkiem poprawne. Powiedziałbym nawet, że z roku na rok są coraz lepsze i idzie to wszystko w dobrym kierunku. Najważniejszy jest wzajemny szacunek. My musimy zdawać sobie sprawę z tego, że pracą dziennikarzy jest zadawać nam pytania, pisać o nas, mówić. Oni muszą pamiętać, że my jesteśmy też ludźmi, ich słowa nie idą w próżnię, w dzisiejszych czasach ich słowa mają coraz większą moc. Jest paru dziennikarzy, którzy świetnie piszą, mają bardzo profesjonalne podejście do tego, co robią. Dopóki jest dla innych dziennikarzy taki przykład, dopóty pozostali ludzie mediów mają gotowy wzór, do którego mogą dążyć. 

O tym, co na zakończenie kariery uzna za swoje największe osiągnięcie?

Prostą odpowiedzią byłoby powiedzieć dużo wygranych meczów, tych najważniejszych, indywidualne wyróżnienia. Dla mnie ważne będzie, kiedy ludzie będą mówić o mnie, że podczas trwania mojej kariery w NBA postępowałem w życiu we właściwy sposób, że pomagałem w swojej lokalnej społeczności. To ważne dla mnie.      

Dwa dni później, Raps gościli u siebie Marca Gasola i jego Memphis Grizzlies. Byliśmy dokładnie w połowie najdłuższej w rozgrywkach 2017-18, czteromeczowej, serii meczów przed własną publicznością. Toronto wygrało to starcie 101:86. Ale wcale nie było tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Raps wygrali pierwszą połowę 12 punktami. Grizz wygrali trzecią kwartę 30:20. Zrobił nam się mecz. Znów sześciu graczy coacha Casey'a zdobyło dwucyfrową liczbę punktów. Aż jedenastu zawodników Toronto punktowało w tym spotkaniu. Ławka Raps pokonała swoich odpowiedników z Memphis aż 52:19. Goście z Tennessee zostali zatrzymani na niecałych 34% skuteczności z gry. 20 punktów, 6 zbiórek, 5 asysty, 2 bloki i 1 przechwyt zaliczył Gasol, ale był samotną wyspą, małym drewnianym kajakiem, o ile istnieją drewniane kajaki, pośród kawałków lodu na jeziorze Ontario. Kibice w ACC serdecznie przywitali Dillona Brooksa. 22-latek jest Kanadyjczykiem, wychował się na obrzeżach Toronto, w mieście Mississauga. Brooks skończył ten mecz z 12 punktami. Każdy z nich, mimo że do kosza gospodarzy, był fetowany przez kibiców w hali. Na meczu w ACC było ponad 50 osób z rodziny i znajomych Brooksa.     

Mimo porażki, całkiem rozmowny był Marc Gasol. Trzeba było to wykorzystać.

Hiszpan wyznał, że zbytnio nie zwraca uwagi na kontuzje, które trapią jego zespół. Jego zdaniem mecze wygrywa się bardziej głową, niż talentem. Dodał też, że w jego rozumieniu koszykówki, to defensywa determinuje, jak dana drużyna gra wa ataku. To dobre zagrania po bronionej stronie parkietu, nadają ton temu, co dzieje się w ataku. Jako lider stara się, żeby drużyna trzymała się razem, żeby nie było wewnętrznych podziałów. Jako lider zawsze pragnie być przykładem, ale w obronie, nie w ataku.

Dodatkowo zapytałem Marca o jego opinię na temat zmian systemu kwalifikacji do przyszłorocznych Mistrzostw Świata. FIBA zrezygnowała z wakacyjnych turniejów na rzecz okien dla reprezentacji. Gracze NBA, z jasnych przyczyn, nie są w stanie pomagać swoim drużynom narodowym podczas sezonu.

Oczywiście, dla wielu krajów, które mają swoich przedstawicieli w NBA, to trudna do przyjęcia decyzja. Ale myślę, że każdą sytuację można rozpatrywać na dwie różne strony. Jasne, że chciałbym mieć możliwość pomagać swoim kolegom w zakwalifikowaniu się do turnieju w Chinach. Podobnie myśli większość zawodników NBA spoza USA. Ale z drugiej strony dla innych graczy otwiera się szansa, której być może by nie mieli, gdyby obowiązywał stary system. Cieszę się, kiedy widzę, że moi młodsi koledzy grają dla hiszpańskiej drużyny narodowej z dumą i pasją. To też okazja, żeby sprawdzić jak Hiszpania jest bogata w potencjał ludzki, jakie mamy zasoby. Oczywiście rozumiem kraje, dla których jeden zawodnik w NBA znaczył bardzo wiele dla kadry. Ale też staram się zrozumieć decyzję FIBA. Mam jednak nadzieję, że jeśli będzie więcej głosów niezadowolenia, jeśli ten system będzie wadliwy, to FIBA, ponad podziałami, znajdzie kompromisowe rozwiązanie. W niczyim interesie nie jest, żeby świat koszykówki był podzielony. Wszyscy przecież chcemy, żeby koszykówka się rozwijała, żeby uprawiało ją coraz więcej dziewcząt i chłopców z całego świata.

W rogu szatni siedział sobie spokojnie Mario Chalmers. Spokojnie, ale co jakiś czas, dogadywał coś do Gasola po niby-hiszpańsku. Marc w końcu zgasił go stwierdzeniem "Ej, Miami! Patrzcie na niego. Pograł trochę w Miami i myśli, że się hiszpańskiego nauczył. Nie, nie nauczył się." Siadłem koło niego. Wcześniej zapytałem oczywiście, czy mogę.

Zapytałem go o stan jego ścięgna Achillesa, które było zerwane i operowane w marcu 2016 roku. Zapytałem też czy sądzi, że DeMarcus Cousins będzie w stanie nie tylko wrócić do gry, ale wrócić na poziom All-Star. 

Czuję, że moja noga jest już z powrotem całkowicie zdrowa. Wracanie do formy, to był długi i żmudny proces, ale czuję, że zakończył się sukcesem. Jasne, że łatwiej wrócić tak po prostu, bez poprzeczki zawieszonej gdzieś wysoko, ale myślę, że DMC może wrócić do swojego poziomu sprzed kontuzji. Będzie musiał ciężko nad sobą pracować podczas rehabilitacji. Będzie też potrzebował czasu, żeby ścięgno odzyskało elastyczność. Potem musi odzyskać wiarę, że noga znów może mu służyć na 100%.

O tym, że gdy LeBron grał w Miami (Chalmers był graczem Heat przez ten cały czas), pod rządami Pata Riley'a, nie dało się usłyszeć o dramatach, problemach w ekipie Heat, szczególnie w okolicach trade deadline. W Cleveland stało się to normą. Chalmers spojrzał na mnie, sprawdził czy nagrywam, uśmiechnął się i powiedział:

Teraz, to ja już tylko martwię się o Memphis. My tu mamy swoje własne problemy w tym sezonie i staramy się je rozwiązać. Nie rozmawiajmy o przeszłości (śmiech).

Z czego jest najbardziej dumny w swojej dotychczasowej karierze.

Cieszę się, że byłem w stanie wygrywać na każdym poziomie mojego koszykarskiego rozwoju. Jestem mistrzem NCAA z Kansas (rok 2008, Mario trafił rzut za trzy punkty na miarę tytułu) i dwukrotnym mistrzem NBA z Miami Heat. Chyba każdy sportowiec pragnie być zapamiętany jako mistrz. Mi się to udało i to mówi samo za siebie.  

 

Czas znów był nieubłagany. Za sobą miałem już trzy mecze. A to oznaczało, że obejrzenia pozostały mi już tylko dwa. Dużym pocieszeniem był fakt, że jedną z ekip mieli być Boston Celtics. Ale o tym w części trzeciej...

 

wtorek, 31 lipca 2018, ludwisarz

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: BiggusDickus, *.static.ip.netia.com.pl
2018/08/01 11:16:49
Jak zwykle dzięki za relacje, chciałoby się więcej i częściej ale rozumiem ze na więcej nie masz czasu. Chociaż jestem pewien ze jakbys chciał to mógłbyś uczynić z Twojego bloga sposób na życie- popyt coraz większy.
Ciekawi mnie jedna rzecz: jak dobrze pamietam pisałeś w jednej z relacji ze Fred VanVleet (to chyba o niego chodziło jeśli się nie mylę)wyglądał na zupelnie przypadkowego gościa, pudłował rzut za rzutem itd, a tymczasem zagrał całkiem dobry sezon. Czy to wynikało z braku doświadczenia, nieprzygotowanego na standardy NBA ciała, ...czy po prostu oko eksperta czasem się myli i nie rozpoznałes prawdziwego talentu w mało atletycznej oprawie?
-
2018/08/01 12:22:35
W następnej części będzie dość obszerny wątek Freda :)
-
Gość: PK, *.dynamic.chello.pl
2018/08/03 09:23:10
cytując klasyka: yes, yes, yes!